Nowe otwarcie czy przedwyborczy PR?
Zdaniem obserwatorów amerykańskiej sceny politycznej, wizyta Baracka Obamy
w Europie to rodzaj koła ratunkowego dla prezydenta USA, który na skutek kryzysu
finansowego w błyskawicznym tempie traci poparcie społeczne. Płomienne
przemówienie do Irlandczyków miało pokazać jego związki z tym krajem i
przysporzyć głosów emigrantów irlandzkich w USA. Jeszcze cieplejsza była jego
wizyta w Wielkiej Brytanii. Pobyt w Polsce łączył się w pewnym sensie z
odniesieniem do wielomilionowej rzeszy Polonii amerykańskiej.
Nie ulega wątpliwości, że Obama robi wszystko, aby ustawić się dobrze od strony
wizerunkowej na przyszłoroczne wybory. Wzmagająca się potęga konserwatywnych
Republikanów w Stanach Zjednoczonych zmusiła go do realizowania polityki silnej
ręki, typowej dla obozu Republikanów. Antywojenny ton sprzed kilku lat ustąpił
retoryce zbliżonej do wojennych manifestów George´a W. Busha. Nie inaczej wszak
należy odczytywać decyzję o zabiciu Osamy bin Ladena czy decyzję militarnej
interwencji w Libii. Obama chce tutaj prezentować się jako w pewnym sensie
kontynuator mocnej polityki Busha. Nie widać dziś haseł o szybkim wyjściu wojsk
amerykańskich z Iraku czy z Afganistanu.
Prawie jak Bush
Pierwotnie, tuż po elekcji Barack Obama był postrzegany w USA jako ten, który
zaplanował dokonanie kolejnego etapu rewolucji kulturowej w Ameryce, zbliżonej
do tej, jaka miała miejsce w wielu krajach zachodniej Europy. Na razie nie
widać, aby to się w pełni udało, chociaż w USA można dostrzec pogłębiającą się
przepaść między liberalną lewicą a konserwatywną częścią społeczeństwa. Obecny
prezydent wojnę kulturową mocno zaostrzył. Kwestie związane z walką o ochronę
życia są tego najbardziej namacalnym przykładem. Jednakże Obama, straciwszy
większość w Kongresie, wie, że nie będzie w stanie w najbliższym czasie
przeforsować najbardziej radykalnych, społecznych pomysłów. Co więcej, jeśli
chce reelekcji, musi upodobnić się choć trochę do potencjalnego kandydata
Republikanów – wszak przesunięcie opinii społecznej w kierunku konserwatyzmu
jest bardzo widoczne. Po ostatnich "wojennych" decyzjach Białego Domu trudno
będzie przeciwnikom atakować Obamę za słabość w polityce zagranicznej, skoro np.
zlikwidował bin Ladena.
Jednak to upodabnianie się do Republikanów w polityce bliskowschodniej czy w
kwestii libijskiej, choć mile widziane w różnych kręgach USA, wywołuje pewne
niezadowolenie w Europie. Bezkrytyczny aplauz z czasów, gdy Barackowi Obamie
przyznawano Pokojową Nagrodę Nobla, jakby minął. Widać to wyraźnie po decyzji
rządu niemieckiego w kwestii uchwały Rady Bezpieczeństwa ONZ co do interwencji w
Libii. Niemcy wstrzymały się od głosu w tej sprawie, co w Waszyngtonie zostało
odebrane boleśnie. Wszak to Niemcy miały w optyce ekipy Obamy być fundamentem
amerykańskiej obecności w Europie. Zatem Obama symbolicznie odsunął Berlin,
omijając stolicę Niemiec w najnowszej podróży po Europie. Kluczowe znaczenie
odgrywać zaczęli Brytyjczycy i brytyjski punkt widzenia z pewnością jest brany
pod uwagę w amerykańskiej polityce na Starym Kontynencie. Także wizyta w
Warszawie niesie pewną symbolikę. W Berlinie odebrano ten afront ze strony
prezydenta USA dość boleśnie. Nieprzypadkowo chyba "Der Spiegel" na siłę
doszukiwał się "sztuczności" w środkowoeuropejskich rozmowach Obamy,
podkreślając uchybienia kurtuazyjne. A to dostrzeżono brak żony prezydenta w
Warszawie, a to podkreślano "brak czasu" Lecha Wałęsy dla Baracka Obamy.
Skądinąd decyzja Wałęsy o niespotykaniu się z Obamą może być z jednej strony
wynikiem typowej dla niego ekstrawagancji w sprawach politycznych lub wyrazem
celowo zadeklarowanej dezaprobaty wyrażanej przez tzw. opcję unijną w polityce
polskiej i europejskiej. Barack Obama nawiązujący choćby symbolicznie do
polityki zagranicznej Busha może być bardzo niemile widziany przez te kręgi.
Gra o Europę Środkową
Europa Środkowa opisana w wymiarze teoretycznym przez Zbigniewa Brzezińskiego, a
w wymiarze praktycznym zdefiniowana przez Billa Clintona jako strefa wpływów
niemieckich, była tak traktowana przez ekipę Obamy. Ostentacyjna rezygnacja z
budowy tarczy antyrakietowej (ogłoszona w dniu symbolicznej rocznicy dla Europy
Środkowej – 17 września 2009 r.) odczytana została jako zgoda Ameryki na układ
niemiecko-rosyjski w tej części Eurazji. Tymczasem kluczowym projektem
alternatywnym dla podziału środkowej Europy na niemiecką i rosyjską strefę
wpływów była próba zjednoczenia krajów środkowoeuropejskich w celu obrony ich
niezależności przy wsparciu Ameryki. USA skłócone za czasów prezydenta Busha z
Berlinem aranżowały w naszej części kontynentu różne akcje polityczne. Jedną z
nich był pomysł wprowadzenia Ukrainy do NATO, innym – budowa tarczy
antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Zwycięstwo Obamy doprowadziło do
likwidacji pomysłu tarczy, a pozostawiona samej sobie Ukraina została skazana
niejako na opcję prorosyjską.
