Dwaj panowie K.
Z senator Alicją Zając, żoną senatora Stanisława Zająca, który zginął w
katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Nie wzięła Pani udziału w spotkaniu rodzin w kancelarii premiera. Dlaczego?
– Propozycja padła zbyt późno. Może gdyby była szansa zapoznania się z treścią
tego raportu nieco wcześniej, być może rozważyłabym udział w takim spotkaniu.
Natomiast to krótkie spotkanie, oczekiwanie w odrębnym pomieszczeniu i
niepewność, że zostanie ujawnione coś, co dotyczy tej katastrofy, było nie do
końca przemyślane. Mam wrażenie, że ktoś nie potrafi, a być może nie chce tak
naprawdę wczuć się w naszą sytuację, bo miejsce publiczne do przeżywania tego
typu intymnych i osobistych spraw nie jest chyba właściwe. Znacznie lepiej
czulibyśmy się w ciszy, spokoju, w gronie naszych najbliższych.
Na raport komisji Millera czekaliśmy długo. Jak odebrała Pani ten dokument
jako osoba, która w katastrofie straciła męża?
– To kilkunastomiesięczne oczekiwanie rodzin było bardzo trudne, choć mogłoby
się wydawać, że wraz z upływem czasu będzie lżej. Kiedy wielokrotnie przesuwano
termin ujawnienia raportu, bawiąc się niejako naszymi uczuciami, często podczas
spotkań zastanawialiśmy się, czy ci, którzy za to odpowiadają, mają świadomość,
jak w tej sytuacji czują się rodziny ofiar, które myślą, co w tych dokumentach
będzie i jak to przyjąć. Przecież my nie odsunęliśmy od siebie tego, co
wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r., ale wspomnienia i ból wciąż nam towarzyszą, a
atmosfera, jaką wokół publikacji raportu stworzono, dodatkowo potęguje nasz ból.
Miniony piątek, myślę, że nie tylko dla mnie, ale także dla pozostałych rodzin
był bardzo trudny. Tak jak ciężko było mi oglądać symulacje ostatnich minut lotu
podczas prezentacji raportu MAK, tak samo było teraz. Cały czas zastanawiam się,
czy mój mąż i wszyscy pasażerowie tupolewa mieli świadomość, że samolot się
rozbija i jakie były ich ostatnie sekundy życia na ziemi.
Raport spełnia Pani oczekiwania, wyjaśnił wszystkie wątpliwości?
– Absolutnie, raport Millera nie wyjaśnia przyczyn tragedii smoleńskiej. Jest
bardzo ogólny i podaje to, o czym wiedzieliśmy już wcześniej. Nie przekonuje
mnie np. argumentacja, że samolot po zderzeniu z brzozą uległ awarii, tymczasem
ten sam raport w innym miejscu mówi, że maszyna była sprawna do momentu
zderzenia z ziemią. Zastrzegam, że nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale na
zdrowy rozum, jeżeli samolot był sprawny, to jedynym elementem, któremu nie
można przypisać przyczyny katastrofy, był jego stan techniczny. Nieścisłości czy
sprzeczności jest jednak więcej. O tym, że raport nie wyjaśnia faktycznych
przyczyn katastrofy, świadczy też wynik jednego z sondaży, w którym na pytanie,
czy jest pani/ pan zadowolona/y z wyników raportu, aż 70 proc. odpowiedziało, że
nie.
Coś Panią szczególnie zbulwersowało podczas samej konferencji komisji
Millera?
– Owszem. Jeden z dziennikarzy powiedział, że do 21 kwietnia 2010 r. Polacy
uczestniczyli w procedurze identyfikacji zwłok. Natomiast po 21 kwietnia
procedura identyfikacji 20 ostatnich ciał, wśród których było też ciało mojego
męża, odbywała się już bez udziału Polaków. Zaznaczył też, że nie ma zdjęć z
tych oględzin. Przyznam, że o ile część rodzin przeglądała dokumenty sekcyjne
swoich bliskich, to ja dotychczas nie zwróciłam się do prokuratury z prośbą o
wgląd do materiałów dotyczących mojego męża. Jednak teraz ktoś z nas na pewno to
zrobi. Nie wiem, czy będę to ja osobiście, bo osoby, które to uczyniły,
odradzały mi to. Skoro ciała mojego męża nie można było zidentyfikować podczas
oględzin w Moskwie i trzeba było do tego badań DNA, to znaczy, że było ono
bardzo zmasakrowane. Być może, że zrobią to mój syn czy zięć z prawnikami. Nie
wiem, jakie miałabym odczucia po tych oględzinach. To nie są łatwe sprawy…
Wiem natomiast z wielu faktów medialnych i nie tylko, że jest bałagan w
protokołach sekcyjnych i tak naprawdę nie wiadomo, czy dotyczą one naszych
zmarłych. Nie umiem powiedzieć, czy dotyczy to także mojego męża. Kiedy zbadamy
te akta, okaże się, czy wspomnianych już 20 ciał, które były badane bez udziału
polskich specjalistów, a tylko przez Rosjan, zostało zbadanych w sposób
właściwy. Okaże się wtedy, czy strona rosyjska podchodziła do sprawy rzetelnie.
