Odczytaliśmy dziewięć nazwisk

Z prof. Andrzejem Kolą, szefem Zakładu Archeologii Podwodnej w Katedrze
Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownikiem prac
ekshumacyjnych w Bykowni, rozmawia Piotr Falkowski

Panie Profesorze, co udało się zrobić Pana ekipie tu, pod Kijowem?
– Wynik prac naszej ekspedycji prowadzonych wraz ze specjalistami ukraińskimi
składa się z następujących części: pierwszy etap to było zlokalizowanie zasięgu
cmentarza i naniesienie go na mapy po to, żeby wszystkie nowe elementy do tej
mapy sukcesywnie dodawać. Kiedy tu przyjechaliśmy i wskazano nam ten teren, to
jedynym punktem oparcia było upamiętnienie powstałe po 1987 roku z napisem:
"Wieczna pamięć mieszkańcom Kijowa i okolic pomordowanym bestialsko przez
hitlerowskich najeźdźców". Społeczeństwo zaczęło się buntować – to był już okres
pierestrojki, głastnosti – więc w 1989 roku przeprowadzono jakąś doraźną
ekshumację i wynikiem tego było przyznanie się, że tutaj leżą jednak osoby
zamordowane przez NKWD w latach 1937-1938, znalazły się też jakieś dokumenty w
archiwach. Na początku nie wiedzieliśmy, jaki jest obszar tego cmentarza, ile
jest tu grobów. W 2001 roku przyjechali z nami kartografowie i geodeci wojskowi
i stworzyli mapę. Zlokalizowaliśmy wówczas drogę dookolną, wokół cmentarza.
Wzdłuż tej drogi był szczelny, drewniany płot o wysokości 3 metrów. Istnieje
dokument z 1937 roku, w którym NKWD Kijowa zwraca się do ministerstwa
odpowiedzialnego za lasy państwowe, żeby wydzielić w lesie Bykownia we
wskazanych kwartałach 4,5 ha dla ich potrzeb. Obszar zamknięty tą drogą to 5,3
ha, więc nie trzymali się ściśle tego, co zapisano we wniosku. Podzieliliśmy ten
obszar następnie na małe kwadraty 10 na 10 metrów i rozpoczęliśmy poszukiwania
metodą sondaży wiertniczych. Robiliśmy odwierty co 2 metry. Tam gdzie
stwierdzaliśmy ziemię przemieszaną, jest grób, a gdzie była warstwa naturalna,
grobu nie ma. Nanosiliśmy to na mapę, wyznaczając ponad 200 punktów do dalszych
badań.

Co było dalej?
– Zaczęliśmy ekshumację w tych miejscach, w niektórych jeszcze dowiercaliśmy,
żeby uszczegółowić zasięg grobu. W pierwszym roku byliśmy tu trzy tygodnie,
potem dwa miesiące, potem znowu dwa miesiące – potem zawsze nas stąd spławiano
ze względów politycznych, bo współpraca z władzami doskonale się zawsze
układała, ale były naciski nacjonalistów ukraińskich. Tu są partie, które
twierdzą, że Polacy przyjeżdżają, podrzucają polskie przedmioty, żeby udowodnić,
że Polacy spoczywają w Bykowni… Ostatnio zrobili taki piknik tutaj, rozwiesili
hasła "Precz z Polską", "Precz z Rosją" itd. Ale powróćmy do naszych prac.
Zakładaliśmy wykopy nieco szersze niż domniemany zasięg grobu. W pierwszym
okresie natrafialiśmy wyłącznie na ofiary miejscowe. Nie było żadnych polskich
śladów. Przenieśliśmy się wtedy w inne miejsce. Tu też były groby ukraińskie,
ale w jednej z jam, o rozmiarach 3 na 3 metry i głębokiej na 2,5 metra, były
wyłącznie przedmioty polskie należące do wielu osób, np. butów wojskowych
mieliśmy ponad 70 par. To był pierwszy ślad, że tu spoczywają Polacy. W
następnym roku znowu zmieniliśmy miejsce, były kolejne groby ukraińskie, ale
zaczęliśmy odnajdywać też polskie.

