Siódme poty prokuratora Szeląga
Labirynt sprzeczności w wywodach prokuratorów wojskowych. Rejestratory
pracy urządzeń pokładowych Tu-154M 101 nie wykazały niesprawności systemów
samolotu, ale w maszynie są urządzenia, których praca nie jest rejestrowana.
Jednocześnie brak odnotowania niesprawności nie jest tożsamy ze stwierdzeniem,
że samolot był sprawny. Rekordery nie utrwaliły inicjacji całego systemu
"odejście", którego jednym z elementów jest przycisk "uchod" – parametr
nieaktywny. Szkopuł w tym, że powodów nieaktywności nie znamy. A biegli z ATM
twierdzą, że "uchod" można znaleźć w systemie elektrycznych połączeń. Trzeba
tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Otwartych pytań, poszerzających spectrum interpretacyjne zdarzenia, jest dużo,
zdecydowanie za dużo. Po wczorajszej konferencji prasowej prokuratury wojskowej
badającej przyczyny katastrofy rządowego tupolewa na Siewiernym pewne jest tylko
jedno: pokładowe rejestratory przestały pracować przed zderzeniem z ziemią, ze
względu na zanik zasilania elektrycznego. Powód ustalą biegli.
Wszystkie analizy trzech pokładowych rejestratorów parametrów lotu (ATM-QAR,
KBN-1-1 i MARS-BM) wykonano na kopiach. Zapis skrzynki KBN jest częściowo
uszkodzony, zniekształcona taśma spowodowała utratę danych. Prokuratura
twierdzi, że brakujące sekwencje odtworzono, porównując z ATM. Śledczy
"skrócili" czas sprawności samolotu. Do tej pory słyszeliśmy o systemach
działających do momentu zderzenia z ziemią, tak prezentowała ten problem na
konferencji w Moskwie gen. Tatiana Anodina. Teraz jest to moment "zderzenia z
przeszkodą" (prawdopodobnie uderzenie lewym skrzydłem). Przy czym z ust
prokuratora Ireneusza Szeląga padło zdumiewające twierdzenie, że nie ma
znaczenia, jaka to była przeszkoda. Nie trzeba być fizykiem, by wiedzieć, że
inne siły działają na maszynę po zderzeniu np. z drzewem, a inne z masywem
ziemnym.
Prokuratura nie była w stanie przesądzić, czy samolot był do końca sprawny.
Dociskany pytaniami dziennikarzy prokurator Szeląg musiał przyznać, że byłoby to
wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków. Usłyszeliśmy też wczoraj, że tzw.
czarne skrzynki nie rejestrują samej pojedynczej procedury przyciśnięcia "uchodu",
jedynie inicjację całego systemu odejścia.
Godzinę po zakończeniu konferencji Tomasz Tuchołka, wiceprezes ATM Avionika,
producenta rejestratora ATM-QAR, mówił, że z zapisów rejestratora wynika, iż
piloci podjęli ręcznie próbę procedury odejścia. Dali "pełny gaz" na silnikach i
pociągnęli wolant na siebie. Tuż przed zderzeniem z drzewami silniki pracowały
na pełnej mocy. Z zapisów QAR nie wynika wprost, czy przycisk systemu "uchod"
został wciśnięty, czy też nie. To, czy załoga go wcisnęła, będzie przedmiotem
analizy technicznej. – Taką analizę przygotowała komisja Millera – mówił wczoraj
Tuchołka. Problem w tym, że ta konstatacja nie przystaje do zapewnień
prokuratora Szeląga, że rekordery pokładowe nie rejestrują wciśnięcia "uchodu".
W jaki sposób zostanie w takim razie sprawdzona prawidłowość sekwencji działań
załogi?
Prokuratura nie przedstawiła też spójnego wyjaśnienia, jak brak zapisu aktywnego
systemu odejścia ma się do komendy: "Odchodzimy", wydanej przez dowódcę mjr.
Arkadiusza Protasiuka, potwierdzonej przez drugiego pilota ppłk. Roberta
Grzywnę, która zapadła na stu metrach. Logiczne, prawda? Przy tak szczątkowym
stanie wiedzy, jaki zaserwowała wczoraj opinii publicznej prokuratura wojskowa,
zapowiedź prezentacji raportu komisji Jerzego Millera nie może nie budzić pytań
o jej zasadność.
Katarzyna Orłowska-Popławska