Chcę wierzyć, że tak było. Natomiast wszystkie wątpliwości należy wyjaśnić. Nie
może być tak, że w tak delikatnej sprawie są niedomówienia, nieścisłości.
Dlatego trzeba wyjaśnić, dlaczego one powstały i kto jest temu winien.
Jednak pamiętamy, jak minister Ewa Kopacz zapewniała, że uczestniczyła w
identyfikacji ofiar do końca…
– Owszem, ale po kilku miesiącach powiedziała też, że zaufała Rosjanom. Ja
również staram się wszystkim ufać, ale kiedy zostaję oszukana, to uważam, że
należy zachować pewien dystans do tego, o czym się mnie informuje. Jeżeli już
dzisiaj pojawiają się pewne nieścisłości, to obowiązkiem rządu jest wyjaśnienie
wszelkich wątpliwości. Jako rodziny nie mamy żadnych instrumentów, żeby to
wyjaśnić, ale mogą i powinny to zrobić prokuratura wojskowa i władze państwa.
Rozważa Pani wniosek o ekshumację ciała męża?
– Będę ostatnią z osób, które podejmą taką decyzję, jeżeli w ogóle ją podejmę.
Mój mąż nie żyje i tego już nie da się zmienić, podobnie jak nie przywrócimy
życia pozostałym 95 pasażerom Tu-154M. Biorąc pod uwagę ewentualne ekshumacje,
zadaję pytanie, dlaczego prokuratura utrudniała ekshumacje osób, co do których
wnioski zostały złożone przez rodziny już wcześniej. Czy faktycznie zabraniają
tego procedury, czy może dlatego, że prokuratura chce otrzymać dokumenty
dotyczące wszystkich 96 zmarłych i dopiero wtedy ta decyzja zapadnie. Myślę, że
gdyby była konieczność przeprowadzenia wszystkich ekshumacji, to wtedy jako
rodzina także wyrazilibyśmy zgodę, ale gdyby dotyczyłoby to tylko kilku rodzin,
które mają zastrzeżenia, to musielibyśmy to jeszcze rozważyć.
Wróćmy jeszcze do samego raportu. Może Pani powiedzieć, że zamyka on sprawę
smoleńską, jak chciałaby tego ekipa rządowa?
– Podczas konferencji premiera Tuska, już po publikacji raportu, uderzyło mnie
to, że odnosząc się do wydarzeń z 10 kwietnia 2010 r., nie użył on określenia
"katastrofa smoleńska", ale "wypadek lotniczy pod Smoleńskiem". Natomiast trzeba
mieć świadomość, że raport komisji Millera na pewno nie zamknie tej sprawy.
Jestem przekonana, że sprawy smoleńskiej nie zamkniemy przez wiele kolejnych
miesięcy, nie pozwolimy jej także zamieść pod dywan. Jako rodziny, osoby
bezpośrednio poszkodowane, będziemy badać dokumenty i dociekać prawdy. Raport
Millera jest bardzo ogólny i zubożony chociażby o brak analizy głównych dowodów,
mianowicie wraku samolotu, który niszczeje w Smoleńsku, a także oryginałów
czarnych skrzynek, których strona rosyjska wciąż nam nie przekazała. Także brat
mojego męża, który był ze mną w Moskwie w celu identyfikacji zwłok męża, po
wysłuchaniu konferencji komisji w sprawie raportu czuł niedosyt, podobnie jak
większość z nas.
Po prezentacji raportu Millera nadszarpnięty przez Rosjan, po konferencji
MAK, wizerunek państwa polskiego poprawił się nieco?
