O sprawach ważnych i błahych

"Odejdę, obejmę dozorcostwo…" – śpiewała Danuta Rinn przed wielu, wielu
laty, kiedy jeszcze pan poseł Jan Filip Libicki słuchał piosenek o kotkach
dwóch, więc tej może nie pamiętać. Do wczoraj trzymał nas, podobnie zresztą jak
całą resztę świata, w potwornym napięciu. Świat bowiem już prawie od tygodnia
wstrzymywał oddech, nie wiedząc, czy pan poseł Jan Filip Libicki opuści partię
For… to znaczy, pardon – jaka tam znowu "forsa"; nie żadna "forsa" tylko
Polska – Polska Jest Najważniejsza – czy też dochowa jej wierności trochę dłużej
niż poślubionemu wcześniej Prawu i Sprawiedliwości.

Wreszcie się zlitował – oczywiście nie nad nami, niegodnymi żadnej litości,
tylko nad Bogu ducha winnym światem i swoje postanowienia w tym względzie
objawił, dzięki czemu udręczony świat może odetchnąć z ulgą, bo przecież nie
jest to jedyny paroksyzm, który go trapi. Wagę tej decyzji docenia i "Gazeta
Wyborcza", rozmaite portale i postępowe rozgłośnie radiowe – bo wszędy pana
posła Libickiego pełno – chociaż nikt nie wie, czy im też przyświecają intencje
tak samo szlachetne jak jemu. Może i panem posłem targają takie wątpliwości,
podobnie jak pewną panienką w piosence, której refren brzmi: "Bo taka głupia to
ja już nie jestem; no, może głupia, ale taka to już nie" – chociaż, ma się
rozumieć, pewności żadnej mieć nie można.
Żeby tedy jakoś skrócić i czymś wypełnić to dręczące oczekiwanie na
rozstrzygnięcie tej najważniejszej dla świata i dla Polski sprawy, skorzystałem
z okazji, by wyjaśnić innemu zaprzyjaźnionemu panu posłowi przyczyny, dla
których ja, liberał konserwatywny, sprzeciwiam się uchwaleniu ustawy
umożliwiającej organizacjom wiadomego przemysłu oraz władzom Izraela, z których
błogosławieństwem od 1 maja zespół zadaniowy rozpoczął pracę nad tzw.
odzyskaniem mienia żydowskiego w Europie Środkowej obrabowaniem Polski. O ile
wiem, zespół ten rozłożył swoje prace na dwa etapy; inwentaryzację mienia
nadającego się do "odzyskania", no a potem – "odzyskanie". Warto też przypomnieć
kryteria, jakie on przyjął przy owej inwentaryzacji zwłaszcza zaś tzw.
alternatywne dowody własności, między innymi w postaci "przekonania", że jakieś
mienie było "żydowskie". Jest rzeczą niemal pewną, że znajdzie się mnóstwo osób
w ten sposób "przekonanych" i wspomniany zespół na tej podstawie przedstawi
tubylczemu rządowi, jaki zostanie wyłoniony z odmętów jesiennego głosowania,
rejestr mienia stanowiącego równowartość 65 mld USD. Z przecieków pozostałych po
warszawskiej wizycie prezydenta Baracka Husejna Obamy wynika, że "sprawy
gospodarcze" zostały odłożone właśnie do jesieni – kiedy prawdopodobnie zakończy
się owa "inwentaryzacja" i można będzie z wielkim tupetem wkroczyć w etap
"odzyskiwania".
Jak wiadomo, po ratyfikacji traktatu lizbońskiego i proklamowaniu Unii
Europejskiej 1 grudnia 2009 roku Polska ma coraz mniejszy zakres samodzielności.
Można powiedzieć, że tubylczym mężykom stanu już prawie niczego nie wolno
uczynić na własną rękę – ale gdy idzie o wyszlamowanie Polski pod pretekstem
"odzyskiwania mienia żydowskiego", kolaboracja ze strony naszych Umiłowanych
Przywódców okazuje się konieczna. Rzecz w tym, że ani organizacje wiadomego
przemysłu, ani – tym bardziej – Izrael, który na terenie Polski nie miał
przecież ani jednego swojego obywatela, bo przed 1948 rokiem państwo to jeszcze
nie istniało – nie legitymują się jakimikolwiek uprawnieniami do jakiegokolwiek
mienia leżącego na terenie naszego nieszczęśliwego kraju, które mogłyby zostać
uznane w świetle prawa polskiego. Ci Żydzi, którzy takimi uprawnieniami się
legitymują, odzyskują w Polsce tytuły własności – o czym świadczy choćby
przypadek Rona Bałamuta, który odzyskał tytuł własności domu w Wadowicach, w
którym urodził się Karol Wojtyła, bez potrzeby dokonywania jakichś specjalnych
zmian w polskim ustawodawstwie. Toteż "presja", jaką na żądanie Organizacji
Restytucji Mienia Żydowskiego miał na tubylczy rząd premiera Tuska wywierać
prezydent Obama, miała być skierowana na to, by władze polskie STWORZYŁY
wreszcie podstawę prawną w postaci ustawy, która zaplanowanemu rabunkowi Polski
nadałaby POZORY LEGALNOŚCI. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z poszanowaniem
własności, więc i ja, właśnie jako prawdziwy liberał, a nie przefarbowany z
totalniactwa lisek-kolaborant, nie mam najmniejszych powodów, by takiemu
rabunkowi przyklaskiwać, czy w ogóle uznawać go za uzasadniony. Co więcej – w
przekonaniu, że nasi Umiłowani Przywódcy potrafią nam odpowiedzieć już na coraz
mniej pytań – proponuję, by każdego kandydata na posła czy senatora
przeegzaminować z jednej tylko kwestii – czy zamierza przyłożyć rękę do
stworzenia owych pozorów legalności dla rabunku Polski. Jeśli tak – no to każdy
chyba sam rozumie, że na takiego głosować nie można – bo to nie "państwo
polskie", tylko my, podatnicy, będziemy musieli ponieść koszty tego rabunku.
Jeśli zaś kandydat nas okłamie i powie, że w żadnym wypadku ręki do tego nie
przyłoży, no to trudno – musimy takie ryzyko podjąć.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj