Polskie dziedzictwo polityczne?

Do parlamentu czekają olbrzymie kolejki chętnych do wzięcia
odpowiedzialności za nasze wspólne życie. Mogłoby to wyglądać optymistycznie,
skoro aż takie tłumy pragną społecznego dobra. Jakiego jednak naszego dobra mogą
pragnąć twórcy morderczej i siermiężnej PRL, którzy jednak nie pragną zniknąć z
politycznej sfery, traktując ją jak poletko własnych interesów? Jakiego naszego
dobra są spragnieni co najmniej mataczący w sprawie katastrofy smoleńskiej, a
zatem posłuszni wykonawcy zleceń oficerów KGB?

Cóż to za nasze dobro – aborcja, in vitro, instytucja zboczeń seksualnych?
Trzeba zatem z tego tłumu chętnych jakoby do zadbania o nasze wspólne dobro
wybrać ludzi sumienia. Ono stanowi wyróżnik naszego człowieczeństwa i ono
gwarantuje troskę o wspólne dobro. Człowiek bez sumienia schodzi na
poniżejludzki poziom i dba tylko o własny interes. Nic zatem dziwnego, że do
czasu powojennej sowieckiej okupacji naszego kraju w polskiej polityce liczyli
się przede wszystkim ludzie sumienia, a w każdym razie taki ideał stawiały sobie
najszlachetniejsze polskie rody. Na frontonie swojego zamku w Dzikowie Tarnowscy
umieścili w XVII wieku szczególną swoją życiową dewizę: "Dozwól nam, Panie,
mieszkać w tem domu ojczystem, a racz obdarzyć zdrowiem i sumieniem czystym".
Pragnienie czystego sumienia? Nie lepiej i najpierw: pragnienie pieniędzy, sławy
i władzy? Cóż to za domownicy aktualnie odnawianego pięknego zamku w Dzikowie,
dzisiaj dzielnicy Tarnobrzega? Apetyt na ich dobro – jak czytamy w prasie –
zdają się mieć także niektórzy towarzysze i posttowarzysze, liczący na piękną
"chatę" za darmo. Ma zatem ród Tarnowskich jakieś problemy z realizacją swojego
szlachetnego zamysłu, aby ich zagrabioną własność uczynić duchowym skarbem
tamtych ziem, którą ubecy, esbecy i pierwsi sekretarze z Rzeszowa, Niska,
Stalowej Woli i Tarnobrzega uczynili po II wojnie prawdziwą pustynią blokowisk.
Dopiero wtedy, kiedy wkroczyli do Dzikowa Sowieci, rozpoczęła się tam rzeź także
polskiej pamięci historycznej, ucieleśnionej w zgromadzonych tam arcydziełach
literatury i sztuki. Bibliotekarz i archiwista tego skarbu zanotował w swoim
memoriale, iż "już w ciągu kilku godzin po zjawieniu się sołdatów skrzynie na
strychu zostały rozbite, druki na strzępy podarte, rozrzucone i celowo
najordynarniej zanieczyszczone; zabytkowe meble i przedmioty obdarte, połamane i
potłuczone i w dużej części spalone". Za tę rzeź odpowiedzialna była także
ówczesna "władza ludowa". Dzisiaj jej potomstwo pcha się razem do Sejmu. Pewnie
w ten sam sposób, jak ich przodkowie potraktują skarby "polactwa", włącznie z
ich wiarą, sumieniami, całym dobrem narodowym. Przecież już piewcę satanizmu
zatrudniono w telewizyjnej Dwójce, aby przygotował muzyką teren do dalszej
akcji…
Jeśli części tego skarbu polskiej i światowej kultury nie udało się uratować i
odzyskać przez Tarnowskich – na użytek społeczności, której zawsze służyli – to
"towarzysze" nie poradzili sobie z duchowym hartem domowników zamku w Dzikowie,
modlących się napisem na jego frontonie o bycie ludźmi sumienia. Nie złamała ich
wojenna tułaczka, utrata całego majątku, wpływów i wygnanie z Ojczyzny. Hrabina
Róża Tarnowska (zmarła w 2005 roku) pomimo subtelnego wykształcenia, znajomości
kilku języków musiała utrzymywać się przy życiu w Kanadzie, pracując jako
sprzątaczka, a jej mąż, hrabia Artur Tarnowski – jako sprzedawca w sklepie.
Polscy arystokraci pozostają sobą i nie tracą sumienia nawet w najcięższych
warunkach. Takich polityków nam dzisiaj trzeba!

 

 

Marek Czachorowski

drukuj