Publikacje „Wprost” szkodziły
Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem rodzin ofiar katastrofy
smoleńskiej, rozmawia Paulina Jarosińska
Czy pytanie dziennikarskie, jakie skierował do prokuratury "Nasz Dziennik" w
sprawie publikacji "Smoleńsk. Zapis śmierci", można rozpatrywać w kategoriach
zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa bądź – jak życzy sobie Wiktor Świetlik,
dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy – formy nacisku na prokuraturę?
– Mamy do czynienia z jakimś nieporozumieniem. "Nasz Dziennik" nie ma możliwości
wpływania na decyzje prokuratury. Nie można stawiać dziennikarzom zarzutu, że
ich publikacje są formą nacisku i tym samym podstawą do wszczęcia śledztwa, gdyż
wypełniają oni jedynie swoje obowiązki. A to od suwerennej decyzji prokuratury
zależy, czy podejmie jakieś działania. Co więcej, artykuły prasowe częstokroć
ujawniają nieprawidłowości, które pozwalają na ściganie sprawców przestępstw. W
tym konkretnym przypadku to przecież sami autorzy publikacji napisali, że liczą
się z odpowiedzialnością karną. "Nasz Dziennik" nie zrobił nic ponad
poinformowanie o tym, jaka odpowiedzialność grozi za takie działania. Wydaje się
oczywiste, że każdy dziennikarz powinien liczyć się z tym, jakie konsekwencje
pociąga za sobą ujawnianie akt ze śledztwa objętych tajemnicą państwową, i nigdy
nie powinien czuć, że stoi ponad prawem. Czytałem publikacje "Naszego Dziennika"
i były one tekstami czysto informacyjnymi. List otwarty dyrektora Centrum
Monitoringu Wolności Prasy określiłbym wręcz jako formę ograniczania wolności
słowa, a konkretnie możliwości swobodnego wypowiadania się dziennikarzy jednego
tytułu.
To znaczy?
– Jeśli mówimy o jakiejkolwiek presji, to została ona wywarta na redakcji
"Naszego Dziennika" właśnie w tym liście. "Nasz Dziennik" nie publikuje własnych
żądań, po prostu w sposób rzetelny wykazuje szereg wątpliwości prawnych wokół
śledztwa smoleńskiego. To, co zrobili dziennikarze "Wprost", można określić jako
co najmniej dwuznaczne, o czym świadczy już fakt, że zostało wszczęte
postępowanie karne. Jest nieprawdopodobne, aby "Nasz Dziennik" dysponował takimi
wpływami, które pozwalają wymusić na prokuraturze wszczęcie śledztwa mimo braku
podstaw do tego. Widać prokuratorzy badający sprawę ocenili, że zachodzą
przesłanki do jej zbadania.
W liście zarzuca się również redakcji "Naszego Dziennika", że wykazuje daleko
posuniętą niesolidarność zawodową…
– Jest to niedorzeczny zarzut. Przypomnijmy sobie chociażby sprawę zatrzymania
reporterów "Naszego Dziennika" w Moskwie. Zignorowano zwołaną wówczas
konferencję prasową, w mediach ta sprawa została przemilczana. Sama informacja o
zatrzymaniu dziennikarzy "Naszego Dziennika" bardzo słabo przebiła się do
mediów. Poza tym interesy korporacji dziennikarzy nie mogą ustępować dobru
społecznemu, a tym bardziej dobru osobistemu konkretnych osób, które zostało
naruszone przez nieroztropne działanie dziennikarskie. Upublicznienie
informacji, że reporterzy tygodnika "Wprost" dostali kilkadziesiąt tomów
fotokopii z akt śledztwa, po pierwsze, naruszyło interes śledztwa, po drugie –
interes pokrzywdzonych. Przypomnę, że skutkiem owych publikacji było
zablokowanie nam dostępu do tych akt. O książce "Smoleńsk. Zapis śmierci" nie
chcę się wypowiadać, ponieważ jej nie czytałem. Natomiast publikacje w tygodniku
"Wprost" zawierały nieuzasadnione, aczkolwiek uderzające bardzo poważnie w dobra
osobiste niektórych rodzin tezy. Szczególnie bliskich gen. Andrzeja Błasika.
Takie sytuacje nie powinny w ogóle mieć miejsca. Nie można też powoływać się w
tego typu przypadkach na solidarność zawodową. "Nasz Dziennik" trudno posądzać o
złamanie właśnie tej zasady. Redakcja poinformowała po prostu o tym, jakie
konsekwencje grożą za takie postępowanie. Spójrzmy na tę sprawę z innej strony.
Jeżeli dziennikarz popełni błąd, czy to znaczy, że inni dziennikarze mają o tym
nie informować? Stajemy tutaj wobec tego, czym w istocie jest wolność słowa,
czyli jedna z podstawowych zasad demokracji. Bo, według dyrektora Centrum,
dziennikarz nie ma prawa informować, jeśli taki błąd dostrzeże? Powtarzam: to
nie są donosy i dziwię się, że taki zarzut w ogóle postawiono. W ogóle pierwszy
raz słyszę o sytuacji, w której jeden dziennikarz naciska innego, aby zaprzestał
określonych publikacji w imię solidarności zawodowej. To bardzo niebezpieczny
precedens, który zmierza do ograniczania wolności słowa w imię korporacyjnych
interesów. Moim zdaniem, to może być niebezpieczne dla całego systemu
demokratycznego.
Całej sprawy nie analizujemy w próżni faktograficznej. Publikacje
dziennikarzy "Wprost" mogły zaniepokoić, zwłaszcza że nie pozostały bez skutków
dla postępowania.
– Publikacje redaktorów Krzymowskiego i Dzierżanowskiego skutkowały bardzo
negatywnymi konsekwencjami w śledztwie, jak choćby faktem zablokowania nam
możliwości dostępu do fotokopii akt sprawy. Poprzez ujawnienie informacji ze
śledztwa mogły też pośrednio ostrzegać przyszłych oskarżonych w tej sprawie.
Gdyby sprawa przedstawiała się następująco: dziennikarze wpadli na trop
wykazujący niewłaściwe funkcjonowanie prokuratury i celem ich publikacji było
właśnie wykazanie tych nieprawidłowości, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej.
Natomiast, w mojej ocenie, informacje o uzyskaniu dostępu do fotokopii akt
śledztwa nie służyły interesowi publicznemu, miały jedynie pokazać sprawność i
spryt dziennikarzy, którzy je zdobyli. I niestety, do tego bardzo przyziemnego
celu – sensacji – wykorzystano zdobyte materiały. W efekcie została skompilowana
nierzetelna, w pewnym zakresie manipulatorska publikacja, godząca w dobre imię
bliskich ofiar katastrofy smoleńskiej.
Czy z powodu takich publikacji osoby pokrzywdzone mogą domagać się
odszkodowania?
– Na chwilę obecną nie wiemy, czy organ państwowy – w tym wypadku prokuratura –
był odpowiedzialny za przeciek. Jeżeli tak by było i zostanie to udowodnione, to
wówczas dochodzenie zadośćuczynienia od prokuratury jest możliwe. W tym momencie
nie mamy na to dowodów. Istnieje podejrzenie, że przeciek mógł mieć inne źródło
– na przykład przez osobę niebędącą pracownikiem prokuratury, a mającą dostęp do
akt. Krótko mówiąc, dochodzenie zadośćuczynienia zależy od wyniku śledztwa w tej
sprawie. Niezależnie od tego należy podejmować kroki mające na celu przywrócenie
nam – pełnomocnikom występującym w imieniu poszkodowanych rodzin – uprawnienia
do wykonywania fotokopii akt. Złożyłem w tej sprawie ponowny wniosek kilka
tygodni temu. Czekam na jego rozpatrzenie.
Dziękuję za rozmowę.
