Dosyć, panowie!
Przed nami kolejny nowy rok, tym razem jeszcze ważniejszy, bo szkolny.
Znów jednak znękani rodzice zastanawiają się nad przyszłością swoich dzieci,
skoro szkolne podręczniki to sprawa nade wszystko biznesu wydawniczego (native
speakerom trzeba zapłacić według stawek światowych); wytyczne polityków
uniemożliwiają zapoznanie się z ojczystą historią i kulturą, a pani minister
leczy kolano. Poinformowała o tym fakcie, rozsyłając wszystkim słynne już fotki.
Życząc powrotu do pełni zdrowia, bywania na roboczych spotkaniach z opozycją i
lepszych wyników maturalnych z matematyki, trzeba jednak przypomnieć pedagogowi
i nauczycielowi, iż troska o zdrowie powinna być całościowa.
Zdrowie bowiem nie jest wartością jedyną i fundamentalną i z tego powodu
troska o tę wartość winna być elementem dbałości o całą osobę. Grecka kobieta (w
okresie klasycznym) nawet trafiona strzałą czy włócznią starała się upaść
przystojnie, nie zważając na stan swojego zdrowia, a z pewnością nie wysyłałaby
wszystkim swoich zdjęć z przebiegu leczenia kolana, bez spodni. Ale i dzisiaj
"szeregowej" nauczycielce biologii, chemii czy matematyki pewnie każdy dyrektor
zwróciłby uwagę na powagę urzędu, gdyby tylko zechciała umieszczać na tabloidach
zdjęcia swoich desusów. Chyba nieczęsto, bardzo rzadko, a raczej nigdy do tej
pory nie zdarzyło się to w historii pedagogiki, chociaż już Kwintylian – słynny
rzymski retor i pedagog z I w. po Chr. – ubolewał w "Kształceniu mówcy", że
rodzice boją się wysyłać swoje dzieci do szkoły z lęku przed demoralizacją i z
tego powodu wolą je uczyć w domu. Dzisiaj te lęki są jak najbardziej
uzasadnione, ale nawet w czasach Nerona czy Kaliguli nie sposób byłoby zobaczyć
pedagoga bez spodni.
Dziwnie zatem o nas piszą w świecie. Jeszcze nie odpoczęliśmy po Woodstocku, a
tu w "New York Timesie" seria zdjęć z tej pedagogicznej imprezy, pokazujących
naszą "wspaniałą młodzież" – "sól ziemi", jak pisano w pewnym katolickim
wydawnictwie – skąpaną w błocie prawie na wszystkich zamieszczonych zdjęciach,
co jednak nie przeszkodziło spontanicznej erotyce przedmałżeńskiej, oczywiście
na świeżym powietrzu, na oczach wszystkich i w brudzie. Szczególny jest też
komentarz redakcyjny "NYT": takich widoków nie ma na amerykańskich muzycznych
festiwalach, do tego bowiem potrzeba grona młodych Polaków i – jak każe się
redakcja domyślić – braku jakiś specjalistów od stanu sanitarnego kałuży błota
pod Kostrzynem. Oto kolejny polish joke, jaki zafundowaliśmy sobie za pomocą
czerwonych serduszek kupowanych przy okazji Bożego Narodzenia na zasilenie
wakacyjnego wychowywania naszej młodzieży w błocie.
Kolejne nasze zdjęcia zafundowała nam "Wyborcza" zwiastująca nowy film
dokumentalny przedstawiający pewną polską katolicką wspólnotę, której członkowie
opowiadają, pod kontrolą swojego duszpasterza, wybitnie intymne szczegóły
swojego pożycia małżeńskiego… Ponoć z tego powodu, że wreszcie uwierzono w
tych wspólnotach w dobroć owego pożycia. Wygląda zatem, że katolicy myślą i
działają co najmniej bardzo wolno, bo potrzeba im było na zrozumienie tego aż
dwóch tysięcy lat… A może zostali dzisiaj zwiedzeni i z tego powodu nie
wiedzą, o czym mówić nigdy nie należy?
Jako podsumowanie tych wszystkich zdjęć, w roli komentarza, zacytuję mojego
czcigodnego proboszcza, który w kazaniu w uroczystość Matki Bożej
Częstochowskiej wykrzyknął wreszcie: "Dosyć, panowie!". Niech się tak stanie!
Wtedy i rodzicom, i dzieciom będzie w szkole i ze szkołą lżej, ale do tego
trzeba jeszcze czynu wyborczego.
Marek Czachorowski
