Parafiada inwestycją w dorosłość
Z Renatą Wardecką, wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Parafiada,
wieloletnią współpracownicą o. Józefa Jońca SP, który zginął 10 kwietnia 2010 r.
w katastrofie pod Smoleńskiem, rozmawia Małgorzata Bochenek
Już po raz 23. zainaugurowane zostaną w niedzielę w Warszawie finały
parafiady, której inicjatorem był śp. o. Józef Joniec SP. Na czym szczególnie
zależało ojcu Jońcowi w realizacji tego wielkiego dzieła?
– Parafiadę utożsamiał i traktował jako kompendium trzech filarów według
starogreckiej triady: stadionu – teatru – świątyni. Zawsze podkreślał, że
wszechstronny rozwój młodego człowieka musi iść trzytorowo, że z taką samą
troską trzeba zadbać o ciało i rozum, i ducha. Wierzył, że kształtowanie młodego
człowieka w tych trzech wymiarach przyniesie oczekiwane owoce, czyli da
fundamenty życia, w którym będą przestrzegane i praktykowane wartości oparte na
chrześcijańskich zasadach. Jako duchowy syn św. Józefa Kalasancjusza,
założyciela zakonu pijarów, do którego przecież należał, o. Józef Joniec uważał,
że tylko wszechstronny rozwój człowieka od najmłodszych lat zapewni mu silne
korzenie w przyszłości.
Po tragicznej śmierci o. Jońca wielokrotnie podkreślano, że on "kochał
parafiadę". W czym przejawiała się ta miłość?
– Kiedy szukaliśmy po jego śmierci słów, aby określić tę wielką dla nas stratę,
słów streszczających jego nieoceniony wkład w dzieło parafiady, wskazaliśmy na
jedno proste, ale jakże prawdziwe zdanie – właśnie to, że on kochał parafiadę.
Te słowa tak naprawdę oddają istotę życia o. Józefa. Ponad dwadzieścia lat
poświęcił parafiadzie… Dlatego śmiało i zasadnie można użyć porównania, że był
ojcem parafiady i dobrze wychował to dziecko do dorosłości. To najlepszy obraz
jego postawy względem tego dzieła. Jeśli kocha się dziecko, to jest się w stanie
zrobić dla niego wszystko, z pełnym oddaniem, ale i mądrością, i tak też czynił.
Ojciec Józef nie szczędził sił, czasu, snu, zapału, aby krzewić parafiadową ideę
i gromadzić wokół niej coraz więcej dzieci i młodzieży.
Czy jego założenia są nadal realizowane tak, jak by tego sobie życzył?
– Staramy się, by było jak dawniej, choć to w pełni niemożliwe. Bez wątpienia
brakuje nam jego uśmiechu, mądrej tolerancji, łaskawości, dobroci. To wszystko,
czym nas obdarzał, chyba właśnie teraz bardziej i wyraźniej dostrzegamy.
Powracamy do jego słów i gestów, zastanawiając się często, co zrobiłby w
konkretnej sytuacji.
Co sprawiało, że jako duszpasterz o. Józef miał taki doskonały kontakt z
dziećmi i młodzieżą?
– To jego usposobienie, podejście do ludzi i do życia. Gdyby starać się określić
go jednym zdaniem, brzmiałoby ono: to był prawdziwie dobry człowiek. W tej
dobroci mieścił się oczywiście czas na rozmowę, spotkanie i pomoc. Był otwarty
na drugiego człowieka, nigdy go nie lekceważył. Zawsze był gotów na wybaczenie i
danie 2., 3. bądź 7. szansy. Jego dobroć zaczynała się od serdecznego uśmiechu,
którym zjednywał i zaskarbiał sobie wszystkich.
Ojciec stworzył wielkie dzieło, ale tak naprawdę był człowiekiem skromnym…
– Zawsze przede wszystkim dostrzegał innych. Pierwsze miejsca zostawiał, jak
uważał, lepszym, godniejszym od siebie. Wciąż brzmi w moich uszach jego pytanie,
które zadał po otrzymaniu zaproszenia na pokład rządowego samolotu na lot do
Katynia: "Czy to ja tam powinienem lecieć, czy jestem godny tego wyróżnienia?".
Do zaszczytów podchodził z ogromną pokorą.
Młodzi biorący udział w parafiadowych zmaganiach byli wielką radością o.
Józefa. Czy po jego odejściu pamięć o nim wśród młodzieży trwa?
– Młodzi byli nie tylko jego radością, ale też wielkim skarbem. Miał
nieograniczoną chęć zgromadzenia jeszcze więcej dzieci i młodzieży, szukając do
tego ciągle nowych sposobów. Stąd parafiada to program, dzieło, które w czasie
roku szkolnego pobudza młodych ludzi do aktywności. Przeogromną satysfakcję
sprawiał mu widok młodych ludzi uczestniczących w finałach parafiady, widok
młodych osób, szczerych i radosnych dzięki możliwości wspólnego spotkania i
współzawodniczenia. Było to dla niego bardzo ważne, ale uważał, że nie może na
tym poprzestać. Ciągle szukał – mobilizując siebie i innych – nowych wyzwań. Dla
wychowania młodego człowieka chciał zrobić jak najwięcej, i robił.
Jego obecność odczuwana jest przez parafiadowiczów na pewno na finałach, a przez
osoby z parafiadowego Centrum także przy okazji innych wydarzeń. Pamiętamy o nim
zawsze w ważnych i uroczystych chwilach, ale wspominamy również podczas
powszednich czynności. W naszej świadomości ciągle żyją jego specyficzne
powiedzonka i charakterystyczne gesty, którymi nas ujmował.
Zatem o. Józef cały czas mobilizuje swoich współpracowników do działania…
– Myślę, że tak. Przynajmniej ja tak to odczuwam. Ojciec Józef nie chciałby
zmarnować najdrobniejszej okazji do pozyskania do współzawodnictwa parafiadowego
choćby jednej następnej osoby, bo wiedział, że jest to inwestycja w dorosłe
życie młodego człowieka.
Dziękuję za rozmowę.
