Mniejszość, nie osoby polskojęzyczne
Jeśli w uchwale o uczczeniu i rehabilitacji obywateli pochodzenia
polskiego przygotowywanej przez Bundestag nie znajdzie się sformułowanie
"mniejszość polska", będzie to wyraz złej woli władz w Berlinie i konsekwentnego
degradowania pozycji Polaków mieszkających w Niemczech. Uchwała ma zostać
przyjęta 10 czerwca, na tydzień przed obchodami 20. rocznicy podpisania
polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy.
16 i 17 kwietnia 2010 r. w Berlinie na zaproszenie Deutsches Polen-Institut w
Darmstadt oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego debatowali
polscy i niemieccy eksperci z Grupy Kopernika. Przypomnijmy, że stanowi ona
rodzaj think-tanku opiniującego polsko-niemieckie relacje. Projekt finansowany
jest przez Fundację Boscha.
Temat spotkania brzmiał "Osoby polskojęzyczne w Niemczech. Przyczynek do
pragmatyki wspierania". Referaty wprowadzające wygłosili: ambasador RP w
Berlinie dr Marek Prawda oraz dr Christoph Bergner, poseł do Bundestagu,
pełnomocnik rządu federalnego ds. przesiedleńców i mniejszości narodowych.
W komunikacie z posiedzenia Grupy Kopernika podpisanym przez prof. dr. Dietera
Bingena oraz dr. Kazimierza Wóycickiego, który był jednym z kandydatów na
objęcie stanowiska szefa IPN po tragicznej śmierci prezesa Janusza Kurtyki,
czytamy między inymi: "Grupa Kopernika przywiązuje dużą wagę do stwierdzenia, że
dzisiaj nie można porównywać grupy osób mówiących po polsku w Niemczech z grupą
z lat 1920/30, gdyż jest ona bardzo heterogeniczna. Z powodu ustalenia nowej
granicy w 1945 roku przestały istnieć autochtoniczne mniejszości na Śląsku, w
Prusach Wschodnich i na Pomorzu Gdańskim, których zasadniczo dotyczył ww.
artykuł. Obecnie grupa ta składa się w niewielkiej mierze z przedstawicieli
"starej" emigracji (np. w Zagłębiu Ruhry), podczas gdy największą jej część
stanowią późni przesiedleńcy. Inne jej części to osoby polskojęzyczne, które po
II wojnie światowej pozostały w Niemczech jako byłe tzw. Displaced Persons (D.P.,
dipisi), ponadto byli emigranci polityczni, którzy przyjechali do RFN po 1945
roku, ale przede wszystkim w latach 80. Kolejną ważną pod względem ilościowym
grupę stanowią polscy emigranci zarobkowi lat 90., którzy przyjeżdżali do
Niemiec w fazach o różnym nasileniu, mieszkając tu i pracując. Dlatego biorąc
pod uwagę ich obecną sytuację w Niemczech, nie może być dziś mowy o mniejszości
polskiej w sensie formalnoprawnym. Odpowiednie żądania poszczególnych
przedstawicieli stowarzyszeń, zdaniem Grupy Kopernika, okazują się szkodliwe dla
stosunków polsko-niemieckich".
Czy dążenie do prawdy historycznej może być szkodliwe dla stosunków
polsko-niemieckich?
Niewygodna mniejszość
Do spotkania tej grupy wracam z dwóch powodów. Jednym z nich jest artykuł we "Frankfurter
Allgemeine Zeitung" z 4 czerwca bieżącego roku, który powołuje się na powyższe
wyniki tego spotkania, dając do zrozumienia, że autor artykułu porusza się
śladami mniejszości, której nie ma ("Auf den Spuren einer Minderheit, die es
nicht gibt"). Symptomatyczne stwierdzenie. Autor dokonuje wiwisekcji życiorysu
Marka Wójcickiego, szefa Związku Polaków w Niemczech, chcąc wykazać, że
właściwie nie jest on Polakiem, gdyż w 1982 r. przyjechał do Niemiec jako tzw.
późny przesiedleniec. Nieważne, że sam Wójcicki zwraca uwagę, iż w tamtych
czasach "trzeba było się podać za Niemca, żeby wyjechać na Zachód". Wniosek ma
się nasuwać samoczynnie: że najstarszą, polską organizacją kieruje Niemiec,
który nie ma nic wspólnego z dawną, zdelegalizowaną mniejszością polską w III
Rzeszy. Dziennikarz "FAZ" zauważa także, że siedziba Związku Polaków jest "w
opłakanym stanie", co znów ma dowodzić, że polska organizacja to jakiś
anachronizm, stowarzyszenie niechciane nawet przez Polaków w RFN. Innymi słowy,
wypędzenie jest w Niemczech dziedziczne, o czym świadczy przyjmowanie w jego
szeregi nawet dzieci wysiedleńców z dawnych terenów III Rzeszy, a także
imigrantów ekonomicznych z ostatnich lat, natomiast polskość – nie. Autor "FAZ"
nawet nie zadaje sobie pytania, jak to się stało, że pozbawiona środków
finansowych siedziba polskiej organizacji jest dziś w "opłakanym stanie". Bardzo
to osobliwa metoda działania i argumentacji: najpierw podciąć orłowi skrzydła, a
potem uznać go za nikomu niepotrzebnego i niechcianego nielota…
Konsekwentne degradowanie Polaków
W tekście "FAZ", który w sposób jednoznaczny wspiera stanowisko rządu
federalnego w tej kwestii, postawiona jest kropka nad i: według zapisów
porozumienia polsko-niemieckiego sprzed dwudziestu lat prawa mniejszości mają
wyłącznie Niemcy w Polsce, a "dla mieszkających w Niemczech Polaków traktat
takiego statusu nie przewiduje". Wypada zatem zapytać, jakie znaczenie mają
artykuły 20-21 tego traktatu, które mówią – co podkreślam – o jednakowych
prawach obu tych grup, niezależnie od tego, jaką semantykę zastosowano przy ich
określaniu? Krótko mówiąc, dziś już bez maski strona niemiecka mówi o różnicy,
która istnieje, a której podobno miało nie być. Rodzi się pytanie: co jest
mydleniem oczu – dzisiejsza postawa tych, którzy słusznie domagają się
przywrócenia praw nielegalnie rozwiązanej mniejszości polskiej w 1940 r., czy
retoryka obrońców zdegradowanego statusu Polaków w Niemczech? Czemu miało służyć
to całe pustosłowie w artykułach 20-21 o równych prawach niemieckich Polaków i
polskich Niemców, które dziś ma być obchodzone z fanfarami w dwudziestą rocznicę
podpisania tego traktatu? Strona niemiecka jest konsekwentna. W tym samym duchu
wybrzmiewa projekt uchwały Bundestagu z 24 maja tego roku, który traktuje o
uczczeniu i rehabilitacji obywateli pochodzenia polskiego (polnischstämmige
Bźrger) – ani razu nie pada pojęcie mniejszość polska. Jest natomiast mowa o
mniejszości niemieckiej w Polsce, która mimo uprzywilejowanej sytuacji wysuwa
kolejne żądania.
Wydawałoby się, że niemieckim posłom, przynajmniej ich współpracownikom, powinna
być znana historia Niemiec – niezależnie od ich terminologii mniejszość polska
nie "wyparowała" po II wojnie światowej w RFN.
Niemieckie zasady to pragmatyzm
Związek Polaków w Niemczech spod znaku Rodła obejmował swą działalnością
dzielnice. Części jego dzielnicy II Berlin, dzielnica ta obejmowała
Brandenburgię z Berlinem, Saksonię, Hamburg, Dolny Śląsk, Pomorze i Marchię
Graniczną Poznań – Prusy Zachodnie), oraz cała dzielnica III (Bochum, obejmowała
Westfalię, Nadrenię, Badenię i Palatynat) leżą na dzisiejszych terenach
należących Republiki Federalnej Niemiec. Mniejszość polska w Niemczech liczy
obecnie 200- -300 tys. osób. Reszta Polaków – 1 mln 700 tys. – to osoby, które
podlegają pod zapisy traktatu z 1991 roku, którego uregulowania nie są należycie
wykonywane przez stronę niemiecką. Ostatnio przyznała to Cornelia Pieper,
niemiecka wiceminister spraw zagranicznych, w wywiadzie dla jednej z polskich
gazet.
