Pod wrak tylko w rosyjskim mikrobusie
Dwaj funkcjonariusze Komitetu Śledczego najpierw spóźnili się, a potem
zmienili plany naszych specjalistów. Zamierzali oni udać się do wraku Tu-154M
swoim autobusem, w którym zabrali z Polski swój sprzęt. Okazało się, że nie mogą
wjechać na teren lotniska własnym pojazdem – całej ekipie kazano wsiadać do
rosyjskiego mikrobusu. Powód: rozbity tupolew leży na terenie wojskowym. Widać
było, że naszych ekspertów nie bardzo to przekonywało. Chcieli rozpocząć prace
jak najszybciej i mieć ze sobą całe przygotowane wyposażenie. Okazało się to nie
do przyjęcia dla rosyjskich śledczych i prokuratorzy postanowili ustąpić, ale
przez to samochód Komitetu musiał kilka razy kursować, żeby przywieźć spod
hotelu potrzebne rzeczy.
Ostatecznie mikrobus dotarł około godz. 10.30 miejscowego czasu na plac w
pobliżu lotniska, na którym znajduje się wrak tupolewa. W osobnym niewielkim
hangarze, a w zasadzie baraku, złożono części wyposażenia pokładowego, fotele
itp. Pracy Polaków przygląda się spora grupa rosyjskich cywilów i mundurowych.
Oprócz wspomnianych oficerów śledczych są także wojskowi i funkcjonariusze
ministerstwa ds. sytuacji nadzwyczajnych. Przyjechali kilkoma samochodami i cały
czas czujnie obserwują, co robią nasi specjaliści. Poznajemy spotkaną dzień
wcześniej mazdę z Moskwy, jest jeszcze kilka innych pojazdów. Nasi specjaliści
chodzą wokół wraku, oglądają części samolotu, coś mierzą, fotografują. Na
podstawie tych danych ma powstać komputerowy model rozpadu samolotu.
Podpułkownik Karol Kopczyk, który kieruje całą grupą, powiedział przed wyjazdem
na teren Siewiernego, że celem badań będzie przede wszystkim wykrycie
ewentualnych usterek technicznych samolotu, które mogłyby być przyczyną
katastrofy. – Na chwilę obecną w naszym śledztwie nie znamy przyczyny
katastrofy. Prowadzimy odrębne postępowanie. Nie jesteśmy związani ani
ustaleniami Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, ani
raportem Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego – oświadczył prokurator Kopczyk.
Wrak i wszystkie związane z nim przedmioty są wciąż w dyspozycji Komitetu
Śledczego Federacji Rosyjskiej i Polacy nie mogą ze Smoleńska niczego zabrać.
Tak naprawdę oficjalnie ich misja odbywa się w ramach śledztwa rosyjskiego, a
nasi prokuratorzy i eksperci zostali do niego dopuszczeni na zasadzie pomocy
prawnej, i to po wielokrotnie ponawianych wnioskach oraz uzgodnieniach na
szczeblu prokuratora generalnego Polski i przewodniczącego Komitetu Śledczego
Rosji.
Uzależnienie od Komitetu Śledczego powoduje, że – jak dodał ppłk Kopczyk –
protokół z czynności, "zgodnie z przepisami, zostanie sporządzony przez stronę
rosyjską, natomiast same badania poszczególnych elementów będą wykonywane przez
naszych biegłych z poszczególnych specjalizacji. Czynności te będą polegały na
dokumentowaniu i mierzeniu. Możliwe są też inne czynności, które wskażą biegli w
celu udokumentowania stanu wraku w takim zakresie, jaki będzie potrzebny biegłym
do wydania opinii i odpowiedzi na postawione im pytania o przyczyny i przebieg
katastrofy". Zdaniem Kopczyka, taki sposób procedowania stanowi pełnowartościowy
sposób pozyskiwania dowodów dla polskiego śledztwa.
Ograniczenie swobody prowadzenia czynności śledczych dotyczy nawet próbek,
dlatego technicy z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej
Policji będą mogli wykonać stosowne ekspertyzy jedynie na miejscu, do czego –
jak twierdzą – są przygotowani. Z drugiej strony, nie jest to podstawowy cel ich
pobytu. – Nie będą to badania chemiczne, lecz oględziny i pomiary – zaznaczył
Kopczyk. Jeżeli pojawi się taka potrzeba, to strona polska będzie musiała
wystąpić z kolejnym wnioskiem o pomoc prawną. Jest to związane z tym, że dopiero
w trakcie oględzin eksperci mogą stwierdzić, jakie ewentualnie dodatkowe badania
powinny zostać wykonane w kraju. Pytani przez dziennikarzy rosyjscy śledczy
zdecydowanie odmówili prośbom o możliwość zobaczenia wraku z bliska przez
przedstawicieli mediów.
Pięciu polskich specjalistów lotniczych to przede wszystkim badacze związani z
Instytutem Technicznym Wojsk Lotniczych w Warszawie, wśród nich jego dyrektor
płk rez. dr hab. inż. Ryszard Szczepanik. Prokuratura postanowiła skorzystać z
pomocy osób, które nie miały związku z badaniami komisji ministra Jerzego
Millera. Gdy eksperci opuszczali hotel, nieśli ze sobą całe tomy dokumentacji i
schematów samolotu Tu-154M. Prokurator Kopczyk zwrócił uwagę, że są to
doświadczeni badacze katastrof i doskonale wiedzą, "jak powinny wyglądać
poszczególne elementy i jak rozpoznać wszelkiego rodzaju uszkodzenia".
Wczorajszy dzień został poświęcony na ogólne zapoznanie się ze stanem wraku oraz
elementów wyposażenia pokładowego przechowywanych na Siewiernym. Ponieważ jest
po dwóch polskich prokuratorów i rosyjskich oficerów śledczych, prace były
wykonywane w dwóch grupach. Biegli mają teraz wytypować elementy do dalszych
szczegółowych oględzin i przygotować plan działań na następne dni. Prace
zakończyły się późnym wieczorem, już po zmroku. – Wykonaliśmy całość założonej
czynności procesowej, to znaczy została wykonana dokumentacja przy pomocy
aparatu sferycznego. Udokumentowaliśmy cały wrak znajdujący się na terenie
lotniska. Można stwierdzić, że jesteśmy usatysfakcjonowani tym dniem pracy. W
dniu jutrzejszym planujemy jeszcze poszczególne elementy wskazane przez biegłych
utrwalić przy pomocy tego samego urządzenia, jak również przejść do zasadniczych
oględzin poszczególnych elementów wskazywanych przez biegłych – powiedział po
powrocie z lotniska ppłk Kopczyk. Dowiedzieliśmy się od niego, że jeszcze nie da
się określić dokładnie, ile potrwają badania wraku. Pytany o stan wraku
stwierdził, że sam "nie widzi rdzy czy jakichś śladów". – Biegli dopiero muszą
się zaznajomić z poszczególnymi elementami, agregatami, żeby móc wysnuć
jakiekolwiek wnioski – tłumaczył prokurator. Polscy prokuratorzy nie rozmawiali
z Rosjanami o przyszłym zwrocie samolotu. Według dotychczasowych ustaleń będzie
on oddany po prawomocnym zakończeniu rosyjskiego postępowania. Nie wiadomo
jednak, kiedy to nastąpi.
Piotr Falkowski, Smoleńsk
Prokuratura postanowiła skorzystać z pomocy ekspertów, którzy nie mieli
żadnych związków z badaniami komisji ministra Jerzego Millera
