Gdzie akademickie obycie Niesiołowskiego?
Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu
Sobieskiego, rozmawia Paulina Jarosińska
Od środy głównym tematem dziennikarskich zainteresowań jest wystąpienie
Zbigniewa Ziobry po przemówieniu Donalda Tuska w Parlamencie Europejskim.
Dziennikarze zastanawiają się nawet, czy nie powinna dotknąć go jakaś kara za
słowa krytyki polskiego rządu. Tymczasem w żadnym medium nie widać reakcji na
list profesorów prawników z PAN w Lublinie opublikowany w "Naszym Dzienniku", w
którym apelują oni do wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego o to, aby
przeprosił ks. prof. dr. hab. Józefa Krukowskiego za nazwanie go "nieukiem" i
"chorym człowiekiem"…
– Przez ostatnie cztery lata zdążyła ukuć się nowa tradycja w Polsce, którą
nazwałbym przyzwoleniem na publiczne obrażanie innych osób i używanie słów dotąd
definiowanych jako znieważające. Bo chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że
określenia takie jak: "nieuk", "jełop", "imbecyl", "paranoik" czy "kretyn", nie
są normalnymi określeniami używanymi w merytorycznej dyskusji. A to są zwroty
najczęściej używane przez wicemarszałka Niesiołowskiego. Podobną formą
posługiwał się swego czasu Janusz Palikot. W mediach generalnie ocenia się taki
język jako cechę osobowości danego polityka albo sposób wyrażania
(niekonwencjonalny) własnych poglądów politycznych. W przypadku Stefana
Niesiołowskiego mówi się często, że "jest impulsywny" albo "emocjonalny" i z
tego wynika "kontrowersyjny" język. Tymczasem jego wypowiedzi wykraczają bardzo
często poza dopuszczalne granice krytyki. Niesiołowski po prostu obraża. Nikt
nie zakazuje marszałkowi swobodnych wypowiedzi odnoszących się do poczynań np.
opozycji albo konkretnych osób, które udzielają się publicznie. Natomiast
stopień tej swobody został poważnie przekroczony. W mojej ocenie, inwektywy,
którymi na oślep rzuca Niesiołowski, są wyrazem jego kompletnej niemocy,
niemożności udzielenia rzeczowej riposty. Od czterech lat uciekanie od poważnej
dyskusji albo w PR-owe zagrywki, albo w obrażanie interlokutorów stało się
normą. Wzór idzie z samej "góry" partyjnej – sam premier Tusk w momentach, w
których powinien odpowiedzieć, albo ucieka, albo szykuje temat zastępczy.
Marszałek Niesiołowski potrafi posługiwać się tylko obelgami, bo jako polityk
chyba niewiele ma do powiedzenia. Przypomnę panu wicemarszałkowi, że jest
również profesorem akademickim. Wydawałoby się więc, że komuś o takim tytule nie
wypada najzwyczajniej w świecie posługiwać się obelgami typu "imbecyl" czy
"dureń". Używanie takich słów powoduje, że Niesiołowski plasuje samego siebie w
najniższej lidze, na najniższym poziomie. "Wesoła" twórczość polityczna
wicemarszałka w gruncie rzeczy opiera się na takim bardzo ubogim językowo
komentowaniu. Mediom to nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz żywią się one tego
typu retoryką, która jest jednym z elementów deprecjonujących opozycję.
Ale Niesiołowski nie ogranicza swojego niczym nieskrępowanego krytykanctwa
tylko do polityków PiS. "Nieukiem" nazwał profesora KUL, a nawet brytyjskiego
polityka Nigela Farage´a. Generalnie każdy, kto zasugeruje odmienne zdanie od
zdania obecnego rządu, okazuje się "nieukiem". Media wolą jednak roztrząsać, czy
Zbigniew Ziobro powinien zostać ukarany za pytanie, które zadał Tuskowi.
– Oprócz tradycji przyzwolenia na obrażanie przeciwników politycznych przez
ostatnie cztery lata powszechne było również zrzucanie całego zła, które dzieje
się w Polsce, na partię opozycyjną. Wygląda to tak, że jakiekolwiek pytanie,
działanie czy słowo padnie ze strony posłów PiS czy osób zaniepokojonych obecną
sytuacją w Polsce, jest komentowane jako burzenie spokoju, jątrzenie,
nawoływanie do rewolucji, sianie defetyzmu, brak wiary w to, że Polska jest
nowoczesnym i otwartym krajem etc. Zadawanie pytań to tylko przeszkadzanie
rządowi, który ma "ważniejsze" sprawy na głowie niż błahe kwestie podnoszone
przez opozycję. Proszę również zauważyć, że od kilku tygodni polski rząd gra
spektakl po tytułem "Nie krytykujemy rządu (czyli państwa) za granicą". Okazuje
się, że dotyczy to nie tylko polityków, ale również zwykłych obywateli. Ojciec
Tadeusz Rydzyk nie jest politykiem, jest po prostu obywatelem Polski, który ma
prawo – również na forum międzynarodowym – wyrażać swoje poglądy. Według rządu
Tuska takie prawo przysługuje jedynie wybranym. Przypomnijmy chociażby
wypowiedzi dyskredytujące polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego na forum
europejskim, które niejednokrotnie padały z ust polityków z kręgów Platformy
Obywatelskiej. Teraz wrogiem numer jeden stają się obywatele państwa polskiego,
którzy mają odmienną wizję od wizji rządu Tuska, jak również eurodeputowani,
tacy jak Zbigniew Ziobro, który skądinąd nie użył żadnego obraźliwego słowa, a
jedynie zwrócił uwagę na pewne zjawisko w miejscu jak najbardziej do tego
przeznaczonym, czyli na forum Parlamentu Europejskiego. Jak ktoś się obraża na
coś takiego, to obraża się na zasady demokratyczne.
Przykładem radykalnego wręcz łamania zasad debaty publicznej są wypowiedzi
Stefana Niesiołowskiego. I jakoś nikt się na niego za to "nie obraża…".
Zwłaszcza media wrażliwe na przestrzeganie demokratycznych zasad.
– Media na pewno nie, ponieważ jest to dla nich część narracji. Natomiast
generalnie językiem politycznym serwowanym przez polityków Platformy na pewno
zmęczone jest społeczeństwo.
Niesiołowski na mandat poselski w kolejnej kadencji Sejmu nie ma co liczyć?
– To się okaże. Jeśli społeczeństwo wybierze pana prof. Niesiołowskiego i jego
coraz bardziej prymitywną retorykę na kolejną kadencję, to wówczas okaże się, że
albo jest kompletnie obojętne i uodpornione na formę i treść wypowiedzi tego
polityka, albo że mu one w ogóle nie przeszkadzają, ba! – wręcz odpowiadają.
Dziękuję za rozmowę.