Pod koniec maja br. odbyło się wspólne posiedzenie prezydiów Sejmu i Bundestagu
w ramach obchodów 20. rocznicy podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym
sąsiedztwie. Na wspólnej konferencji prasowej marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny
oraz przewodniczącego Bundestagu Norberta Lammerta ten drugi stwierdził, że
obecnie przygotowywana jest uchwała, która ma być przyjęta przez Bundestag przed
obchodami 20-lecia podpisania traktatu. Natomiast Schetyna wyraził nadzieję, że
zapis, który ma pojawić się w uchwale, "będzie taki, jaki oczekiwany jest przez
stronę polską". Po powrocie z Polski ukazała się notatka z tej podróży na
stronach internetowych Bundestagu pt. "Pragmatyczne rozwiązania zamiast sporu o
zasady" ("Pragmatische Lösungen statt Prinzipienstreit"). Tytuł nie wróży
dobrze.
Z kontekstu powyższej wypowiedzi marszałka Schetyny wynika, że sprawa braku
pojęcia "mniejszość polska" została prawdopodobnie podjęta przez prezydium
Sejmu. Przed spotkaniem brak tego pojęcia w projekcie uchwały Bundestagu został
podniesiony przez niektóre polskie media. Jest to wręcz warunek nieodzowny, aby
ta uchwała mogła zostać pozytywnie przyjęta przez przedstawicieli mniejszości
polskiej w Niemczech oraz przez stronę polską. Brak tego sformułowania w uchwale
Bundestagu wskazywałby wręcz na złą wolę strony niemieckiej i cofnąłby nas we
wzajemnych stosunkach. Gdyż nie może być tak, aby o mniejszości polskiej w
Niemczech mówić tylko np. przy okazji podpalenia – jak podała niemiecka prasa –
przedwojennego domu działacza mniejszości polskiej Jana Baczewskiego. Jan
Baczewski w latach 1919-1920 kierował polską akcją plebiscytową na Warmii.
Zainicjował działalność Związku Polaków w Prusach Wschodnich i Towarzystwa
Szkolnego w Olsztynie (1920). Był współtwórcą Związku Polaków w Niemczech (1922)
oraz założycielem Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech (1924). W 1932 r.
zapoczątkował działalność Związku Polskich Towarzystw Szkolnych. W dniu
rozpoczęcia II wojny światowej, 1 września 1939 r., został on, podobnie jak
wielu innych polskich działaczy, aresztowany we własnym domu i zesłany do obozu
koncentracyjnego w Sachsenhausen. Jego dom przejął funkcjonariusz NSDAP.
Baczewski przeżył wojnę. Powrócił do Polski, zmarł w Gdańsku w 1958 roku.
Widmo błędów przeszłości
W Rangsdorfie żyją dzisiaj wnuczki Jana Baczewskiego. Jedna z nich wspominała na
łamach "Naszego Dziennika" (10.08.2010): "Gabriela Baczewska-Pazda często
przytaczała słowa dziadka: "Być Polakiem w Polsce to łatwo, być Polakiem w
Niemczech to trudniejsze, ale być Polakiem w Niemczech i walczyć o polskość, to
już trzeba zapisać na osobnej kartce"".
16 maja br. w miejscowości Rangsdorf koło Berlina na ulicy Kurparkallee 27
odbyło się odsłonięcie tablicy pamiątkowej ku czci Jana Baczewskiego. Jego
wnuczki podkreślały w swoim przemówieniu, że w tym trudnym czasie były im bardzo
pomocne słowa wypowiedziane przez ministra spraw zagranicznych dr. Guido
Westerwellego w dniu 31.08.2010 r. w Hannowerze: "Państwu, które nie przekaże
swojej młodzieży własnej historii, grozi w przyszłosci niebezpieczeństwo
powtórzenia błędów z przeszłości".
Do tej historii, ale także do teraźniejszości, należy bezspornie mniejszość
polska w Niemczech. Aby Bundestag, podejmując swoją uchwałę, nie zapomniał o
słowach swojego kolegi parlamentarzysty, który jest jednocześnie ministrem spraw
zagranicznych.
Mec. Stefan Hambura
Autor jest adwokatem w Berlinie, reprezentuje Związek Polaków w Niemczech
oraz organizacje polonijne.
