„Męczeństwo” Blidy i Wojewódzkiego

No proszę! Okazuje się, że dla sejmowych komisji śledczych nie ma rzeczy
niemożliwych. Naturalnie nie zawsze, co to, to nie – a tylko w sytuacji, gdy
taka jest wola Sił Wyższych, które tych wszystkich naszych Umiłowanych
Przywódców najmiłościwiej nakręcają. Pana posła Mirosława Sekuły nikt nie
nakręcił, toteż okazało się, że nie było żadnej afery hazardowej. Ale po co ona
miałaby być, ta afera, skoro pokuta, jaką Siły Wyższe naznaczyły premieru Tusku
za zuchwałą próbę wyzwolenia się spod ich kurateli, została w całości odbyta,
łącznie z rezygnacją z udziału w wyborach prezydenckich?

Żadna afera już nie była w tej sytuacji potrzebna, bo w tym zamieszaniu
mogłyby jeszcze, co nie daj Boże, ujawnić się jakieś ważne sekrety – a premier
Tusk, skąd wyrastają mu nogi, zapamięta przecież aż do śmierci. Tymczasem
"wyjaśnienie okoliczności śmierci" Barbary Blidy to co innego; komisja
spenetrowała nawet, co sobie pani Blida tempore mortis myślała – że mianowicie
wcale nie chciała popełnić samobójstwa, tylko samo jej się popełniło. Tylko
patrzeć, jak pan poseł Kalisz zacznie wydobywać zeznania świadków zza grobu – co
oczywiście pewnie będzie trochę kosztowało, ale czego to się nie robi dla
Polski? Dla takiej, dajmy na to, pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej Polska Jest
Najważniejsza do tego stopnia, że może przyjąć korupcyjną propozycję od
Platformy Obywatelskiej, a kto wie, czy nawet nie zatańczy na rurze? Ach,
zobaczyć i umrzeć – oczywiście z obrzydzenia!
Wracając tedy do komisji kierowanej przez posła Kalisza, to realizowała ona cel
prewencyjno-pedagogiczny – żeby każdy zobaczył, jak surowa ręka sprawiedliwości
ludowej dosięga sprawców złamania najświętszej zasady konstytuującej III
Rzeczpospolitą: MY NIE RUSZAMY WASZYCH – WY NIE RUSZACIE NASZYCH. Dosięga – ale
też nie robi im krzywdy – bo czyż Trybunał Stanu kiedykolwiek kogo skrzywdził?
Nigdy i nikogo – bo taka krzywda też byłaby złamaniem wspomnianej zasady. Jako
były sędzia Trybunału Stanu wiem, co mówię. Tymczasem zasada ta została
ustanowiona przez generała Kiszczaka i jego konfidentów jako fundament ustrojowy
– podobnie jak kapitalizmus kompradorski, z którego Siły Wyższe już przez 20 lat
ciągną taką rentę, że aż pozazdrościli im jej starsi i mądrzejsi. Dlatego nie
wystarczy, by zabezpieczyć ją na odcinku prawnym. Na wszelki wypadek
postanowiono zabezpieczyć ją również na odcinku metafizycznym. Temu właśnie
służy wiekopomne odkrycie komisji pana posła Kalisza, że pani Blida wcale nie
chciała się zastrzeliwać, więc jeśli jednak się zastrzeliła, to stało się to
zgodnie z uniwersalną formułą: "bez swojej wiedzy i zgody". Dzięki temu może
śmiało zostać uznana za świętą – oczywiście w obrządku ekumenicznym, nakazującym
wierzyć we wszystko, w co akurat trzeba – a więc również w ekstraordynaryjne
pochodzenie wspomnianej konstytucyjnej zasady.
Tymczasem kiedy tu sejmowa komisja pod kierownictwem pana posła Ryszarda Kalisza
wspięła się na takie przepastne wyżyny, ciemne chmury zbierają się nad głową
Kuby Wojewódzkiego. Pan Wojewódzki został wzięty z ludu i postawiony na
rozrywkowym odcinku frontu ideologicznego, gwoli rozweselania i utwierdzania w
zadowoleniu ze swego rozumu gawiedzi, to znaczy – "młodych, wykształconych, z
wielkich miast". Pan Wojewódzki w TVN i innych pawilonach (a Venice nous avons
un petit pavillon; pavillon polonais pour Mesdames et Messieurs) produkuje dla
nich coś, co aż do nieba śmierdzi, i chociaż zasadniczo wie, odkąd dokąd mu
wolno i z kogo może szydzić, a z kogo nie – to najwyraźniej z powodu uderzenia
wody sodowej do głowy utracił rewolucyjną czujność i nastąpił na minę w postaci
posła PO Johna Godsona, który dowcipami pana Wojewódzkiego poczuł się urażony.
Szczerze mówiąc, trochę się panu Godsonowi dziwię, bo czyż prosty pasażer, a
niechby nawet i furman obraża się, a zwłaszcza – czy wszczyna postępowanie
przeciwko koniowi, kiedy ten, ciągnąc wóz, nagle parsknie mu spod ogona w sam
nos? Dopóki parskał z innego klucza, to mu nie przeszkadzało? A przecież i pan
Godson, z całym szacunkiem, dojechał tam, gdzie akurat jest, m.in. dzięki
uwijającemu się przed kamerą panu Wojewódzkiemu, więc trochę wdzięczności, a
przynajmniej wyrozumiałości, by mu nie zaszkodziło. Zresztą – nie moja to rzecz;
niechby się tam i pozagryzali nawzajem, gdyby nie to, że przeciwko panu
Wojewódzkiemu wytoczono armaty politycznej poprawności, pod których ostrzałem i
ja kilka razy się znalazłem. Takie nagonki są groźne dla wolności słowa i
chociaż rozumiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy panem Wojewódzkim gardzą i
chętnie przy tej okazji rozsmarowaliby go na ścianie, to jednak i oni powinni
uważać, co robią. Wystarczy tylko popatrzeć na totalniaków z "Gazety Wyborczej",
jaki mają potężny dysonans poznawczy; z jednej strony doceniają użyteczność pana
Wojewódzkiego, zwłaszcza na tym etapie, ale na drugiej szali mają polityczną
poprawność, na której przecież michnikowszczyzna funduje cały swój terror! Więc
próbują pana Wojewódzkiego ekskuzować, ale tak, by nie zaszkodzić pryncypiom. A
tymczasem to właśnie te "pryncypia" w postaci – jak je nazywa prof. Wolniewicz –
"słowobijów" są najgroźniejsze, bo to przy ich pomocy michnikowszczyzna próbuje
wszystkim założyć knebel w ramach totalniackiej recydywy. Więc wprawdzie przez
papierek, ale próbuję pana Wojewódzkiego bronić zarówno przed panem Godsonem,
przed groteskową Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, jak i przed samozwańczymi
nadętymi moralniakami z Rady Etyki Mediów, szczególnie zasłużonymi na
logofagicznym odcinku frontu ideologicznego.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj