Złogi myślenia
Można poczuć się jak w Rosji, gdy od kilku dni słyszymy w mediach o
przygotowywanej przez rząd kolejnej "specustawie", tym razem wymierzonej w
"kiboli". Nie chodzi tu o samą ustawę, która przewiduje za noszenie szalika
zasłaniającego twarz kibica grzywnę nie niższą niż 2 tysiące złotych. Ani o to,
że ustawa pod przykrywką walki z bandytami stadionowymi legalizuje picie piwa na
sportowych imprezach.
Tego można było się spodziewać, chociażby po walce z dopalaczami, która
zakończyła się zalegalizowaniem narkotyków. Za każdym razem, kiedy władza
występuje w "ochronie" jakiegoś dobra, najczęściej bezpieczeństwa obywateli,
należy spodziewać się zagrożenia tego dobra, ale od innej, najmniej spodziewanej
strony. Na przykład kilkuletnia walka Platformy Obywatelskiej o odpolitycznienie
mediów publicznych zakończyła się ich pełnym upolitycznieniem. W ten sposób
postępuje systematyczne nie tylko psucie rzeczywistości, ale i prawa oraz
otwarcie dla nowych niebezpiecznych zjawisk, które za chwilę będą wymagały
kolejnych poprawek legislacyjnych hucznie ogłaszanych w mediach jako przejaw
troski o państwo i jego obywateli. A co z kastracją pedofilów, chciałoby się
zapytać premiera, który jest mistrzem od tworzenia nowych medialnych frontów
walki o poprawę bytu i bezpieczeństwa obywateli.
Zamykam ten temat, bo chodzi mi tym razem o słownictwo bolszewickie w postaci
przedrostka "spec", którym notorycznie posługują się niedouczeni dziennikarze,
dodając go, wzorem niedouczonych polityków, do słowa "ustawa". Już w samym
sformułowaniu "specustawa" ma się zawierać propagandowe przesłanie o
nadzwyczajnym, szczególnym działaniu rządu, podyktowanym jakimiś specjalnymi
okolicznościami. Dlatego pozwolę sobie na pierwszą definicję "specustawy".
"Specustawa" to wyraz "spectroski" o "specobywateli" ze strony "specrządu"
zawsze gotowego do "specposunięć", i to w wyjątkowo krótkim "specczasie".
Zapożyczony z czasów bolszewickiej rewolucji sposób nazywania ustaw o specjalnym
znaczeniu to niestety nie jedyna pozostałość językowo-mentalna z tamtych czasów,
bezkrytycznie przyjęta i popularyzowana po dzień dzisiejszy w polskich mediach.
Mamy już prawdziwy wysyp "specustaw": drogową, kolejową, powodziową, lotniskową,
stoczniową itd. Przy okazji, tak często używane w mediach i polityce wyrażenie
"póki co" to rusycyzm, którym Polacy zastępują aż kilka rodzimych określeń o tym
samym znaczeniu, np.: na razie, jak dotąd, tymczasem, jednocześnie, chwilowo,
równocześnie, do chwili obecnej.
Groźnym zaobserwowanym obecnie zjawiskiem z tego samego bolszewickiego arsenału
staje się określanie "faszystą" wroga, przeciwnika, adwersarza czy kogoś, kogo
po prostu nie cierpimy. Właśnie obserwujemy wyciąganie tego działa o największym
kalibrze i kierowanie jego lufy na tych, którzy odważyli się myśleć i mówić
inaczej, niż nakazuje terror języka poprawności politycznej. Działo strzela do
"faszysty" najczęściej wtedy, kiedy kwestionuje on nieomylność jakiegoś uznanego
przez lumpenelity "autorytetu" albo domaga się praw powszechnie uznanych za
dawno przyznane i powszechnie obowiązujące, na przykład wolności słowa,
zgromadzeń, pochodów, prawa do zadawania pytań i oczekiwania od władzy
odpowiedzi. Co charakterystyczne, zakazany w Polsce faszyzm (podobnie jak
komunizm), wciąż ma jakichś zwolenników, mimo że w żadnej formie nigdy w naszej
historii nie występował i zostawił miliony niewinnych polskich ofiar. Faszyzm
jest zabroniony i karany, ale nazwanie kogoś faszystą nie stanowi dla sądów
przestępstwa, jak zresztą nazwanie, chronionego szczególnymi konstytucyjnymi
przepisami, śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego "chamem". Co innego ochrona prawna
prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Równocześnie nie sposób u nas odnaleźć podobnego działa strzelającego w
"komunistów", tak jakby ich w ogóle nie było, co mogłoby świadczyć, że ideologia
komunistyczna, zakazana w Polsce jak faszyzm, nie ma u nas ani jednego wyznawcy.
Nikt też nie wyskakuje z nazwaniem kogoś "ty komunisto", nawet w stosunku do
byłego komunisty, jakim był niewątpliwie obecny honorowy prezes SDP Stefan
Bratkowski. Ten sam, który rzuca dziś oskarżenia o rodzący się w Polsce faszyzm.
W liście otwartym "Do moich współtowarzyszy – co wybieramy?", napisanym 23 marca
1981 roku, zamartwiał się o "być albo nie być" członków "naszej Partii". Już
wtedy był przekonany, że "nie widzimy alternatywy dla rządu gen. Wojciecha
Jaruzelskiego". Wyrzucony z tejże partii jesienią 1981 roku zachował jednak po
dziś dzień internacjonalistyczną klasową czujność w tropieniu każdego przejawu
"polskiego faszyzmu".
Zapaść semantyczna, aksjologiczna, na jaką cierpimy od bardzo wielu lat, nie
ułatwia nam porozumiewania się w sprawach dla Polski najważniejszych. Nie
potrafimy nazwać po imieniu najprostszych zjawisk i rzeczy. Jesteśmy
sparaliżowani przed nazwaniem ludzi zgodnie z tym, kim byli i są dziś i na co
zasługują. Posługujemy się językiem, którego fałszywych źródeł nie potrafimy
nawet zlokalizować i odrzucić jako obcych.
Jacek Wegner, autor ważnej, wydanej ostatnio książki "Rzeczpospolita – duma i
wstyd", wymownie konkluduje: "I dlatego teraz nie umiemy przezwyciężyć zła w nas
samych, głosujemy w większości na najgorszych…".
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3. Polskiego Radia SA.
