Wieś, czyli Polska lekceważona i unieważniana

Jakość polskiej żywności, kondycja i nowoczesność przetwórstwa, aktywność
polskich rolników, umiejętność wykorzystania funduszy unijnych na poziomie 100
proc. – to wszystko ewidentny sukces. A o rolnikach i mieszkańcach wsi nadal
pisze się i mówi jak o balaście, obciachu, ukrywając pod taką maską lekceważenie
wciąż większej niż miejska wiejskiej biedy i akceptację nierównego traktowania
polskich rolników w Unii Europejskiej. Jak długo jeszcze?

Kiedy rozpoczynaliśmy naszą drogę do UE, a zatem również do dzisiejszej
"prezydencji", najbardziej niezwykłym i niezauważonym w debacie publicznej
problemem było niespotykane w Europie lekceważenie przez liczne środowiska
opiniotwórcze i polityczne interesów polskiej wsi i polskich rolników. Ta
postawa obecna była i po "solidarnościowej", i po "postkomunistycznej" stronie
sceny politycznej. Przykładowo, w "Przeglądzie" (05.01.2003 r.) Bronisław
Łagowski pisał: "Gdyby na polskiej wsi zachowała się jakaś tradycja, jakiś
obyczaj zasługujący na kultywowanie, gdyby istniały jakieś formy życia warte
ochrony, przeniesienie tej polityki (WPR) do naszego kraju byłoby wprawdzie taką
samą niedorzecznością, jak na Zachodzie, ale miałoby także takie samo jak tam
uzasadnienie socjalne i kulturalne. Tymczasem polska wieś nie jest taka biedna,
jak się o niej pisze, nie reprezentuje obecnie niczego wartościowego pod
względem obyczaju, kultury czy moralności. Przeciwnie jest widownią moralnego
rozkładu i lumpenproletaryzacji".
Po tzw. solidarnościowej stronie minister i wicepremier rządu AWS – UW, prof.
Leszek Balcerowicz, który zaczynał negocjacje z UE, opublikował w
"Rzeczpospolitej" (18.03.1999 r.) szczególny artykuł. Gdy w kwestii dopłat
bezpośrednich dla polskich rolników unijni negocjatorzy proponowali 0 proc., a
polscy – 100 proc. unijnych płatności, polski wicepremier pisał; "jeśli nasi
rolnicy pójdą drogą antyrynkową [tj. wywalczą prawo do unijnej polityki rolnej],
ich sukces okaże się pyrrusowym zwycięstwem rolników i otwartą klęską dla
kraju".
W owym czasie łamy prasy i media elektroniczne zdominowała retoryka
bezkrytycznego wspierania strony unijnej. Dlaczego – pytano – ważny
cywilizacyjny proces budowania europejskiej wspólnoty sprowadzany jest do
dopłat, kwot i limitów? Dlaczego narażamy interesy Polski (?!) dla jednej,
wąskiej (?!) grupy zawodowej? Dlaczego – pytał wybitny profesor filozofii –
dopłaty przysługują rolnikom, a nie krawcom lub naukowcom?