– Na tle raportu MAK, stronniczego i nieobiektywnego, raport komisji Millera
wypada lepiej, co wcale nie znaczy dobrze. Komisja pod przewodnictwem Tatiany
Anodiny wydała werdykt w stosunkowo krótkim czasie po katastrofie, natomiast
polska komisja pracowała dłużej. Bliżej mi do raportu Millera niż rosyjskiego,
który traktuję tak, jakby go wcale nie było.
Odpowiedzialność rosyjska w raporcie Millera jest jednak dość mglista, a wina
koncentruje się po stronie polskiej.
– Każdemu logicznie myślącemu nie jest potrzebny zapis mówiący wprost, że winien
jest ten czy inny. Ważne jest to, co się cytuje i co jest zapisane na nośnikach,
że "jesteście na ścieżce, na kursie". Przecież ktoś, kto wypowiadał te słowa, to
nie Polak, tylko Rosjanin z wieży kontroli lotów w Smoleńsku, który odpowiadał
za sprowadzenie samolotu bezpiecznie na ziemię. Ponadto biorąc pod uwagę stan
lotniska, jak można było dopuścić, żeby najważniejszą osobę w państwie
przyjmować w takich niegodnych warunkach. I nie chodzi tu wcale o czerwone
dywany, ale o zachowanie podstawowych względów bezpieczeństwa, których nie
dochowano. W moim odczuciu, skierowano ten lot do Smoleńska nie tylko dlatego,
że był najbliżej Katynia, ale po to, by upokorzyć prezydenta Lecha Kaczyńskiego
za to, że chciał być w tym miejscu w 70. rocznicę zbrodni. Mimo iż rozłączono
dwie wizyty: premiera Tuska i głowy państwa, to prezydent nie zrezygnował z
wizyty 10 kwietnia, poleciał i zginął, a wraz z nim najważniejsze osoby w
państwie. Wierzę, że kiedyś dowiemy się, jaka była prawda w sprawie przyczyn i
okoliczności katastrofy smoleńskiej i nic, i nikt nie stanie temu na
przeszkodzie.
Komisja uznała, że nie było lądowania za wszelką cenę, jak to wcześniej
wyrokowano. Jak odebrała Pani ocenę raportu w warstwie dotyczącej zachowania i
decyzji pilotów w ostatniej fazie lotu?
– Wielokrotnie mówiłam o tym, że w wieku trzydziestu paru lat nikt nie ryzykuje
swojego życia ani życia tych, których mu powierzono. Piloci to elita wojska i
pilotem nie może być ktoś przeciętny. Pilotem może być człowiek bardzo
opanowany, dobrze przygotowany i sądzę, że właśnie tacy piloci byli na pokładzie
tego samolotu. Natomiast w ostatnich miesiącach wychodzą rażące
nieprawidłowości, do jakich dochodziło w specpułku lotnictwa transportowego,
bardzo przykre dla opinii publicznej. Ale myślę, że najbardziej przykre dla
samych żołnierzy, którzy przez swoich dowódców byli stawiani w bardzo trudnych
sytuacjach, a nawet zmuszani do łamania norm czy pomijania obowiązujących
procedur. Widział to gen. Andrzej Błasik, który monitował do ministra obrony,
aby poprawić tę sytuację.
Generał Błasik nie siedział jednak za sterami tupolewa, nie naciskał też na
pilotów.
– Osobiście nie znałam gen. Błasika, ale wiem, że był to prawy człowiek. Jego
obecność na pewno nie przeszkadzała w lądowaniu tupolewa. Piloci byli
profesjonalistami, kapitan do końca panował nad samolotem i swoimi decyzjami.
Nigdy nawet nie domniemywałam, by obecność gen. Błasika w kokpicie utrudniła mjr.
Protasiukowi podejmowanie decyzji, czy ma lądować, czy odchodzić na drugi krąg.
Jedna dymisja po raporcie wystarczy?
– Dymisja ministra Klicha nie zmienia oczywistych faktów karygodnego
postępowania, dotyczącego choćby lotów najważniejszych osób w państwie, co mogło
również doprowadzić do niejednej katastrofy. Ta dymisja to także osobista
porażka samego Bogdana Klicha. W czasie jego czteroletniego zarządzania siłami
zbrojnymi wydarzyły się dwie katastrofy lotnicze, były też przykłady złej pracy
i fatalnej organizacji w MON. Sama dymisja jednak niczego nie zmieni, zwłaszcza
w perspektywie kilku miesięcy pracy, jakie pozostały jeszcze rządowi Donalda
Tuska.
