Rostowski udaje Greka
W projekcie przyszłorocznego budżetu rząd założył zejście z deficytem do
końca 2012 roku poniżej 3 proc. PKB, do poziomu nieprzekraczającego 35 mld zł, a
w roku 2013 redukcję deficytu budżetowego do zera. Resort finansów uzasadniał
wówczas swój optymizm tym, że spodziewa się w bieżącym roku wyższych wpływów
podatkowych oraz niższego niż zaplanowany deficytu. Kołem napędowym "nadwykonania"
tegorocznego budżetu miał być szybszy wzrost gospodarczy i wyższa wpłata z zysku
NBP do budżetu.
– Nie sądzę, aby trzeba było radykalnie redefiniować założenia przyszłorocznego
budżetu. Jeśli w tym roku będzie lepsze wykonanie, to lepszy będzie punkt
wyjścia na przyszły rok – powiedział minister Michał Boni podczas Forum
Ekonomicznego w Krynicy.
Zmiany będą poważne, ale po wyborach – uważają eksperci. Są do tego podstawy. Po
kilku miesiącach wygląda na to, że "urzędowy optymizm" towarzyszący powstawaniu
projektu nie znajduje potwierdzenia w faktach. Wpływy podatkowe w tym roku nie
tylko nie będą większe od zakładanych, lecz także wszystko wskazuje na to, że
wręcz nie zostaną wykonane na planowanym poziomie.
– Szacuje się, że tegoroczne wpływy podatkowe będą niższe o 2-5 mld zł, niż
zapisano w budżecie, i to pomimo dwukrotnie wyższej niż planowano inflacji, przy
której dochody podatkowe z VAT i akcyzy powinny płynąć do budżetu szeroką falą –
ocenia dr Zbigniew Kuźmiuk, ekonomista. Żeby osiągnąć efekt w postaci
zmniejszenia deficytu poniżej założonego poziomu, rząd będzie musiał nie tylko
zasilić budżet kilkumiliardową wpłatą z NBP, ale także sięgnąć po dywidendy z
państwowych spółek, drenując je z kapitału u progu kolejnej fali kryzysu.
– Spodziewam się także pod koniec roku ostrego zaciśnięcia wydatków budżetowych
na inwestycje, w tym inwestycje drogowe – przewiduje dr Kuźmiuk. Zdaniem Janusza
Szewczaka, głównego ekonomisty SKOK, projekt budżetu zostanie poważnie
skorygowany, ale dopiero po wyborach.
– W sytuacji gdy tegoroczny budżet jest tak napięty, oparty na nim projekt na
2012 rok jawi się jako kompletnie nierealny, zwłaszcza że otoczenie gospodarcze
Polski pogrąża się w coraz większym kryzysie – zwraca uwagę Szewczak. Gospodarka
niemiecka słabnie, co widać po danych o spadku eksportu i coraz bliższym zera
tempie wzrostu. W Grecji pogłębia się recesja, a więc maleją szanse na spłatę
przez nią długów. Pomoc eurostrefy dla Aten, w obliczu masowych protestów
przeciw cięciom, stoi pod znakiem zapytania. Rosną obawy o zainfekowanie Włoch i
Hiszpanii kryzysem greckim. Trzeba się poważnie liczyć z wykluczeniem Grecji ze
strefy euro, pojawiły się nawet pogłoski o tamtejszych przygotowaniach do
powrotu drahmy.
– Im wcześniej wykluczy się Grecję ze strefy euro, tym większe szanse, że uda
się uratować Włochy i Hiszpanię, których załamanie oznaczałoby faktyczny koniec
eurostrefy – twierdzi dr Kuźmiuk.
Wzmaga się panika na rynkach finansowych. – Polska z 800 mld zł długu
publicznego może przewrócić się z dnia na dzień – ostrzega dr Kuźmiuk.
Scenariusz jest zawsze podobny: masowa ucieczka krótkoterminowych inwestorów z
rynku, gwałtowne załamanie kursu waluty, próba ratowania kursu poprzez
uruchomienie elastycznej linii kredytowej z MFW, która pozwoli bezpiecznie
wycofać się dużym inwestorom zagranicznym z polskich aktywów, a następnie –
twarde dno, od którego Polska będzie musiała się odbić i potem przez wiele lat
odrabiać straty, spłacając przy tym długi zagraniczne po kursie np. 6 zł za
euro.
Małgorzata Goss