Lewicowa agrofobia
Także i obecnie hasają w tygodnikach publicyści, wykluczając i marginalizując
nielubianych przez siebie Polaków. W. Łazarewicz w "Polityce" (38/2008) swoje
myśli o polskich chłopach ubiera w takie słowa: "Quasi-chłopi to klasa ludzi
zbędnych, (…) 4 miliony zbędnych chłopów, (…) Quasi-chłop jest wielkim
hamulcowym, (…) Chłopi jako balast, (…) Chłopi jako tykająca bomba
społeczna, (…) Chłopi muszą zniknąć, (…) chłop to facet w gumofilcach
stojący pod sklepem geesu, (…) rolnicze niedobitki na wymarciu, (…) quasi
rolnicy etc.".
Metody wykluczania wyborców niepodzielających słusznej linii wytyczanej przez
jedną słuszną gazetę i przez jedną słuszną telewizję komercyjną trenowano
wcześniej skutecznie na rolnikach i mieszkańcach wsi. Dość zabawne wydaje się
przypomnienie, w jaki sposób pisano o tej grupie w marksistowsko-leninowskim
języku propagandy. Chłopi byli w nim i workiem kartofli, i symbolem apatii,
"potęgi biernej", a także masą niezdolną do zbiorowego działania. Celem
marksistowsko-leninowskich ideologów było "wyrwanie ludności wiejskiej z
izolacji i ogłupienia" oraz (K. Kautsky) "zabicie chłopskiej duszy" i umocnienie
jej "proletariackiego charakteru".
Można powiedzieć, zostało nam to do dziś. O tym segmencie społecznej
rzeczywistości podobnie myślą elity zarówno z prawej, jak i z lewej strony sceny
politycznej. Dlaczego? Może dlatego, że wszyscy, może nieświadomie, "zarazili
się" swoistą lewicową agrofobią? Wszak PRL "zaczął się" od likwidacji
ziemiaństwa, przeprowadzonej po 1944 r. bezwzględnie, dokładnie i skutecznie
zarówno w wymiarze ekonomicznym, właścicielskim, prestiżowym, jak i kulturowym.
Język ówczesnej propagandy wiele przypomina – faszystów szukano już w 1945 roku.
Edward Ochab ogłosił sukces PKWN tak: "złamano kręgosłup najbardziej reakcyjnej
warstwy wyzyskiwaczy. Z powierzchni ekonomicznego i politycznego życia kraju
znikła główna opora faszyzmu" (a jakże!!!). Potem, gdy zabijanie "chłopskiej
duszy" powiązano z kolektywizacją, faszystami zostali "kułacy", o których
Bolesław Bierut mówił: "kułak" to ten, który ma powyżej 5-7 ha (!) ziemi i
"sabotuje, przywozi zawołczone zboże, występuje z wrogą propagandą przeciwko
spółdzielczości produkcyjnej".
Kiedy PSL pod przywództwem Stanisława Mikołajczyka próbowało przetestować umowę
z Jałty i Teheranu w kwestii demokratycznych wyborów w Polsce i nie zgodziło się
w 1946 r. wejść do tzw. Bloku Stronnictwa Demokratycznego (!), tworzonego przez
komunistów i zdominowane przez nich stronnictwa, opracowano kodeks wyborczy,
który ograniczał prawa wyborcze dla "organizacji dążących do obalenia ustroju i
współpracujących z bandami leśnymi i organizacjami faszystowskimi" (a jakże).
Pod tym pretekstem skreślono z list wyborców 500 tys. osób, z list kandydatów 98
polityków PSL, zawieszając listy tej partii w 10 okręgach wyborczych (22 proc.).
Dodajmy, że mimo tych zabiegów, a także zamordowania przed wyborami 118 członków
PSL i aresztowania 107 (147?) kandydatów tej partii, wyniki przegranych wyborów
komuniści i tak musieli sfałszować.

Nie byłoby wyklętych…
Czy jest możliwe, że propagandowa wizja z żołnierzami wyklętymi, ziemianami i
chłopami w roli bandytów, faszystów nadal kołacze się nieświadomie w wielu
polskich głowach? Czy to nie ona sprawia, że tak łatwo wyklucza się ze wspólnoty
narodowej "balast", jaki podobno stanowią "niezmodernizowani" mieszkańcy wsi i
właściciele "za małych" gospodarstw rolnych?
Może warto przypomnieć, że nie byłoby żołnierzy wyklętych, gdyby wieś nie dała
żołnierza, gdyby ich nie żywiła i nie ukrywała. Może warto wspomnieć rodzinę
Ulmów (i nie tylko ją) z Markowej i rodziny z innych wsi, które nie tylko nie
"tropiły" ukrywających się Żydów, ale próbowały z narażeniem życia im pomóc.
Bywało oczywiście także dramatycznie inaczej. W końcu żołnierzy wyklętych,
ostatniego – Józefa Franczaka ps. "Lalek" i bardzo znanego Józefa Ognia ps.
"Ogień", wydali Polacy – tajni współpracownicy Urzędu Bezpieczeństwa, podobnie
jak denuncjowali Niemcom Żydów ukrywających się na wsi i w miastach.
Jednak stereotypy są nośne, bo wygodne. Warto mieć "pod ręką" grupę, u której z
aprobatą społeczną można bezkarnie szukać brakujących w budżecie pieniędzy. Może
w KRUS? A może w unijnych środkach płynących na polską wieś i do rolnictwa? Tak
radzą rządowi zwolennicy polaryzacyjno-dyfuzyjnego rozwoju kraju. Tym, którzy
nie przeczytali uważnie raportu Polska 2030 pod red. ministra Michała Boniego,
wyjaśniam, że chodzi o taki model rozwoju, w którym wspieramy przede wszystkim
"efektywnych", czyli bogatych, wykształconych i z wielkich miast. To oni,
"przyspieszając" wzrost zamożności w enklawach bogactwa, prędzej (?) czy później
(?) metodą dyfuzji "rozprowadzą" swoją zamożność wśród biednych Polaków, jeśli,
rzecz jasna, ci biedniejsi doczekają tego w kraju i nie wyjadą "za chlebem" za
granicę.
Dzisiaj minister rolnictwa Marek Sawicki jest "zaskoczony", że Rosjanie nie
wpuszczają na swój rynek wyłącznie polskich warzyw, chociaż wiadomo, że z
bakterią, która w Niemczech siała panikę, nie mają one nic wspólnego. Dziwi się,
ale nie jest w stanie zmusić premiera i ministra spraw zagranicznych, by w
ramach uroczystego przemówienia na otwarcie polskiej prezydencji w Parlamencie
Europejskim wspomnieli o tym jaskrawym przykładzie braku unijnej solidarności z
polskimi rolnikami. Czy "europejską, wolną od nacjonalizmu" wspólnotę
współtworzą interesy wszystkich rolników, czy głównie francuskich, hiszpańskich
i niemieckich?
I czy aby na pewno w rywalizacji o unijne rynki wiarygodności nie straciła marka
polskiej, zdrowej żywności po uchwaleniu ustawy o nasiennictwie, która tylnymi
drzwiami wprowadza do naszego rolnictwa produkcję genetycznie modyfikowaną?
Mam wrażenie, że brak zrozumienia dla rolnictwa i przetwórstwa rolnego jako
polskiej racji stanu o takim samym znaczeniu jak surowce energetyczne sytuuje
polskie elity polityczne i opiniotwórcze poza wspólnotą europejską. Dodam, że
Norwegia i Szwajcaria wspierają swoje rolnictwo na poziomie prawie dwukrotnie
wyższym niż kraje Unii.
Tania, dostępna także dla mniej zamożnych obywateli zdrowa, własna i bezpieczna
żywność to warunek suwerenności kraju. Zamieszkałe wsie, także daleko od
głównych metropolii, to warunek żywotności wspólnot lokalnych, to szansa dla
tradycji i tożsamości regionalnej. Własność ziemi to podstawa tej szczególnej
wolności, zanurzonej we wspólnocie, odpowiedzialnej i republikańskiej. Nie tylko
szlachcic, lecz także "chłop na zagrodzie równy wojewodzie".

