Przepastna kieszeń podatnika

Platforma Obywatelska doprowadziła finanse publiczne do ruiny. Do końca
kadencji tego parlamentu, gdzie rządzącą większość stanowi koalicja PO i PSL,
dług państwa zwiększy się o co najmniej 300 mld złotych. Polityka ta może
doprowadzić do sytuacji podobnej do tej, jaka ma miejsce w Grecji czy we
Włoszech. Już teraz można być pewnym, że jeśli wybory znów wygra PO, rząd ogłosi
faktyczny stan finansów państwa, a co za tym idzie – podwyżkę podatków.

16 lutego br. ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego odwiedził unijny
komisarz ds. gospodarczo-walutowych Olli Rehn. Chciał się dowiedzieć u źródła,
jak przebiegają w Polsce prace nad redukcją deficytu, który według uruchomionej
przez Unię Europejską procedury nadmiernego deficytu powinien w następnym (2012)
roku wynieść maksymalnie 3 proc. produktu krajowego brutto. Według planów
Ministerstwa Finansów, PKB w następnym roku osiągnie wartość 1619 mld zł, więc
deficyt finansów publicznych (to, ile rząd, samorządy oraz fundusz ubezpieczeń
społecznych wydadzą wspólnie więcej, niż ściągną w podatkach i opłatach z
polskich obywateli) powinien być mniejszy niż 48,5 mld złotych. Biorąc pod
uwagę, że w 2010 roku wartość ta wynosiła ok. 111 mld zł, to zadanie, jakie stoi
przed rządem, jest nieprawdopodobne – jak w ciągu jednego roku zmniejszyć
deficyt finansów publicznych o ponad połowę. Żeby było jeszcze ciekawiej,
nadchodzą wybory, czyli czas składania obietnic większych wydatków, w celu
przekupienia poszczególnych grup wyborczych.
Rząd musiał przygotować dokument, który został wysłany do Komisji Europejskiej.
Zobowiązał się w nim do przedstawienia planów na najbliższe 4 lata, z których ma
wynikać zmniejszenie deficytu finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB. Ogłosił
go w kwietniu tego roku (Wieloletni Plan Finansowy Państwa na lata 2011-2014).
Zebrano w nim wszelkie prognozy odnoszące się do wydatków oraz przychodów
państwa. I o ile wydatki w najbliższym czteroleciu mają rosnąć o w miarę stałą
wartość (wydatki rządowe mają się zwiększyć w ciągu czterech lat z 313 do 351
mld zł rocznie), o tyle – nie wiedzieć czemu – dochody państwa mają w
nieprawdopodobnym tempie się zwiększyć. A jak wiadomo, państwo ma tyle
pieniędzy, ile uda mu się wyjąć z kieszeni swoich obywateli (podatki, opłaty,
dochody państwowych monopoli, za które płacą konsumenci). Jeżeli zatem
ponadnormatywnie Ministerstwo Finansów zakłada jakieś nagłe przyspieszenie
wpływów podatkowych, to albo planuje uszczelnienie systemu, albo szybki wzrost
dochodów obywateli (z których można ściągnąć pieniądze), albo podwyższenie
podatków.
Jak pokazał przykład z ostatnią podwyżką podatku VAT, odpowiedzialną w części za
obecną drożyznę, rząd boi się jakichkolwiek reform i woli sięgać do zasobów
finansowych swoich obywateli.

Które podatki w górę
Gdy rząd podnosił stawki VAT, zastrzegł, że dalsze podwyżki będą możliwe w
sytuacji, gdyby polski dług publiczny nie spadł poniżej 55 proc. w stosunku do
PKB. Na koniec 2010 r. Główny Urząd Statystyczny wysłał informację do Komisji
Europejskiej, że właśnie polski dług wynosi 55 proc. PKB. Rząd poradził sobie z
tą niewygodną informacją i na użytek krajowy kilka deficytowych pozycji usunął
ze statystyk. Wyszło więc (oczywiście tylko na papierze), że dług jest mniejszy
o blisko 30 mld złotych. Po wyborach przyjdzie jednak czas na odrobinę
szczerości i wtedy okaże się, że finanse są puste.
Na pewno rządowi nie pomoże obecna sytuacja na globalnych rynkach, gdzie jeden
kraj za drugim zaczyna tracić wiarygodność finansową. Polska może mieć najlepszą
ze wszystkich państw Unii Europejskiej sytuację gospodarczą, ale i tak osoby
odpowiedzialne za międzynarodowe finanse w bankach inwestycyjnych (które głównie
kupują rządowe obligacje) wrzucą nasz kraj do jednego worka z takimi państwami
jak Grecja, Włochy czy Francja. W związku z tym należy również oczekiwać, że po
tym, co się obecnie dzieje na europejskich giełdach, może przyjść czas na
złotówkę i jej znaczne osłabienie, co spowoduje wzrost zadłużenia w stosunku do
PKB (wzrośnie przeliczany na złotówki dług zagraniczny). Te wydarzenia
sprawiają, że dalsze podniesienie stawki VAT o jeden punkt procentowy od lipca
2012 r. jest niemalże przesądzone. Wystarczy, że wzrost długu publicznego w 2011
r. będzie choćby o 0,1 proc. szybszy niż wzrost PKB. Jeżeli w dalszym ciągu w
2012 r. relacja długu publicznego do PKB nie spadnie poniżej 55 proc., to od
lipca 2013 r. będziemy mieli dalszą podwyżkę VAT do poziomu 25 proc., a więc
maksymalnego dopuszczanego przez Unię Europejską pułapu.
Wysłany do Brukseli Wieloletni Plan Finansowy może jednak wskazywać na jeszcze
jedną bardzo prawdopodobną podwyżkę. Rząd pokusił się o przygotowanie
planowanych wpływów do budżetu z tytułu różnych podatków (patrz: tabela). Widać
jak na dłoni, że już w 2012 r. wpływy z tytułu VAT mają wzrosnąć o blisko 10
proc., co świadczy o tym, że podwyżka już została przesądzona, tylko z jej
ogłoszeniem czeka się aż do wyborów. Być może jest to nawet od razu podwyżka o 2
punkty procentowe. Przy ostatniej podwyżce VAT minister Rostowski argumentował,
że dodatkowo do budżetu z tego tytułu wpłynie 5,5 mld złotych rocznie. Stosując
tę metodologię, należy zatem wzrost wpływów podatkowych z tytułu VAT w 2012 r. o
blisko 13 miliardów złotych tłumaczyć właśnie wzrostem od razu o dwa punkty
procentowe stawek VAT-owskich.
Ale to nie wszystko. Największą dynamikę wzrostu Ministerstwo Finansów planuje
osiągnąć z podatku od przedsiębiorstw (CIT). W planie finansowym przesłanym do
Brukseli znajduje się nawet tabelka pokazująca, że stawka CIT w Polsce należy do
jednych z mniejszych w całej Unii Europejskiej. Jeżeli zestawić to z faktem, że
rząd planuje wzrost wpływów podatkowych płaconych przez przedsiębiorstwa aż o 70
proc. w ciągu 4 lat, to należy się zapytać, jak to osiągnie. Albo nagle polskie
firmy staną się najszybciej rozwijającymi się przedsiębiorstwami na całym
świecie (zwiększą swoje zyski brutto o co najmniej 70 proc. w ciągu 4 lat), albo
właśnie rząd chce wyssać z nich dodatkowe pieniądze. Wprawdzie Platforma
obiecywała różne cuda w poprzedniej kampanii parlamentarnej, ale chyba nikt
rozsądny nie uwierzy w to, że nagle dochody polskich firm cudownie wzrosną o 70
proc. w ciągu następnej kadencji Sejmu. Takie cuda mogą się zdarzyć tylko w
planach przygotowywanych przez specjalistów od PR. A tych – jak wiadomo – w
rządzie akurat nie brakuje. Jeżeli zatem cudownie polskie firmy nagle nie
zwiększą swoich zysków, od których będą płacić daninę na rzecz państwa, to
wniosek z tego jest jeden – że szykowana jest znaczna podwyżka podatków od
zysków przedsiębiorstw. Biorąc pod uwagę, jak wysoko rząd ocenia wpływy z
podatku dochodowego od firmy, należy sądzić, że szykowana jest podwyżka do
poziomu ok. 28 proc. od dochodu. Warto również wspomnieć o tym, że w kwietniu
br. Polska wstąpiła do unijnego paktu EURO Plus, którego jednym z zadań ma być
ujednolicenie obliczenia podatku CIT od przedsiębiorstw. Z tego m.in. powodu do
paktu nie przystąpiły ani Czechy, ani Wielka Brytania, ani Węgry. Te trzy kraje
obawiały się, raczej słusznie, że mające najwięcej do powiedzenia w pakcie
Niemcy z Francją będą chciały przeforsować rozwiązania mające na celu obniżenie
konkurencyjności inwestycyjnej niektórych państw. Polska pod rządami Donalda
Tuska łyka bezkrytycznie wszystko, co płynie z Brukseli (jak pamiętamy, obecny
premier wzywał posłów do głosowania za ratyfikacją traktatu lizbońskiego, pomimo
że nie tylko go nie przeczytał, ale nawet jeszcze nie była przygotowana polska
wersja językowa jednolitego tekstu traktatu), nawet jeśli jest to szkodliwe dla
polskich firm.
Może się okazać, że obecny minister finansów przeliczy się co do dochodów z CIT.
Nie od dziś wiadomo, że zwiększenie o 50 proc. podatków nie przekłada się na
taki sam wzrost wpływów. A to dlatego, że ludzie zaczynają stosować
optymalizację podatkową. Przedstawicielstwa koncernów mają możliwość ucieczki z
bardziej rentowną produkcją do innych zakładów (niekoniecznie fizycznie;
wystarczy, że zrobią to na papierze), mniejsze firmy zaczynają ukrywać dochody.
Jak pamiętamy, obniżka podatku od dochodów przedsiębiorstw dokonana jeszcze
przez rząd Leszka Millera spowodowała wzrost wpływów podatkowych z tego tytułu
do budżetu. Wynika to z faktu, że nikt nie chce oddawać na zmarnowanie przez
polityków i urzędników swojego ciężko wypracowanego dochodu.

Konieczne są reformy
Zamiast sięgać do kieszeni swoich obywateli, rząd powinien jak najszybciej
przygotować reformy strukturalne dla naszego kraju. Trzeba zaprzestać chorych
inwestycji państwowych, które tylko wynaturzają strukturę rynku. Tylko w 2011 r.
z różnego rodzaju źródeł na inwestycje państwowe ma być przeznaczone około 100
mld złotych. W większości te pieniądze będą zmarnowane. W Polsce buduje się
najdroższe drogi w Europie, a miasta ogarnęła gorączka stadionowa. Wszystko za
państwowe, czyli nasze – podatników – pieniądze. Jeżeli buduje się stadion w
Lubinie na 16 tys. widzów kosztem 130 mln zł, a potem na mecz międzypaństwowy
(pomiędzy Polską a Gruzją) przychodzi (oficjalnie) 12 tys. widzów, to należy się
spytać, po co w 75-tysięcznym mieście stadion mogący pomieścić prawie jedną
czwartą mieszkańców. 100 mld zł wydawane rocznie przez państwo na inwestycje to
w większości pieniądze wyrzucone w błoto. Budowane są za to pomniki obecnej
władzy (czy to rządowej, czy samorządowej).
Nieudolność tego rządu jest jak najbardziej realna, tak jak rosnący dług
państwa. Odkładanie w czasie niepopularnych reform może grozić tylko jednym –
sięganiem do kieszeni obywateli. Każdy pieniądz w kasie państwowej znajduje się
tam kosztem podatnika. Jeżeli to Platforma wygra wybory i będzie stanowić
przyszły rząd, to podwyżka podatków jest przesądzona. Wybory parlamentarne to
nie tylko głos za tym, kto lepiej kopie w piłkę i ładniej się uśmiecha, ale to
także głos za tym, czy chcemy móc sami decydować o tym, na co przeznaczymy nasze
ciężko zarobione pieniądze. Inny aspekt potencjalnej podwyżki podatków to utrata
konkurencyjności polskiej gospodarki. Polska stanie się mniej atrakcyjna dla
zagranicznych inwestorów, nie mówiąc o tym, że nasze rodzime przedsiębiorstwa
zaczną przegrywać walkę ze swoimi zagranicznymi odpowiednikami. Chyba że rządowi
właśnie o to chodzi.

 

Marek Łangalis

drukuj