Premier zaznaczył jednocześnie, że nie ma zastrzeżeń do pracy ministra
Klicha, nazwał go człowiekiem honoru i wystawia go na listach PO w jesiennych
wyborach.
– Jest to bardzo bolesne, zwłaszcza dla nas, rodzin smoleńskich, że nikt nie
myśli o dramacie, jaki wciąż przeżywamy, o naszej samotności, naszym cierpieniu
i o naszych odczuciach. To nie jest łatwe życie. Kiedy natomiast słyszymy, że
"bohaterowie" związani z tą katastrofą wraz z dymisją otrzymują jednocześnie
przepustkę do dalszej kariery, to jest to niezrozumiałe i musi bulwersować.
Jak przyjęła Pani fakt, że w wyborach do Senatu wystartuje Edmund Klich?
– Okazuje się, że w polityce wszystko jest możliwe. Zdziwiła mnie natomiast
argumentacja, jaką posłużył się sam Edmund Klich, który ogłosił, że będzie
kandydował, bo w ostatnim czasie stał się popularny. Jeżeli tego typu
popularnością mamy sobie szukać poparcia wyborców, to należy nad tym tylko
ubolewać. Zawsze wydawało mi się, że aby zasłużyć sobie na mandat posła czy
senatora, trzeba się czymś wykazać, mieć jakieś zasługi. Okazuje się, że
niekoniecznie. Gdyby obaj panowie o nazwisku Klich znaleźli się w parlamencie,
to mam nadzieję, że będą jak najdalej od Komisji Obrony Narodowej.
Wracając do wątku odpowiedzialności za katastrofę, pomijając już oczywistą
winę szefa MON, może sam premier nie miał odwagi, by wziąć na siebie
odpowiedzialność za to, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r. i później?
– Do historii na zawsze przejdzie obraz, jak premier Tusk 10 kwietnia 2010 r. na
miejscu tragedii w Smoleńsku znalazł się w objęciach premiera Putina. Po
pierwszym spotkaniu z rodzinami liczyłam jeszcze, że premier z sercem potraktuje
sprawę katastrofy i rodzin, bo bez serca, zwłaszcza w tak bolesnej sprawie,
trudno się porozumieć. Zawiodłam się jednak. Często zarzuca się nam – rodzinom
smoleńskim, że chcemy uzyskać coś więcej, niż nam się należy. Tymczasem my nic
nie chcemy, ale jako obywatele Rzeczypospolitej mamy prawo do poznania tego, o
co prosimy, a co jest oczywiste – wyjaśnienia wszystkich okoliczności
katastrofy. Wydawałoby się, że o nic nie będziemy musieli prosić, że państwo
stanie na wysokości zadania i postara się o to. Tymczasem tych kilkanaście
miesięcy, od katastrofy pokazało, że państwo zrobiło w tej sprawie niewiele. A
to, co zrobiło, to i tak pod naciskiem opinii publicznej.
Tusk powinien się podać do dymisji?
– Nie chciałabym, żeby premier Tusk robił z siebie męczennika katastrofy
smoleńskiej. Myślę, że jego postawa i działalność jako szefa polskiego rządu
zostaną ocenione przez społeczeństwo we właściwy sposób. Historia oceni też, czy
czas rządów Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej był dobry dla Polski. Dla
nas, dla rodzin smoleńskich, zwłaszcza po 10 kwietnia, na pewno był to czas
niedobry. Pokazują to także sondaże, w których wielu Polaków przyjęło raport
komisji Millera jako mało satysfakcjonujący. Jako członkowie Stowarzyszenia
Katyń 2010 odczuwamy to także podczas spotkań z wieloma osobami, które na co
dzień nie zajmują się polityką.
Często w przestrzeni publicznej pada teza, że tematyka smoleńska jest
nadmiernie eksploatowana.
– Jestem zahartowana, chciałabym tylko tego, o czym wspomniałam wcześniej,
żebyśmy nie byli traktowani jako grupa osób, która zakłóca porządek publiczny
tym, że usiłuje czcić pamięć zmarłych i domaga się prawdy o przyczynach
katastrofy. Wciąż czekamy na prawdę o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r.
w Smoleńsku i mamy do tego prawo, czy się to komuś podoba, czy nie. Prawda
zostanie ujawniona, ale to oczekiwanie jest dla nas naprawdę trudne i
przytłaczające.
Dziękuję za rozmowę.
