„Miś” czy esbecki układ?
"Oni chcą, żebyś wierzyła w "Misia"" – mówi jeden z bohaterów filmu
"Uwikłanie" do prokurator Agaty Szackiej (granej przez Maję Ostaszewską). Na
wątpliwości młodej prokurator, czy jednak PRL nie była trochę taka jak w filmach
Barei, bohater grany przez Krzysztofa Stroińskiego odpowiada: "Niech pani zapyta
Kamila Sosnowskiego" – młodego chłopaka zamordowanego, tak jak ks. Jerzy
Popiełuszko, przez esbecką grupę "D".
Film w reżyserii Jacka Bromskiego zaskakuje swoją wizją rzeczywistości
politycznej i społecznej we współczesnej Polsce. Nie dlatego, aby ta wizja miała
być z gruntu nieprawdziwa, choć z pewnością jest przerysowana. Zaskakuje,
ponieważ nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by na dużym ekranie oglądać filmy
o esbeckim układzie stojącym ponad instytucjami wolnej Polski. Czy układ taki
istnieje? To pytanie powraca zwłaszcza w prawicowej publicystyce i nigdy nie
uzyskaliśmy na nie satysfakcjonującej odpowiedzi, i zapewne nigdy nie uzyskamy.
Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że istnieje – i jest aktywne –
środowisko obejmujące część byłej nomenklatury, funkcjonariuszy oraz ich
współpracowników. Środowisko, którego pierwszym celem w czasie ustrojowej
transformacji – początkowo faktycznie osiągniętym – było zmonopolizowanie
sektora paliwowego, bankowego, a także usług ochroniarskich. Nie można mieć też
złudzeń, że ludzie z aparatu komunistycznego państwa, a zwłaszcza służb,
wchodzili w III RP z uprzywilejowanej pozycji. Funkcjonariusze i agentura
wykorzystywali swą pozycję w spółkach polonijnych, centralach handlu
zagranicznego, bankach do mnożenia własnego majątku – sztandarowym przykładem
takich działań była afera FOZZ. Jednocześnie była ona namacalnym świadectwem
braku woli politycznej, by proceder ten ukrócić. Pierwszy akt oskarżenia w tej
sprawie wpłynął do sądu w 1993 r., wyrok zapadł w… 2005 r. i dotyczył trzech
osób, z których jedna pozostaje wciąż nieuchwytna dla polskich organów ścigania.
Niewydolność wymiaru sprawiedliwości III RP w sprawach związanych z
komunistyczną przeszłością jest oczywista. Wystarczy przypomnieć procesy
dotyczące masakry na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. czy wprowadzenia stanu
wojennego. Co ciekawe, "niemoc" dotyka sądy nie tylko w wypadku dygnitarzy
komunistycznego reżimu, ale także agentury – czego najbardziej widocznym
symbolem stał się wyrok w procesie lustracyjnym Mariana Jurczyka.
Film Bromskiego – a wcześniej książka Zygmunta Miłoszewskiego, na podstawie
której powstał scenariusz – zwraca uwagę na istotną kwestię, jaką jest
"prywatyzacja" materiałów operacyjnych przez funkcjonariuszy SB w latach
1989-1990. Problem ten powraca w publicystyce, przez lata był jednak
bagatelizowany przez mainstreamowe media. Części publicystów nie dał do myślenia
nawet przypadek Jerzego Frączkowskiego, kierownika Inspektoratu II Wojewódzkiego
Urzędu Spraw Wewnętrznych w Gdańsku, w którego domu Urząd Ochrony Państwa
odnalazł w 1993 r. 54 mikrofilmy, zawierające łącznie 2612 stron dokumentów.
Dotyczyły one m.in.: Krzysztofa Dowgiałło, Romana Zepga, Marzeny Golec, Bogdana
Lisa, Jacka Merkla, Bogdana Borusewicza, Lecha Kaczyńskiego i Lecha Wałęsy, a
także sieci agenturalnej SB w Trójmieście czy operacji prowadzonych w latach 80.
przez podległy Frączkowskiemu Inspektorat. Mikrofilmy powstały na przełomie 1989
i 1990 r. i zostały przez Frączkowskiego "sprywatyzowane" przed likwidacją SB.
Jest oczywiste, że Frączkowski nie był jedynym esbekiem, który wpadł na podobny
pomysł. Po raz kolejny więc można zadać retoryczne pytanie, po co byłym esbekom
potrzebne były materiały dotyczące osób odgrywających istotną rolę w życiu
publicznym III RP?
Mętna woda relatywizmu
Obok wątków esbeckich, na które zwracają uwagę niemal wszyscy recenzenci
"Uwikłania", warto przywołać jeszcze jeden – w filmie marginalny, ale istotny,
jeśli chcielibyśmy spojrzeć na dzisiejsze życie publiczne: "czarny bohater"
filmu, były esbek grany przez Andrzeja Seweryna, zwraca uwagę prokurator
Szackiej, że jej ojciec – znany profesor prawa – jest także członkiem
"towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń", którym zarządzają członkowie esbeckiego
układu. Elementem postkomunistycznej spuścizny jest bowiem nie tylko problem
środowiska byłych służb, ale także – a może przede wszystkim – kwestia udziału w
działaniach komunistycznego reżimu części dzisiejszej elity intelektualnej. To
zaangażowanie czy uczestnictwo było różne, od aktywnej działalności w PZPR,
przez pasywne w niej członkostwo, po mniej lub bardziej tajne współdziałanie z
komunistyczną policją polityczną. Może być to jednym z powodów, dla których z
entuzjazmem przyjmowane są we współczesnej polskiej humanistyce
postmodernistyczne tezy o wielostronności historii i wielości interpretacji.
Bowiem nie jest chyba przypadkiem, że wiele ze współczesnych "gwiazd"
postmodernizmu w humanistyce było wcześniej marksistami. Zgodnie z założeniami
tej nowej teorii dąży się do przekonania środowiska historycznego, i w tym duchu
wychowuje się kolejne roczniki historyków, że nie ma jednej prawdziwej wersji
wydarzeń. Wieloznaczność źródeł ma być powodem zanegowania możliwości
odtworzenia ich przebiegu, można mówić jedynie o możliwych wersjach. Podkreśla
się więc, że jest wersja wynikająca ze źródeł pisanych (a najczęściej jest to
kilka wersji) oraz ta zachowana w ludzkiej pamięci – uczestników zdarzeń czy ich
obserwatorów. Dla części metodologów nie do pomyślenia jest krytyczne połączenie
tych wizji – możemy mówić, co najwyżej, o równoległych, na równi traktowanych,
narracjach. Dodatkowo będą się oni domagać ucieczki od wartościowania. Nie ma
więc prawdy i fałszu, bohaterstwa i tchórzostwa, wierności i zdrady – wszystko
jest relatywne.
W takim ujęciu działania polskiego podziemia niepodległościowego oraz
zwalczających je ubeków traktowane będą na równi, podobnie jak aktywność gen.
Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka" i Bolesława Bieruta. Napisanie, że
wprowadzenie stanu wojennego było złe, jest subiektywną oceną, a więc działaniem
niezgodnym z warsztatem historyka. On nie ma oceniać, ale relacjonować, jak
można widzieć daną sytuację w świetle zróżnicowanych źródeł. Bowiem to, co z
punktu widzenia aresztowanych działaczy "Solidarności" jawiło się jako złe, we
wspomnieniach Wojciecha Jaruzelskiego będzie pozytywnym działaniem zmierzającym
do zaprowadzenia porządku publicznego. Taka wizja przynosi ostateczne uwolnienie
od problemów z "ludową" Polską. Czerwony totalitaryzm nie był dobry ani zły, po
prostu był, a można go było postrzegać rozmaicie – inaczej postrzegał go gen.
"Nil", któremu zakładano pętlę na szyję, a inaczej kat, który uruchamiał pod nim
zapadnię. W mętnej wodzie postmodernistycznego relatywizmu rzesze
komunistycznych aparatczyków czy wspierających reżim intelektualistów mogą czuć
się bezpiecznie. A jeśli komuś przyjdzie do głowy przypomnieć o ich
zaangażowaniu sprzed 1989 roku, będzie można o takiej osobie napisać, że na
polityczne zamówienie realizuje "politykę hakową".
Polityka amnezji
Przywołane na początku zdanie wypowiadane w filmie przez Krzysztofa Stroińskiego
zdaje się kwintesencją polityki amnezji, do której od dwudziestu lat próbuje nas
przekonać część polskiego establishmentu. Oswojenie "ludowej" Polski,
banalizacja jej zbrodni ma konkretny cel. Ci, którzy PRL nie pamiętają, mają
przyjąć, że była ona "najweselszym barakiem" w sowieckim imperium, a ci, którzy
w niej żyli, mają uwierzyć, że "wszyscy byliśmy umoczeni". Problem drążenia
najnowszych dziejów Polski zostanie w ten sposób zamknięty. Będzie można "wybrać
przyszłość", przejść do porządku dziennego nad własnymi biografiami, przyjąć, że
agenci byli ofiarami, które nikomu nie szkodziły, funkcjonariusze bezpieki
pociesznymi facetami, którzy – rejestrując opozycjonistów jako agentów – starali
się ich chronić przed swymi kolegami, a PZPR była partią Konradów Wallenrodów
usiłujących od środka rozbić system. Pamięć o PRL zostanie ostatecznie
zafałszowana, w imię – jak mówi inny z bohaterów filmu (grany przez Adama
Woronowicza) – spokoju establishmentu.
Działania te wzmacniane są – skutecznie działającymi na część ludzi – hasłem,
byśmy nie zajmowali się przeszłością, ale budowali przyszłość. Nie bardzo co
prawda wiadomo, czemu badania historyczne mają przeszkadzać w działalności
resortom finansów, infrastruktury czy gospodarki, niemniej szantaż moralny jest
skuteczny, a część osób zdaje się wierzyć, że istnieje nierozerwalny związek
między wydawaniem książek o PRL a rozwojem gospodarczym.
Aktywność środowiska poesbeckiego czy, szerzej, postkomunistycznego nie tłumaczy
wszystkich patologii toczących III Rzeczpospolitą. Zaskakujące jednak jest to,
że część uczestników życia publicznego z uporem godnym lepszej sprawy stara się
tę kwestię bagatelizować, a tych, którzy zwracają na nią uwagę, ośmieszać.
System komunistyczny w Polsce zaczął być demontowany w 1989 r., ale to nie
oznacza, że jednocześnie zniknęły wraz z nim skutki jego istnienia. Można tylko
mieć nadzieję, że zwróci na nie uwagę młodsze pokolenie. Tak jak stało się to w
Niemczech, w których druga fala denazyfikacji ruszyła blisko dwadzieścia lat po
zakończeniu wojny. Nowe pokolenie nieskażone uczestnictwem w instytucjach III
Rzeszy dążyło wówczas do oczyszczenia aparatu publicznego z osób o niechlubnej
nazistowskiej przeszłości.
Takie filmy jak "Uwikłanie" mogą sprawić, że wchodzące w dorosłe życie pokolenia
młodzieży niepamiętającej PRL zdadzą sobie sprawę z oczywistego faktu: to, że
urodzili się po 1989 r., nie oznacza, że komunizm ich nie dotyczy.
Dr Filip Musiał
