Teraz to dopiero pokażemy
Pompa, jaka towarzyszy objęciu przez Polskę przewodnictwa w Unii
Europejskiej, a konkretnie w Radzie Unii Europejskiej, sugeruje, że od 1 lipca
Polska staje się liderem UE, że to my będziemy nadawać ton działalności 27
państw. Nic bardziej błędnego. Traktat lizboński spowodował, że instytucja
przewodnictwa została znacznie ograniczona, bo pracami Rady Europejskiej kieruje
na bieżąco jej szef Herman van Rompuy. Dlatego najważniejsze ze spotkań na
unijnych szczytach i tak będą się odbywały w Brukseli, a nie w Warszawie.
Prezydencja została utrzymana chyba tylko po to, aby poprawić prestiż niektórych
państw, a konkretnie ich prezydentów i premierów.
Dlatego półroczne przewodnictwo zapewne poprawi i tak dobre samopoczucie
prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska oraz innych
ministrów, którzy będą mogli się często pokazywać w blasku fleszy na różnych
unijnych spotkaniach. Poklepywanie po plecach, wiele okrągłych nic nieznaczących
słów i pochwał pod adresem Polski – ten obraz widzieliśmy w ostatnich latach już
wiele razy i będziemy teraz widzieć jeszcze częściej. Tak naprawdę ten
propagandowy wydźwięk będzie zapewne dla rządzących najbardziej istotny i łatwy
do osiągnięcia.
Nie łudźmy się, że od 1 lipca z Warszawą zaczną się bardziej liczyć Berlin,
Paryż czy Londyn. Tak jak do tej pory ton UE będą nadawać największe potęgi,
głównie tandem niemiecko-francuski, i będą realizować swoje polityczne i
gospodarcze cele, także te, które stoją w sprzeczności z celami innych unijnych
państw – również kierującej tą Unią Polski. W razie czego nie będą też wcale z
nami konsultować swoich działań, a raczej stawiać nas przed faktami dokonanymi.
Po co zresztą unijne potęgi miałyby nagle zacząć liczyć się z Warszawą bardziej,
niż robiły to do tej pory?
Ale przyjmijmy na moment, że rzeczywiście, tak jak to na okrągło mówią premier
Donald Tusk i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski – Unia z nadzieją
czeka na polskie przewodnictwo, że to my damy UE nowy impuls do działania, że
wlejemy do niej dużą porcję optymizmu, że dzięki nam podniesiony zostanie
prestiż Unii Europejskiej, że pomożemy w rozwiązaniu najważniejszych problemów
trapiących wspólną Europę. Gdyby tak miało być, bylibyśmy świadkami prawdziwego
cudu. Oto rząd – który co roku zwiększa dług Polski średnio o 70 mld zł (tempo
lepsze niż za Gierka), który nie radzi sobie z budową autostrad, linii
kolejowych, stadionów i realizacją wielu innych inwestycji, który reformuje
wojsko tak, że kraj czyni bezbronnym – ma teraz rozwiązać ogromne problemy
półmiliardowej Unii? Te kilkaset milionów Europejczyków ma po prostu uwierzyć,
że nieudolny polski rząd upora się choćby z problemem Grecji i innych
zadłużonych krajów, że znajdzie rozwiązanie dla spodziewanej kolejnej fali
imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu, że wskaże impuls UE do rozwoju
gospodarczego? Chyba za bardzo przeceniamy zaufanie Europejczyków do Polski.
Chociaż jest nadzieja. Wyzwania, jakie stoją w Polsce przed premierem Donaldem
Tuskiem, ministrami: Jackiem Rostowskim, Cezarym Grabarczykiem czy Radosławem
Sikorskim, są po prostu dla nich za mało ambitne, nie dają okazji, żeby się
wykazać. Ale jak wyjdą na forum europejskie, to dopiero pokażą, na co ich stać.
Aż się cała Unia zdziwi i będzie prosić, żeby Polska objęła stałe przewodnictwo
w UE.
Krzysztof Losz