Korzenie kultury
Aleksandr Czajanow pisał, że gospodarka chłopska zarówno na poziomie
mikrospołecznym (pojedyncze gospodarstwo), jak i makrospołecznym jest szczególną
odmianą gospodarki rządzącą się inną logiką niż gospodarka kapitalistyczna. Nie
chodzi w niej tylko o zysk, lecz także o zaspokojenie potrzeb użytkownika i jego
rodziny, o bezpieczeństwo i niezależność, nawet jeśli ta niezależność jest mniej
zamożna i nie zawsze "prestiżowa".
Dla Maxa Webera chłopi byli zbiorowością, która kierowała się nie tyle
racjonalnością formalną, kapitalistyczną, lecz racjonalnością rzeczywistą,
podporządkowaną myśleniu i kalkulowaniu wypływającym z uznawanych wartości. Te
wartości to gospodarstwo rodzinne, społeczność lokalna, tradycja, obywatelska
wspólnota, mała przedsiębiorczość "na swoim", spółdzielczość nastawiona zarówno
na zysk, jak i na bezpieczeństwo ekonomiczne swoich udziałowców = członków
spółdzielni. W rolnictwie, szczególnie tym "rodzinnym", ważne są (podobnie jak w
rodzinie) wartości niekoniecznie racjonalne "formalnie", jak relacja kosztów do
zysku, lecz realne, uwzględniające prawa natury (zbiory, czyli zysk tylko raz w
roku), jej żywioły (jeden przymrozek czy powódź likwiduje roczny dochód z
gospodarstwa) i ziemię, której nie można przenieść w dowolne miejsce świata.
Korzenie, także korzenie kultury i narodu, potrzebują ziemi, której nie można
"wyprodukować" w żadnej fabryce, wirtualnie powiększyć czy poprawić jakości jej
gleby. Jest, jaka jest, tu i teraz, dziedziczona przez pokolenia z dziada
pradziada tylko w miejscu, w którym się rodzili, przekazywali język, gwarę,
obyczaje, wiarę i kulturę. Jak ziemia są własne, bo dziedziczone. I za nie
jesteśmy odpowiedzialni.
Dlaczego mamy problem ze zrozumieniem tak oczywistych dla Francuza, Brytyjczyka,
Greka, Niemca czy Fina kwestii? Dlaczego żadna formacja polityczna nie potrafi
wpisać do swojego programu ludowego nurtu, który współtworzy dzisiaj wszystkie
formacje na prawo od centrum, od Europy po Stany Zjednoczone. Bo, niestety, PSL
od PSL Mikołajczyka różni zbyt wiele, by uznać partię "rolniczych interesów" za
kontynuatora partii agrarystycznych wartości. Tymczasem dzisiaj wspieranie i
sukces polskiego rolnictwa są szansą na przywrócenie Polakom zapomnianych i
zniszczonych przez komunistów wartości.

 

Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska
 


Autorka jest socjologiem, pracownikiem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa
PAN, przewodniczącą Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

drukuj