Jak ta statystyka wygląda dzisiaj?
– Na ponad 200 grobów zlokalizowaliśmy 62 polskie. Przypuszczamy, że może być
jeszcze około 15 grobów polskich. Trudniej określić liczbę pochowanych.
Wszystkie groby były kilkakrotnie ekshumowane. Po raz pierwszy tajne ekshumacje
odbyły się w 1971 roku, o czym dowiedzieliśmy się dopiero w 2007 roku, na
podstawie dokumentów archiwalnych. Wtedy zlokalizowano 207 grobów. W opisach
sowieckich tylko raz wspomina się o przedmiotach polskich, a my wydobyliśmy
wówczas już z 53 grobów 4 tysiące ewidentnie polskich przedmiotów. Teraz doszło
kolejnych 500 przedmiotów. Na podstawie szczątków kostnych obliczamy liczbę
ofiar na 1688. Szacujemy, że dojdzie około 100 w 45 grobach, które mamy
przebadać, ale jak powiedziałem, spodziewamy się, że jedynie około 15 z nich to
groby polskie. Planujemy nasze prace ukończyć w wyznaczonym terminie do końca
czerwca.

Czym Bykownia różni się od innych miejsc pochówku ofiar zbrodni katyńskiej?
– Prowadziłem też prace w Charkowie. Tam, chociaż były wykopy rabunkowe i
dochodzono do warstwy zwłok i wydobywano niektóre polskie przedmioty, to nie
było nigdy ekshumacji celowej, która całkowicie wywróciła porządek, zniszczyła
układy anatomiczne szkieletów. A tutaj do tego niestety doszło. W Bykowni
znaleźliśmy tylko w jednym grobie cztery szkielety nienaruszone. Tam były to
normalne, czyste groby, w większości nie ruszone, tu natomiast jest odwrotnie.
Przypuszczam, że te ekshumacje z 1971 roku służyły wyczyszczeniu tych grobów z
przedmiotów, które pozwoliłyby na identyfikację narodowościową. To się nie
udało, o czym świadczą znalezione przez nas przedmioty. Ale skutek jest taki, że
poza wyjątkami nie będzie można żadnych szczątków zidentyfikować imiennie, jak
to mogło mieć miejsce w Katyniu czy Miednoje.

Kim są ofiary?
– Jeśli chodzi o antropologię, to nasze badania idą w kierunku określenia liczby
osób pochowanych w poszczególnych grobach, ich płci i wieku, a także wzrostu i
sposobu zadania śmierci. Jeśli chodzi o to ostatnie, to prawie wyłącznie jest to
strzał w głowę. Leżą tu ofiary z tzw. listy ukraińskiej, udało nam się
zidentyfikować dziewięć nazwisk.

Jak długo trzeba jeszcze czekać, abyśmy mogli doliczyć się wszystkich naszych
pomordowanych w wyniku zbrodni katyńskiej rodaków?

– To pytanie do polityków, my jesteśmy archeologami i staramy się wykonywać
naszą pracę rutynowo. Nie ma czasu na emocje. A oczywiście wiadomo, że jest
jeszcze kilka tych cmentarzy katyńskich. Przede wszystkim na Białorusi, w
Kuropatach. Z całą pewnością jest jeszcze jeden na Ukrainie albo w Chersonie,
albo w Nikołajewie. Nawet w wolnych chwilach zbieramy materiały na ten temat,
żeby dowiedzieć się, gdzie te cmentarze NKWD wtedy istniały.

Jak wygląda współpraca ze stroną ukraińską?
– Bardzo dobrze. Mamy tu grupę specjalistów ukraińskich z Sewastopola, z firmy
specjalizującej się w ekshumacjach, mają oni w tym ogromne doświadczenie. Robią
to od wielu lat. Prowadzą poszukiwania na pobojowiskach wojennych od wojny
krymskiej w połowie XIX wieku, aż po czasy drugiej wojny światowej. Prowadzą
ekshumacje także dla Niemców, Włochów, Anglików i Amerykanów. Władze są nam
przychylne. Problemem są wspomniani nacjonaliści ukraińscy, na szczęście oni są
silniejsi bardziej na zachód, pod Lwowem. Oni twierdzą, że tu pochowane są tylko
ofiary ukraińskie z lat 1937-1938 i nie chcą przyjąć do wiadomości, że także
Polacy. Uznają wprawdzie istnienie i autentyczność listy ukraińskiej, przyjmują
do wiadomości fakt więzienia polskich jeńców w dawnych miastach Polski na
terenie obecnej Ukrainy Wschodniej, ale twierdzą, że nie zatrzymano ich w
Kijowie, tylko skierowano dalej na wschód, w głąb Związku Sowieckiego. Nie
wierzą w groby polskie. A wystarczy tu przyjść i je zobaczyć.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj