Koncepcja „resetu” zbankrutowała
Z dr. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, specjalistą ds. polityki
międzynarodowej i politologiem, adiunktem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i
Politycznych Uniwersytetu Łódzkiego, rozmawia Maciej Walaszczyk
Wizyta Baracka Obamy w Polsce to sztampowy objazd po Europie Środkowej czy
może jednak sygnał do ożywienia relacji między Polską, całym regionem a Stanami
Zjednoczonymi?
– Nie przeceniam obietnic, które zostały podczas tej wizyty złożone, ale jestem
optymistą. Myślę, że wizyty głów państw należy oceniać jako gesty symboliczne,
ale w dobrym rozumieniu tego słowa. Nie chodzi o gesty bez znaczenia, ale znaki,
które w polityce międzynarodowej powinny być odczytywane jako informacje o
zmianie pewnych kierunków strategicznych.
Przyznam, że jestem zaskoczony tą diagnozą. Co kryje się pod symboliką,
ocenianą jako próba zatarcia złego wrażenia po wycofaniu z projektu tarczy,
"resecie" z Rosją i nieobecności na pogrzebie prezydenta Lecha Kaczyńskiego?
– Prezydentura Obamy przebiegała dotychczas pod znakiem braku zainteresowania
naszym regionem, "resetu" stosunków z Rosją, redukcji zaangażowania w Europie
Środkowej, czego przejawem było wycofanie się z realizacji rozmieszczenia w
Polsce elementów tarczy antyrakietowej. Oczywiście nie bez udziału i winy
polskiego rządu.
I to w wymownym terminie 17 września…
– Niestety, odbyło się to w dość symboliczny sposób. Do tego dochodzi rezygnacja
USA z rywalizacyjnej w stosunku do Rosji polityki wobec Ukrainy, Białorusi i
krajów Kaukazu, a zatem w polu bezpieczeństwa Rzeczypospolitej, na którym
potrzebowaliśmy amerykańskiego wsparcia i przed prezydenturą Obamy je
otrzymywaliśmy. Obecna wizyta prezydenta USA w Polsce zmienia ten obraz. "Reset"
stosunków amerykańsko-rosyjskich najwyraźniej rozczarował Stany Zjednoczone.
Zawiedzione nadzieje amerykańskie co do współpracy z Rosją spowodowały, że
przypomniano sobie o Europie Środkowej, w tym o największym państwie w regionie
– czyli Polsce. Przywróciło to sytuację podobną do tej z roku 2003. Słabnie
skala ciepłych relacji między Moskwą a Waszyngtonem. Z drugiej strony Niemcy
odmówiły poparcia Ameryki w sprawie akcji militarnej w Libii i w Radzie
Bezpieczeństwa ONZ zdystansowały się od stanowiska USA.
Na jakiej podstawie ocenia Pan, że "reset" jest już nieco nieaktualny, a
obecność w Europie Środkowej i Wschodniej może zostać wzmocniona?
– Stany Zjednoczone nie dostały należytego poparcia ze strony Rosji wobec
zjawiska rewolucji arabskich, które potencjalnie otwierają drogę do penetracji
fundamentalizmu islamskiego wspieranego przez Iran. A ten jest jednym z głównych
wrogów Stanów Zjednoczonych i nieformalnym sojusznikiem Rosji. Niemcy w kwestii
Afryki Północnej przyjęły stanowisko skrajnie odmienne niż USA. Polska
początkowo również zajęła taką pozycję, jakby solidaryzując się z Niemcami, a
premier Donald Tusk nawet oskarżył sojuszników z NATO, zaangażowanych w operację
libijską, o hipokryzję, polegającą na udzielaniu pomocy jednym, a porzucaniu
innych. Najwyraźniej zapomniał, iż to, że nie możemy pomóc wszystkim i wszędzie,
nie oznacza, że nie wolno pomagać nikomu i nigdzie. Wkrótce jednak zdano sobie
sprawę z tego, że popełniono błąd i minister Sikorski odbył podróż do Libii,
manifestując polityczne zaangażowanie w tej kwestii. W związku z tym sytuacja z
roku 2003 powróciła w tym sensie, że pogarszające się stosunki
amerykańsko-rosyjskie i brak Niemiec jako sojusznika USA w bieżących operacjach
wskazują na Polskę jako potencjalnego głównego alianta Waszyngtonu w Europie
Środkowej. Mamy w tym względzie poważną konkurencję Rumunii. Bukareszt,
prowadząc lepszą politykę niż Polska, przelicytował znaczenie Warszawy w oczach
Stanów Zjednoczonych w swoim regionie i to Rumuni będą mieli tarczę
antyrakietową, a nie my. Mogli też pozwolić sobie na nieobecność na szczycie w
Warszawie. Sytuacja, którą przedstawiłem, pokazuje w relacjach
polsko-amerykańskich pewien potencjał powrotu do intensywnej współpracy w
kontekście naszego regionu.
