Widziałem stos czaszek w Bykowni

Widok dołów śmierci, w których nasi rodacy dostali zdradziecką kulę w tył
głowy, jest przygnębiający. Czasami wręcz budzący grozę, tak jak wtedy, gdy
widzimy stos czaszek. Na pierwszy rzut oka są identyczne, z takimi samymi
otworami w potylicach. Tragiczny los, a w tle nieludzkie oblicze systemu
zadającego śmierć na masową skalę, bez zarzutów i sądu, połączyły na zawsze tych
ludzi. I choć nie powinni, to wszystko wskazuje na to, że – niestety – pozostaną
anonimowi. Powód? Wszystkie groby były kilkakrotnie ekshumowane, szkielety są
połamane. Jamy wyczyszczono z przedmiotów pozwalających na identyfikację
narodowościową. Nawet guziki od mundurów zostały zaszyte, tak by ukryć polskie
orzełki. Enkawudziści kazali to zrobić jeńcom przed egzekucją.

Dojeżdżamy do Bykowni, już od strony drogi widać tablice i krzyże upamiętniające
ofiary NKWD. W całym lesie nazywanym w skrócie Bykownią na drzewach zawieszone
są chusty. To według ukraińskiej tradycji znak żałoby po bliskich. Około 700
metrów w głąb lasu rozłożone jest obozowisko zespołu prof. Andrzeja Koli z
Torunia. Pomagają im specjaliści z ukraińskiej firmy zajmującej się
ekshumacjami. Żeby można było w przyszłym roku otworzyć tu kolejny polski
cmentarz, prace muszą być sfinalizowane do końca czerwca. Profesor ma pewność,
że się to uda. Jego ekipa jest pochłonięta pracą pomimo upału. Cały teren został
starannie podzielony na sektory i oznakowany. Ukraińscy robotnicy wykopują
ziemię z kolejnych grobów według założonego planu. To, co znajdą, jest
segregowane i opisywane, znalezione przedmioty fotografuje się, ważniejsze
znaleziska są nanoszone na mapę.
Ogrom i złożoność tego, co w skrócie nazywamy Katyniem, dopiero do nas dociera.
Do trzech miejsc pochówku polskich jeńców z kwietnia 1940 roku, na których
znajdują się polskie cmentarze wojskowe (Katyń, Charków, Miednoje), wkrótce
dołączy kolejne, w podkijowskiej Bykowni. A do zakończenia tragicznych rozliczeń
z bolszewickim ludobójstwem na polskim Narodzie jeszcze daleko. Z pewnością
kolejne tysiące naszych rodaków spoczęły na Białorusi, nie odkryto też jeszcze
wszystkich cmentarzy na terenie obecnej Ukrainy.
Enkawudziści do pochówku ofiar swoich zbrodni używali miejsc w różny sposób
wcześniej wykorzystywanych przez sowieckie organa bezpieczeństwa lub przejmowali
odpowiednie miejsca przez własny aparat. Wybierano lasy, wcale nie znajdujące
się na jakichś zupełnych pustkowiach, jakie bez problemu można znaleźć w
ogromnych przestrzeniach byłego Związku Sowieckiego. Wręcz przeciwnie: Katyń i
Miednoje to spore wsie, w pobliżu dużych miast (odpowiednio Smoleńska i Tweru),
położone przy ważnych drogach. Podobnie Charków jest wielkim miastem. Bykownia
wpisuje się w ten schemat, cmentarz ofiar bezpieki leży w lasku niecały kilometr
za pierwszymi zabudowaniami Kijowa, obok ruchliwej szosy w kierunku Czernichowa,
miast wschodniej Białorusi, a także Moskwy.
W okresie stalinowskim teren był zamknięty i ogrodzony, potem ogrodzenie znikło,
a od lat 70. XX wieku dochodzi do masowych zniszczeń grobów, zarówno
dokonywanych celowo przez KGB, jak i w celach rabunkowych przez miejscową
ludność. Około jednej trzeciej znajdujących się tu ciał to Polacy rozstrzelani z
rozkazu Stalina i sowieckiego Politbiura w 1940 roku. Pozostali to miejscowe
ofiary represji, jeszcze z lat 1937- -1938. Mieszkańcy Kijowa i okolic od
początku wiedzieli, co znajduje się w lesie obok dzielnicy Bykownia, czego
skutkiem obok przetrwania pamięci o tym miejscu były wspomniane grabieże.
Dlatego obecnie archeolodzy natrafiają na przemieszane kości i przedmioty
związane z różnymi osobami, poza nielicznymi wyjątkami nie będzie można ciał
ludzi tu zamordowanych zidentyfikować imiennie. Wiadomo, że na tak zwanej liście
ukraińskiej znajdują się więźniowie z miast południowo-wschodnich Kresów II
Rzeczypospolitej: Lwowa, Łucka, Równego, Tarnopola, Stanisławowa, Drohobycza –
razem 3 tysiące nazwisk. Część ich leży z pewnością w Bykowni.
Chociaż wydaje się, że akurat Bykownia jest miejscem łączącym Polaków i
Ukraińców we wspólnym opłakiwaniu ofiar bolszewickiego reżimu, to nie zawsze
okazuje się to prawdą. Nacjonalistom ukraińskim cmentarz jest solą w oku.
Uważają oni, że miejsce to jest związane wyłącznie z kaźnią ich narodu,
urządzają pikiety, dochodzi do złośliwych prowokacji. Polscy eksperci są nawet
oskarżani o mistyfikację. W ten sposób oficjalnie antykomunistyczni i
antyrosyjscy neobanderowcy stają w jednym szeregu z rosyjskimi rewizjonistami
Katynia oraz wspierają dystansującą się od odpowiedzialności za dziedzictwo
okresu stalinowskiego politykę historyczną Kremla.

 

Piotr Falkowski, Bykownia

drukuj