Czy zatem wizyta amerykańskiego przywódcy w Warszawie może oznaczać powrót USA
do aranżowania w Europie Środkowej siły politycznej? Pozornie tak, zwłaszcza że
w Warszawie mieliśmy do czynienia ze spotkaniem prezydentów krajów
środkowoeuropejskich. Sygnał może być ważny – Polska przy wsparciu USA kreuje
współpracę środkowoeuropejską. Jednakże zaproszenie na spotkanie przedstawiciela
"niepodległego państwa" Kosowa, dodajmy – powstałego przy ogromnym skandalu
międzynarodowym, wygenerowało duży konflikt. Serbia, Słowacja, Rumunia złożyły
protest. I tak zamiast jednoczyć centralną Europę, wprowadzamy niepotrzebne
napięcia. Nasuwa się tylko pytanie, czy pomysł na Kosowo wyszedł z polskich sfer
rządowych, czy zażyczyli sobie obecności władz tego kraju goście z Ameryki?
Zorganizowano też spotkanie prezydentów Obamy, Komorowskiego i Janukowycza.
Można by z tego czytać, że Ukraina znowuż brana jest pod uwagę jako element
zachodniego porządku. Z drugiej jednak strony może to być cały czas
przedwyborcza gra prezydenta USA bez głębszego podtekstu merytorycznego. Być
może to doraźna próba "postraszenia" Niemiec, że w razie dalszej "nielojalności"
Amerykanie mogą uruchomić ruchy odśrodkowe w Europie Centralnej. Oczywiście
niewykluczone, że to również zapowiedź bardziej perspektywicznej polityki. Jak
rzeczywiście jest, przekonać się będzie można po konkretnych owocach szczególnie
w kwestiach militarnych i biznesowych. Co do militariów pojawiła się zapowiedź
przynajmniej minimalnego zaangażowania wojsk USA w Polsce (obecność
amerykańskich F-16). Ma to znaczenie w tym względzie, że decyzja taka narusza w
śladowym stopniu zasadę tzw. kondominium w Europie Środkowej. Jeszcze ważniejsze
są kwestie gospodarcze. Chodzi tu przede wszystkim o słynny gaz łupkowy.
Zaangażowanie amerykańskich potentatów w jego poszukiwania musi mieć znaczenie
dla władz USA. Wiadomo, że projektom tym mocno będą się sprzeciwiać Rosjanie, a
także ich sojusznicy w Europie. Polska poddana w sensie prawnym jurysdykcji Unii
Europejskiej mogłaby z powodów "ekologicznych" być zblokowana w wydobywaniu tego
surowca. Aby tak się nie stało, potrzebny jest parasol polityczny jakiejś
większej siły globalnej. Wydaje się, że Waszyngton jest w stanie taką ochronę
zapewnić, wymuszając lub blokując pewne rozwiązania w Europie. Podczas gdy we
Francji próbuje się zakazywać wydobywania gazu łupkowego, premier Wielkiej
Brytanii John Cameron zadeklarował, że nie ma przeszkód, aby w UE takie
wydobycie było prowadzone. Ma to duże znaczenie, gdyż Londyn ma na tyle silną
pozycję, że może uniemożliwić wprowadzenie niekorzystnych rozwiązań płynących z
Brukseli.
Oczywiście i w tym obszarze możemy znaleźć słabe punkty. Polsce powinno chodzić
nie tylko o to, aby zdywersyfikować dostawy gazu (nie być uzależnionym jedynie
od źródła rosyjskiego), ale również o to, by na polskim gazie dużo zarabiać. Co
więcej, Polska, eksportując ten gaz, mogłaby dać szansę uniezależnienia innym
krajom środkowoeuropejskim. I tu pytanie, czy władze polskie będą w stanie
twardo walczyć o narodowy interes także w relacjach z wielkimi koncernami z
Ameryki? Można mieć potężne obawy, patrząc chociażby na ekonomiczne
uwarunkowania polskiego zaangażowania w wojnę iracką czy na fatalnie
poprowadzoną kwestię offsetu za zakup samolotów F-16.
Te rozliczne rozważania pokazujące paletę szans dla Polski mogą być zatem
zupełnie nieistotne, jeśli główną motywacją Baracka Obamy jest jedynie dobry PR
przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi, a dla władz polskich przed
wyborami jesiennymi do parlamentu. Żałosna polityka "propagandy sukcesu" czy –
jak kto woli – "poklepywania po plecach" zbiera już od kilku lat bolesne żniwo w
polskiej polityce zagranicznej. Tak więc zapowiadane na jesień
polsko-amerykańskie forum gospodarcze może mieć realne cele, może też być
jedynie tubą propagandową dla rządu PO tuż przed wyborami parlamentarnymi.
Podobnie może przedstawiać się tzw. sprawa zniesienia wiz, a nawet współpracy
wojskowej. Bardzo ważne jest zatem, aby polska opinia publiczna umiała odróżnić
ziarno od propagandowych plew i aby była w stanie skutecznie recenzować, co
realnego dzieje się w naszym otoczeniu międzynarodowym.
Prof. Mieczysław Ryba
Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX
wieku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą w WSKSiM.
