Jak zrobić zadymę na pielgrzymce

Z panią Magdaleną z Warszawy, uczestnikiem XIX Pielgrzymki Rodziny Radia
Maryja na Jasną Górę, rozmawia Marta Ziarnik

10 lipca brała Pani udział we Mszy Świętej na jasnogórskich błoniach.
Widziała Pani bójkę z pracownikami stacji Polsat News w roli głównej?

– Bójki nie widziałam, gdyż stałam troszkę dalej. Ale dochodziły do mnie nieco
podniesione głosy, szmery. Widać też było dochodzący stamtąd niepokój ludzi,
którym przeszkadzano wysłuchać w spokoju świadectw rodzin ofiar katastrofy
smoleńskiej. Gdy przemawiał Jarosław Kaczyński, ten szmer zaczął przybierać na
sile i usłyszałam głosy mówiące: "TVN", "TVN". Postanowiłam więc podejść do tej
grupy i zobaczyć, o co właściwie chodzi. Myślałam, że może pomogę jakoś uspokoić
sytuację. Gdy jednak dochodziłam do tej grupy ludzi, dziennikarka i operator
zaczęli już opuszczać to miejsce i natknęłam się na nich twarzą w twarz.
Postanowiłam więc grzecznie im wytłumaczyć, z jakich powodów doszło do tego
poruszenia wśród ludzi, którzy nie chcieli być filmowani i zaczepiani.
Powiedziałam, że przecież oni [pracownicy Polsatu – przyp. red.] przyszli tutaj,
by przedstawić pielgrzymkę i nas – pielgrzymów, w złym świetle. Dodałam, że
przecież nie mieli potrzebnej do filmowania akredytacji. I osobiście też
poczułam się dotknięta tym, że ktoś przeszkadza mi w wysłuchaniu świadectw
rodzin, które 10 kwietnia przeżyły wielki dramat, który trwa, bo jestem pełna
dla nich wielkiego współczucia. Poczułam się dotknięta tym bardziej, że ta
pielgrzymka Rodziny Radia Maryja jest dla mnie jedynym w roku radosnym
odpoczynkiem, odskocznią od codziennych obowiązków i ktoś mi tę radość na pewien
czas zakłócił.

Jak na Pani słowa zareagowała Żarska i jej kolega?
– Właśnie jej zachowanie bardzo mnie zaskoczyło. Jej twarz wcale bowiem po tym,
co powiedziałam, nie drgnęła i nawet nie zaprzeczyła moim słowom. Tymczasem
spodziewałam się, że będzie udowadniać, że to, co mówię, jest nieprawdą i że
chcieli zrobić jedynie materiał z pielgrzymki. Zamiast tego dziennikarka
powiedziała do mnie tylko: "Idę po policję". Przy czym mówiąc to, była trochę
speszona. Wytłumaczyłam to sobie początkowo tak, że nie wykonała swojego zadania
i obawiała się reakcji pracodawcy. I kiedy wypowiedziała te słowa, to mnie
wprost zamurowało, bo z jakiego powodu? Przecież pielgrzymi mieli prawo odmówić
jej komentarza i nie wyrazić zgody na filmowanie. Nie mogłam pojąć, jak można
wzywać dla tak błahych powodów policję. Podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami z
panią, którą się opiekowałam, i starałam się zarówno ją, jak i siebie uspokoić,
że ta pani powiedziała to tylko po to, żeby coś powiedzieć, żeby nas może
postraszyć. Kilka minut później rozpoczęła się Koronka do Bożego Miłosierdzia i
po jej odmówieniu nie widać było, aby ta sprawa miała dalszy ciąg. Postanowiłam
wraz ze znajomą w cieniu drzew wracać na miejsce spotkania naszej grupy. I wtedy
natknęłam się na samochód stacji Polsat i siedzącą w nim panią Żarską oraz jej
kolegę.

Widać było po niej jakiekolwiek ślady pobicia?
– Absolutnie nie. Była zadowolona, odprężona, a nawet roześmiana. Powiedziałam
do znajomej, że jak na kogoś, kto nie zrobił oczekiwanego materiału, jest bardzo
zadowolona. Wymieniłam się też ze znajomą spostrzeżeniem, że może od tego czasu
porozumiała się ze swoim pracodawcą i ten pochwalił ją za zrobienie takiego
szumu podczas pielgrzymki.

Co się działo w tym czasie z operatorem?
– On trzymał się troszeczkę dalej, opierając się o stopień samochodu. Po jego
minie widać jednak było, że nie podziela zadowolenia dziennikarki. Wtedy nie
wiedziałam jeszcze, z czego wynika jego zachowanie. I dopiero jak wróciłam
późnym wieczorem do Warszawy i włączyłam Radio Maryja, usłyszałam te absurdalne
zarzuty wysuwane przez stację Polsat wobec pielgrzymów. Nie mogłam wprost
uwierzyć, gdy słuchałam tych bzdur, że dziennikarka stacji została brutalnie
pobita, że zabrano jej mikrofon i zniszczono jej koledze kamerę. Potem na
szczęście ta sprawa nieco ucichła, gdy "Nasz Dziennik" i Radio Maryja podjęły
się obrony pokrzywdzonego pana Andrzeja, przedstawiając relacje naocznych
świadków tego zdarzenia.

Pani Żarska poinformowała jednak w poniedziałek, że wysłała już do
częstochowskiej policji pisemną skargę dotyczącą rzekomego naruszenia jej
nietykalności cielesnej przez pana Andrzeja i uszkodzenia sprzętu…

– Według mnie jest to spowodowane tym, że stacja Polsat musi jakoś wyjść z
"twarzą" z tej historii. Dlatego też dziennikarz stara się dowieść, że nie
wycofuje się ze swoich pierwszych oskarżeń. Tymczasem ja tę panią i jej kolegę
operatora widziałam zaraz po incydencie i zapewniam, że w żadnym wypadku nie
przyszło mi nawet na myśl, że są w jakikolwiek sposób poszkodowani.

Na przyszły tydzień zaplanowano posiedzenie przed Komisją Kultury i Środków
Przekazu w sprawie tego incydentu z dziennikarzami w roli głównej. Nie sądzi
Pani, że pismo Żarskiej może mieć z tym związek?

– Dokładnie. Jest to moim zdaniem nic innego, jak przygotowywanie przez stację
Polsat gruntu pod to posiedzenie. A trzeba też zauważyć, że przygotowująca
projekt opinii w tej sprawie szefowa komisji Iwona Śledzińska-Katarasińska nie
opiera się na relacji obu stron, tylko poprzestaje na nierzetelnej relacji
dziennikarzy Polsatu. Taka informacja, jak wysłanie skargi, może dać jej kolejny
argument, choć znów nierzetelny. I zastanawiam się, jak taka osoba jak pani
Śledzińska-Katarasińska, która robi szum wokół niepotwierdzonych informacji,
może stać na czele sejmowej komisji.

Sama Żarska przyznała, że operator kopnął pana Andrzeja, tyle że – jak
twierdzi – broniąc siebie i jej przed "agresją" pielgrzyma.

– Więc widzi pani, że jednak obawiają się konsekwencji, skoro sami przyznają, iż
byli agresorami. Może też odezwały się w niej jakieś wyrzuty sumienia? A może
pani Żarska obawia się konsekwencji nieuzasadnionego wezwania policji? To
potwierdza tylko to, co relacjonowało wielu pielgrzymów będących świadkami tego
zajścia i powinno zamknąć dalsze insynuacje na ten temat.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj