Strach wraca do dziś
Po 68 latach ofiary ludobójstwa UPA z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej na
Wołyniu doczekały się chrześcijańskiego pochówku. Siedem niewielkich, wykonanych
z nieheblowanego drewna trumien, po odprawieniu katolickich i prawosławnych
obrzędów pogrzebowych, spoczęło na cmentarzu rzymskokatolickim w Ostrówkach.
Złożono w nich szczątki ponad 300 osób ekshumowanych z dwóch zbiorowych mogił w
lesie pod ukraińską wsią Sokół i z terenu dawnej szkoły w Ostrówkach.
– Nie będę wymieniał wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że możemy
dzisiaj być tu spokojnie, bez strachu, bez żadnych problemów – mówił ks. bp
Marcjan Trofimiak, ordynariusz łucki, dziękując ukraińskim władzom za
umożliwienie godnego pochówku. – Stosunek do zmarłych jest miarą cywilizacji –
podkreślił.
Swoboda w natarciu
Niestety, miary tej nie znają działacze rosnącej w siłę probanderowskiej partii
Swoboda, którzy wszelkimi sposobami, broniąc fałszywego mitu "bohaterskiej"
Ukraińskiej Armii Powstańczej, usiłują zanegować jej zbrodnie na polskiej
ludności kresowej, nawet tak doskonale udokumentowane, jak te dokonane w
Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Kwestionują więc nie tylko liczbę ofiar rzezi w
Ostrówkach, ale nawet ustaloną przez historyków liczbę mieszkańców tych polskich
wsi. Najnowszym przedmiotem ich ataku stały się wyniki prac polskich archeologów
i antropologów.
Aktywność działaczy Swobody wzrosła, gdy ekshumacje były już na ukończeniu, a
znalezione szczątki przygotowane do pochówku. Szczególnie przykra była wieczorna
wizyta radnych Swobody w obozie polskich naukowców w przeddzień uroczystości
pogrzebowych. W towarzystwie osoby przedstawiającej się jako lekarz sądowy
kazali otworzyć przygotowane już do pochówku trumny, wyciągali z nich i składali
na folię kości, usiłując wmówić polskim badaczom, że kości jest mniej, niż było
w rzeczywistości, i należą do znacznie mniejszej liczby osób, niż wskazywali
polscy archeolodzy i antropolodzy. Według rzeczoznawcy partii Swoboda, dla
ustalenia liczby odkopanych zwłok należy policzyć kości udowe i podzielić na
dwa. Doliczył się on ok. 140 takich kości, co miało świadczyć o 70 odkopanych
zwłokach. Zupełnie nie docierała do niego informacja, że większość ofiar
stanowiły dzieci, w tym nawet noworodki, a stan wykopanych kości i ich ubytki są
wynikiem warunków, w jakich spoczywały przez prawie 70 lat. – Jestem świadkiem,
że ci panowie nie wyjęli z trumien wszystkich kości udowych i nie sprawdzali,
czy są to kości prawe czy lewe – mówi zbulwersowana dr Iwona Teul, wybitny
antropolog, potrafiąca identyfikować ludzkie szczątki nawet pochodzące z urn. –
Ciekawe zresztą, jak wytłumaczą istnienie ponad 200 odkopanych czaszek – dodaje.
Po blisko trzech godzinach dyskusji działacze partii Swoboda głęboką nocą
opuścili cmentarz, domagając się przeprowadzenia ekspertyzy kości przez
wskazanych przez nich specjalistów, co musiałoby się wiązać z odwołaniem
zaplanowanego na następny dzień pogrzebu. Nazajutrz radni Swobody zorganizowali
konferencję prasową, w czasie której twierdzili, że polscy naukowcy połamali
znalezione kości udowe, aby sztucznie powiększyć liczbę ofiar zamordowanych we
wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka.
Wobec niebezpieczeństwa zakłócenia uroczystości pogrzebowych przez demonstrantów
Swobody teren wokół cmentarza został zabezpieczony przez ukraińskie siły
porządkowe i do żadnych ekscesów nie doszło.
Niewyobrażalna zbrodnia
Rzeź w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej przeraża nie tylko przekraczającą tysiąc
ofiar liczbą zamordowanych, co stawia ją w rzędzie największych banderowskich
masakr, ale także szczególnym okrucieństwem, wyrachowaniem i bezwzględnością
oprawców. Kilkuset polskich mężczyzn taśmowo zabijano, rozłupując im głowy
siekierami i młotami; 250 osób, głównie kobiety i dzieci, spalono w szkole w
Ostrówkach bądź zastrzelono w trakcie ucieczki, kilkadziesiąt spalono w jednej
ze stodół, około 300, głównie dzieci i ich matki, po kilkukilometrowym marszu
śmierci zastrzelono na łące w pobliżu lasu.
W wyniku 30-letnich badań prowadzonych przez dr. Leona Popka z lubelskiego IPN,
który w zagładzie Ostrówek i Woli Ostrowieckiej stracił ok. 40 członków bliższej
i dalszej rodziny, powstała bogata naukowa dokumentacja tej zbrodni. Do dziś
żyją też jej naoczni świadkowie.
Jednym z nich jest 82-letnia pani Zofia Suszko, która na pogrzeb przybyła aż
spod Bydgoszczy. W szkole w Woli Ostrowieckiej zostali spaleni jej starsza
siostra z dwoma synami – siedmioletnim Bolkiem i dwuletnim Bartkiem. Zamordowany
został też jeden z braci pani Zofii – Józek.
Pani Suszko uratowała się, gdyż pędzona przez banderowców na śmierć koło zagrody
księdza wraz z mamą i bratem oderwała się od reszty i zaczęła biec w kierunku
sadu. Ukraińcy posłali za nimi serię z karabinu maszynowego, która przeszła tuż
ponad ich głowami. Upadli na ziemię, a oprawcy uznali, że strzały były celne. –
Dzieci, nie ruszajcie się, może nas Matka Boska swoim płaszczem ochroni,
szepnęła mama, a my aż wtuliliśmy się w ziemię – opowiada pani Zofia. W ten
sposób uniknęli losu ok. 300 kobiet i dzieci, którzy zostali zamordowani w
pobliżu wsi Sokół. Udając zabitych, leżeli w pobliżu rodzinnej zagrody, skąd
słyszeli tępe odgłosy towarzyszące mordowaniu mężczyzn. To właśnie za domem
Suszków banderowcy zorganizowali jedno z kilku miejsc kaźni. Gdy odeszli, pani
Zofia widziała dół z zamordowanymi mężczyznami. Niektórzy jeszcze żyli.
Zauważyła, że jedna z ofiar, starszy mężczyzna, miała odrąbane stopy. Oznaki
życia dawał młody chłopak przywalony innymi ciałami. – Chciał pić i jak mu
podawałam rondelek wody, to musiałam stanąć na plecy jakiegoś zabitego
mężczyzny. Pamiętam to do dziś – wspomina tragiczne wydarzenia pani Zofia.
Jak większość ocalałych mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej rodzina
Suszków szukała ratunku najpierw w pobliskim Jagodzinie, a potem u rodziny w
Lubomlu. – Wielu z tych, którzy się uratowali, Niemcy zakwaterowali w magazynach
wojskowych, a po kilku dniach podstawili wagony i wywieźli ich na roboty do
Niemiec – twierdzi pani Suszko.
Pani Zofia ponownie ujrzała rodzinne strony w 1992 roku. – Po 49 latach, gdy
przyjechałam tutaj i zobaczyłam Ukraińców, to z wrażenia serce waliło mi jak
młot – wspomina. – Myślałam, że zaraz nas pobiją. Ten strach wraca do dzisiaj.
Ekipa poszukująca szczątków ofiar przywiozła panią Zofię do Ostrówek w lipcu
br., mając nadzieję, że wskaże ona miejsce, gdzie znajdowała się stodoła w jej
rodzinnym gospodarstwie, co pomogłoby w ustaleniu zbiorowej mogiły ok. 100
zamordowanych tam mężczyzn. Niestety, po latach nie udało się jej zlokalizować.
– To jedno z kilku miejsc, gdzie musimy wrócić i odszukać szczątki naszych
bliskich, aby pochować ich na cmentarzu – zapewnia dr Popek. – Może uda się tego
dokonać w przyszłym roku – dodaje.
Kiedy spłacimy dług?
Uratowani z masakry, o ile pozwalają im na to siły, starają się uczestniczyć w
corocznej pielgrzymce do rodzinnej wsi. Sędziwy Jan Ulewicz z Woli
Ostrowieckiej, który w czasie rzezi miał 17 lat, z 22 dotychczasowych
pielgrzymek opuścił tylko dwie. Pamiętnego 30 sierpnia 1943 r. stracił rodziców
i siostrę. – Chłopaki, którzy wyskoczyli z podpalonej szkoły w Ostrówkach,
widzieli w środku moją mamę, więc pewnie tam się spaliła, a ojca zabili za
stodołą u Strażyca. Jego szczątki zostały pochowane na cmentarzu po ekshumacji w
1992 r., a teraz przyszła kolej na mamę i siostrę – mówi ze spokojem w głosie.
Na pytanie, jak sam się uratował, rozkłada ręce i mówi, że to działanie
Opatrzności Bożej. Wraz z kolegą ukryli się w stodole nad stajnią, przykrywając
suchą koniczyną. Słyszeli, jak tropiący Polaków banderowcy kłuli siano bagnetami
i odgrażali się, że jak podpalą stodołę, to Polacy sami powyłażą. – Ale ręka
Boska ich powstrzymała i nie podpalili – mówi.
Chłopcy przeczekali w stodole najgorsze i potem uciekli do Jagodzina. Panu
Ulewiczowi, gdy opuszczał rodzinną wieś, pozostały w pamięci sterczące kominy
spalonych domów. Gdy ponownie przybył tu na początku lat 90., ze wsi nie zostało
już nic. – To dziś prawdziwe dzikie pola – mówi z rezygnacją.
Jan Ulewicz sprzeciwia się nazywaniu ludobójczej działalności UPA walką
narodowowyzwoleńczą. – Zabijać niewinnych, i to od kolebki do starego dziadka,
kto to widział?! – mówi poruszony. – Znałem Ukraińców dobrze, do dziś zrozumieć
nie mogę, jak oni mogli to robić.
Dla wielu Kresowian prace ekshumacyjne i przeprowadzone z rozmachem uroczystości
pogrzebowe w Ostrówkach stanowiły duże zaskoczenie.
– To dla mnie prawdziwy szok – przyznaje pani Helena Honczaruk, uratowana z
rzezi jako półtoraroczne dziecko. – Myślałam, że to będzie normalna pielgrzymka
jak co roku, a tu takie wielkie uroczystości, tak zmieniona droga na cmentarz i
jego otoczenie.
Panią Helenę uratował ojciec, Jan Szwed, który w przeddzień napadu wywiózł żonę
i trzy córki do Jagodzina. Dostał się w ręce banderowców, gdy rano poszedł do
swojego gospodarstwa, aby oporządzić inwentarz. Zginął w stodole u Strażyca. –
Dowiedziałam się, że ucięli mu głowę siekierą, przytrzymując widłami, żeby się
nie wyrwał – mówi kobieta.
Nagłe przyspieszenie i spełnienie nadziei na katolicki pochówek bliskich
zaskoczył nawet 90-letnią Helenę Popek, matkę dr. Leona Popka. – Już zaczynałam
tracić nadzieję, że Leonowi się uda – wyznaje. – Bo wszystko jakby przycichło,
nikt już go nie popierał, a Ukraińcy za wszelką cenę chcieli wyciszyć całą
sprawę. Aż tu naraz taka wiadomość. To chyba cud – dodaje.
Przełom w sprawie ekshumacji i upamiętnienia ofiar banderowskiej zbrodni w
Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej związany jest z polsko-ukraińskimi uzgodnieniami
politycznymi na najwyższym szczeblu. Wkrótce na cmentarzu w Ostrówkach Rada
Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ma wystawić okazałe upamiętnienie, w
odsłonięciu którego wezmą udział prezydenci Polski i Ukrainy. Niejako w rewanżu
po stronie polskiej w Sahryniu obaj prezydenci odsłonią pomnik mający upamiętnić
cywilne ofiary ataku oddziałów AK i BCh na terroryzujący polskie wsie bastion
UPA i policji ukraińskiej w Sahryniu.
Nie wchodząc w całą nieadekwatność tego zestawienia, trudno nie zadać pytania,
co dalej z upamiętnieniem dziesiątek tysięcy zbiorowych i pojedynczych ofiar
ludobójstwa dokonanego na Polakach przez OUN-UPA na Kresach.
– W czasie dzisiejszego nabożeństwa z jednej strony jak gdyby płacimy dług tym,
którzy tak długo czekali na ten dzień, ale przecież to nie wszyscy, jest ich o
wiele więcej w nieznanych mogiłach – upomniał się o Polaków leżących w
niepoświęconej kresowej ziemi ks. bp Marcjan Trofimiak w czasie pogrzebu w
Ostrówkach.
Adam Kruczek, Ostrówki, Ukraina
