Ewangelia
XIV Niedziela zwykła
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie
nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je
prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi
Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko
Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy
utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na
siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie
ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię
lekkie".
Mt 11, 25-30
*************
Pokora vs. political correctness
W naszej świadomości często słowo "pokorny" jest synonimem wyrażeń:
infantylny, niezaradny, intelektualnie podejrzany itd. Pokora nie ma dobrego PR.
Także w wymiarze religijnym. Może trochę w tym winy średniowiecznej hagiografii,
która swoimi wyobrażeniami (w naszym odbiorze dzisiaj) wykopała głęboką przepaść
pomiędzy pokorą, świętością i życiem? Często fascynacja nimi przypomina bardziej
gapienie się na linoskoczka, balansującego na cienkiej linie nad przepaścią.
Podziwiamy go, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, aby go naśladować. Tym
bardziej że dziś, aby cokolwiek zyskać, trzeba mieć ostre łokcie, nieco
przytępione sumienie, ciut mniej wrażliwy słuch – twierdzi wielu chrześcijan. To
nasz "sposób na życie". Robaczywy i toksyczny. Co robić, skoro realia życia
wymuszają na nas taką postawę? – pytamy, bezradnie rozkładając ręce…
A może po prostu jest to "duch czasu", parafrazując wypowiedziane jakiś czas
temu słowa – znak "zaczadzenia" liberalizmem (libertynizmem?), który z salonów
pcha się do wnętrza Kościoła? A my, sterroryzowani zasadami "political
correctness", bezrefleksyjnie go akceptujemy, nie zważając przy tym, że z duchem
Chrystusa nie ma to nic wspólnego.
Święty Paweł ubiera powyższe stwierdzenie w bardzo proste słowa: "Wy nie żyjecie
według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka. Jeżeli zaś
kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten do Niego nie należy". Bycie uczniem Jezusa
nie jest obowiązkowe. Jeśli jednak wybiera się Jego drogę, Mistrz żąda od ucznia
posłuszeństwa i konsekwencji. Inaczej nie da się pójść za Nim.
"Wysławiam Cię Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i
roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom" – mówi Chrystus. Prostota w sensie
ewangelicznym (w odróżnieniu od prostactwa, które niestety po brzegi wypełnia
nasze codzienne realia, a które nie ma nic wspólnego z duchem Biblii, często
stanowi wręcz jego dokładne przeciwieństwo) to cnota. A może inaczej: to
wewnętrzna dyspozycja, aby zostać obdarowanym przez Boga, przyjąć bogactwo Jego
łaski, pogodzić się z faktem, że życie, aby było szczęśliwe, wcale nie musi
wyglądać tak, jak je sobie zaplanowaliśmy, lecz polega na poddaniu się
prowadzeniu Jezusowi – nawet, jeśli naznaczone jest ciężarem krzyża. Nie wszyscy
to rozumiemy – owo "zakrycie", które często pojawia się na kartach Pisma
Świętego, to jakby przepaska na ludzkich oczach, niepozwalająca dostrzec, że
życie jest balansowaniem nad przepaścią. Nie ma ono nic wspólnego z jakąkolwiek
wiedzą tajemną, gnozą, motywem wybrania, do którego tak chętnie sięga dziś
kinematografia. Odpowiedź jest bardzo prosta. Jest nim ludzka pycha i
przekonanie, że sami z siebie jesteśmy w stanie zbudować szczęśliwy świat.
"Uczcie się ode mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem" – mówi Chrystus. To
nie nakaz – to zaproszenie. Świat przepełniony jest pychą. Ona wyziera zewsząd,
zafałszowuje obraz człowieka i całej rzeczywistości. Jest zasłoną dla tych,
którzy mieniąc się "mądrymi i roztropnym", chcą budować po swojemu, na swój
ludzki, zdeformowany obraz rodzinę, porządek społeczny, ustalać kryteria prawdy,
wyznaczać granice życia i śmierci.
Miłość Boża, jak każda prawdziwa miłość, nie sprzeciwia się logice – ona ją
przekracza. Prawda, którą ukazuje Chrystus, jest prawdą ukrzyżowaną, a nie
oklaskiwaną. Warto o tym pamiętać przy okazji kolejnych sondaży czy podczas
lektury "prorockich" tekstów o rzekomym końcu Kościoła, który nie chce zrozumieć
ducha czasu, nie godzi się na destrukcję stwórczego porządku, uparcie stojąc na
pozycji "znaku sprzeciwu".
ks. Paweł Siedlanowski