Co ona może dziś oznaczać?
– Ważnym gestem i sygnałem politycznym było spotkanie prezydentów Stanów
Zjednoczonych, Polski i Ukrainy. Pojawienie się prezydenta Janukowycza w tym
towarzystwie jest dla nas kwestią centralną. Ważne, choć w innym, ludzkim
wymiarze, było także upomnienie się prezydenta Komorowskiego o los uwięzionego
na Białorusi Andrzeja Poczobuta. Sława choć trochę chroni opozycjonistów przed
"nieznanymi sprawcami" i nie wolno tego nie doceniać.
Jak rozumiem, w przypadku Ukrainy w grę wchodzi m.in. współpraca wojskowa z
NATO. Czy dziś kraj ten rządzony przez Janukowycza może być w ogóle tym
zainteresowany?
– Oczywiście, że obecny prezydent Ukrainy i Partia Regionów reprezentują
środowiska, które są mentalnie i kulturowo związane z Rosją. Jednak należy
pamiętać, że natura ukraińskiej sceny politycznej jest oligarchiczna. A to
znaczy, że rządzą tam grupy interesów, które nie są patriotami czegokolwiek. Są
oligarchami, a los oligarchów w Rosji, np. Michaiła Chodorkowskiego, jest im
wszystkim znany. Dlatego to, że oligarchowie ukraińscy nie chcieliby znaleźć się
w warunkach prawnej przejrzystości świata zachodniego, co utrudniłoby im
prowadzenie interesów, nie oznacza, że chcieliby być zarządzani z Kremla.
Kulturowo-polityczną prorosyjskość części elit ukraińskich należy zatem
odróżniać od prorosyjskości w kwestiach strategicznych. Każdy woli być
prezydentem niż namiestnikiem. W tym sensie pojawiła się możliwość ożywienia na
odcinku ukraińskim. Janukowycz z tej okazji skorzystał. Wbrew presji Putina, by
Ukraina nie wchodziła do strefy wolnego handlu z UE, sugestię tę odrzucił, a w
Warszawie, przez spotkanie z Obamą, podjął licytację polityczną swej pozycji
wobec Moskwy i zademonstrował chęć otwarcia na Zachód. To oczywiście nie będą
związki takie jak do 2010 roku – w formie zapisanych w dokumentach koncepcyjnych
ukraińskiego rządu planach wejścia do NATO. Jest to nowa gra, nowe rozdanie i
dobrze, że Polska asystuje u jej narodzin. Aktywizacja polityki amerykańskiej w
Europie Środkowej, po kilkuletniej bierności w czasie prezydentury Baracka Obamy,
otwiera nam nowe możliwości współpracy z sąsiadami. Nie gwarantuje to
automatycznie sukcesu, ale dziś wracamy do gry i moim zdaniem należy to
wykorzystać. Te sygnały są jak najbardziej obiecujące.
A co jest dziś stawką dla Polski, konkretnie w kwestii bezpieczeństwa czy
gospodarki?
– Podstawowym interesem Rzeczypospolitej jest przesunięcie polityczne na Zachód
naszych bezpośrednich sąsiadów – Ukrainy i Białorusi, a także Mołdawii i Gruzji.
Musi się to odbywać w rywalizacji politycznej z Rosją, która jest temu
przeciwna. Jej potencjał jest oczywiście większy niż nasz i dlatego Polska musi
poszukiwać zewnętrznych źródeł siły. Obok samych zainteresowanych, co dobrze
pokazały rewolucje gruzińska i ukraińska, najpotężniejszym takim źródłem są
Stany Zjednoczone. Jeśli w tej grze są nieobecne, jak to było w pierwszej
połowie kadencji Obamy, to sytuacja jest bardzo trudna. Teraz jednak USA wracają
do Europy Środkowej i należy to wykorzystać na tyle, na ile się da, i tak długo,
jak długo się da.
Ale obecność amerykańska jest tutaj przecież symboliczna.
– Wojskowa tak. Nie ma w Polsce bazy wojsk amerykańskich, bo samoloty F-16 i
kilku mechaników z obsługi nie zmienią istoty sprawy. Kwestię tarczy
antyrakietowej przegraliśmy wskutek zaniedbań obecnego rządu, a można ją było
wygrać, co pokazali Rumuni. Pozostaje jednak wymiar polityczny, a ten właśnie
został ożywiony przez wizytę Obamy.
A gaz łupkowy?
– To bardzo ważna kwestia, ale chyba za wcześnie, by o tym mówić. Tym bardziej
że na poziomie rozmów prezydentów nie precyzowano przecież szczegółów.
Minister Piotr Woźniak uważa, że prezydent Obama, podejmując ten wątek,
poparł działania amerykańskich koncernów w Polsce i dał jednocześnie sygnał
krajom europejskim, że to dla jego kraju istotna sprawa.
– To jest dla nas bardzo optymistyczne, bo będziemy pod wspólnym naciskiem Rosji
i liczących się państw Unii, np. Francji i Niemiec, które są przeciwne
podejmowaniu przez Polskę eksploatacji gazu łupkowego. Potrzebujemy wsparcia i
osłony przed tą potężną koalicją. I tu także jedynym państwem, którego poparcie
byłoby skuteczne, są Stany Zjednoczone. To może zabrzmieć dramatycznie, ale
stworzenie z Polski istotnego eksportera gazu jest tak fundamentalnym uderzeniem
w interesy rosyjskie, że Rosja ucieknie się do wszelkich środków, jakie ma do
dyspozycji, by to zahamować.
Czescy analitycy wojskowi twierdzą, że nacisk na Polskę będzie mógł
przybierać m.in. taką formę, jak działalność ekologicznych i antywojennych
ruchów z lat 70.-80., które wtedy wspierał Związek Sowiecki, a dziś będzie je
inspirować putinowska Rosja.
– Cokolwiek Rosjanie będą mieli do dyspozycji, to tego użyją, bo jest to ich
"być albo nie być" jako poważnego gracza międzynarodowego. To złamałoby ich
budżet. Gdyby Polska nie była członkiem NATO, to kwestia zatrzymania
eksploatacji gazu łupkowego w Polsce byłaby dla Rosji warta wojny. Musimy więc
pamiętać o skali wyzwania i przynajmniej posiadać solidną osłonę
kontrwywiadowczą, a także propagandowo-medialną. To wszystko będzie należało
zorganizować, bo w grę wchodzą w tym momencie fundamentalne interesy Federacji
Rosyjskiej.
Kwestia zniesienia wiz do USA dla obywateli polskich również ma być takim
sygnałem o zmianie? Ekipa Busha zupełnie się tą sprawą nie przejmowała.
– Kwestia wiz jest dla strategicznych interesów Rzeczypospolitej bez znaczenia i
jej ciągłe podnoszenie jest żenującym przykładem miałkości intelektualnej
polskiej klasy politycznej. Rząd SLD w 2003 r., skądinąd słusznie angażując
Polskę u boku USA w Iraku, jako jeden z wiodących motywów podał wizy. Uczynienie
z kwestii otwarcia dla kilkudziesięciu tysięcy Polaków możliwości pracy na
czarno w USA, a do tego sprowadza się problem wiz, celu polityki zagranicznej
państwa polskiego, dla którego wysyła ono wojsko na wojnę, jest posunięciem
żałosnym. Być może jego autorom doskwierał fakt, że wypełniając amerykańskie
wnioski wizowe, odpowiada się na pytanie o to, czy kiedykolwiek należało się do
partii komunistycznej. Dla wielu przedstawicieli polskiego establishmentu –
byłych członków PZPR – to bardzo niezręczne pytanie.
Obecna ekipa rządząca jest w stanie wykorzystać tę koniunkturę, o której Pan
mówi? Szczególnie mając w pamięci to, co działo się i przed, i po katastrofie
smoleńskiej, a więc atak na politykę zagraniczną prezydenta Lecha Kaczyńskiego,
a dziś ugodową postawę prezydenta Bronisława Komorowskiego i rządu wobec Rosji?
– Obawiam się, że może ona zostać zmarnowana. Rząd w ostatnim czasie kontynuował
błędy popełnione w przeszłości i dodawał do nich nowe, co odbiło się na składzie
spotkania przywódców krajów Europy Środkowej w Warszawie odbytego przy okazji
wizyty prezydenta Obamy. Chodzi o brak prezydentów państw, którzy w Warszawie
być powinny, w szczególności Rumunii. To drugi po Polsce pod względem wielkości
i zaludnienia nowy członek UE i NATO. Państwo to także, o czym trzeba pamiętać,
ma swoje priorytety skierowane na Wschód. W tym kontekście zaproszenie do Polski
prezydent Kosowa, której władze w Bukareszcie nie uznają, było błędem. Przy
całym szacunku dla aspiracji niepodległościowych Kosowa Polska nie jest od
rozstrzygania sporów serbsko-albańskich, a kierownicy polskiej nawy państwowej
powinni pamiętać o tym, że Rumunia jest dla nas krajem ważniejszym niż Kosowo.
Po drugie, w Warszawie zabrakło prezydenta Gruzji. Miał on w tych dniach
problemy związane z gwałtownymi manifestacjami, jakie zorganizowała opozycja.
Jednak Gruzja jest rodzajem barometru intencji rosyjskich wobec najbliższych
sąsiadów Rosji. Jeśli została wykluczona ze spotkania klubu amerykańskich
sojuszników, to znaczy, że jest samotna. Była to zatem zła wiadomość wysłana do
Tbilisi i sygnał dla Moskwy, który może tam być groźnie zinterpretowany. Innym
błędem był kontekst nadany zjazdowi sojuszników USA w Warszawie przez niedawne
spotkanie Trójkąta Weimarskiego, podczas którego minister Sikorski poparł
deklarację prezydenta Obamy dotyczącą granic Izraela z 1967 roku. W interesie
Rzeczypospolitej nie leży popieranie takiej polityki amerykańskiej, która polega
na porzucaniu jednego z sojuszników, bo my też jesteśmy sojusznikiem Stanów
Zjednoczonych. Jeśli prezydent USA demonstruje taką postawę wobec podstawowego
interesu kraju sojuszniczego, jakim jest jego integralność terytorialna, to jest
to sygnał, którego Polska nie powinna wzmacniać. Bez względu na to, czy jest to
sygnał wysłany do Izraela, Korei Południowej, czy np. do Estonii. Deklaracja
Obamy oznacza wzrost prawdopodobieństwa destabilizacji na Bliskim Wschodzie, to
zaś oznacza wzrost cen ropy naftowej, czyli wzrost dochodów budżetu Federacji
Rosyjskiej, a zatem zwiększenie możliwości rosyjskiej polityki zagranicznej.
Jaki w tym jest interes Polski? Poza tym Polska – ze zrozumiałych względów – nie
powinna uprawiać polityki wobec Izraela u boku Niemiec, nigdy i w żadnej
kwestii.
Dziękuję za rozmowę.
Pogarszające się stosunki amerykańsko-rosyjskie i brak Niemiec jako
sojusznika USA w bieżących operacjach wskazują na Polskę jako potencjalnego
głównego alianta Waszyngtonu w Europie Środkowej. Mamy w tym względzie jednak
poważną konkurencję Rumunii.
