USA

Za dwa dni przybywa z wizytą do Warszawy prezydent Stanów Zjednoczonych
Barack Obama. To już dziesiąty spośród amerykańskich prezydentów, którzy
odwiedzali Polskę, a należy podkreślić, iż niektórzy z nich bywali w naszym
kraju kilkakrotnie. W historii stosunków polsko-amerykańskich byli prezydenci
USA, których Polska nic nie obchodziła. Był też Franklin Delano Roosevelt, który
w 1945 roku oddał Polskę Stalinowi. Nieprawdziwe przy tym jest stwierdzenie, że
Roosevelt sprzedał Polskę w Jałcie, ponieważ oddał ją Rosji za darmo.

Ameryka nie dostała nic w zamian, nie można więc mówić o sprzedaży. Ale wielu
prezydentów Stanów Zjednoczonych było przyjaciółmi Polski, rozumieli znakomicie
dramatyczną walkę Polaków o wolność. Byli to prezydenci najwybitniejsi w
historii USA, tacy jak: Jerzy Waszyngton, Thomas Jefferson, Woodrow Wilson,
Herbert Hoover, a przede wszystkim Ronald Reagan. To właśnie on zniszczył
komunistyczną Rosję, definiując ją jako imperium zła. To on w wigilię Bożego
Narodzenia 1981 r. zapalił w oknie Białego Domu świeczkę za Polaków walczących z
reżimem stanu wojennego i wezwał cały naród amerykański do solidarności z nami:
"W tym stuleciu Amerykanie i Polacy stali ramię w ramię w ogniu dwóch pożóg,
jakie przetoczyły się przez świat. (…) I jeżeli jest jakaś nauka płynąca z
kart historii, to niewątpliwie jest nią pewność o niezniszczalności Polski –
nawet mimo klęsk. Polska może być podbita, ale nigdy się nie podda. Polska może
być zmuszona siłą do ustępstw, ale nigdy nie zgodzi się na zależność od obcych
państw, do odebrania danej przez Boga wolności". Tych słów i tej solidarności
Polacy nigdy Reaganowi nie zapomną. Jak również jego przyjaźni i wspólnych
działań z Janem Pawłem II. Ale to była inna epoka – zimna wojna, dominacja Rosji
sowieckiej, XX wiek.
Pod koniec tego straszliwego stulecia, w 1997 r., Bill Clinton proklamował w
Warszawie integrację Polski z NATO. A teraz przybywa do Polski prezydent Barack
Obama. Posiadanie potężnych, bogatych, silnych, hojnych, a zwłaszcza
niezawodnych sojuszników stanowiło od wieków samą istotę polityki zagranicznej
każdego państwa. Sojusznicy nie pojawiają się sami. Należy ich znaleźć, wybrać i
zawrzeć z nimi sojusz. Zazwyczaj odbywa się to drogą pertraktacji
dyplomatycznych tajnych bądź jawnych, oficjalnych. Ale najbardziej pożądani,
najlepsi sojusznicy to tacy, którzy przychodzą sami, dobrowolnie, bez żadnych
nacisków i są naszymi sojusznikami nie tylko z powodu doraźnej racji stanu.
Ameryka jest w XXI wieku jedynym supermocarstwem świata w sensie politycznym,
ekonomicznym, finansowym, militarnym, a wreszcie cywilizacyjnym. A co
ważniejsze, Ameryka jest nadal symbolem i realnym uosobieniem najważniejszych
wartości, takich jak: wolność, prawo, sprawiedliwość, wiara w Boga, demokracja.
Dlatego Polska potrzebuje silnej Ameryki, ale też dla USA w dzisiejszym świecie
i Europie, gdzie antyamerykańskie tendencje są coraz powszechniejsze, taki
sojusznik jak Polska jest nie do przecenienia! Dlatego właśnie, a nie tylko ze
względu na polskie bezpieczeństwo, ważne jest, że w wyniku wizyty prezydenta
Obamy po raz pierwszy w historii stacjonować będą na naszym terytorium żołnierze
amerykańscy. Amerykańskie samoloty będą do Polski przylatywały, uczestniczyły w
ćwiczeniach i odlatywały. Na stałe będzie obecna w naszym kraju niewielka grupa
żołnierzy sił powietrznych USA. O liczebności amerykańskiego pododdziału
dyplomaci nie chcą się wypowiadać. Podkreślają symboliczne znaczenie decyzji o
rozlokowaniu w Polsce na stałe pierwszych w historii żołnierzy z USA. Obietnice
w tej sprawie padały już w grudniu 2010 roku. Ile samolotów amerykańskich będzie
przylatywało na jakiś czas do Polski? To się ma wyjaśnić w ostatniej chwili
przed wizytą Obamy. Amerykańskie samoloty mają czasowo stacjonować w trzech
polskich bazach.
Prezydent Obama do Polski przybywa po raz pierwszy, ale w Europie bywał wiele
razy. Umiarkowanie entuzjastyczny stosunek Baracka Obamy do Europy tłumaczy się
niekiedy jego afroamerykańskim pochodzeniem i nieznajomością Starego Kontynentu.
W rzeczywistości taki stosunek wynika z trzeźwej analizy. Europa staje się coraz
bardziej marginalną częścią świata, dlatego coraz mniej znaczy nie tylko w
świecie, lecz także w amerykańskiej polityce. Struktury UE obejmują tylko część
kontynentu, a perspektywy ich rozszerzenia na wschód czy południe są niepewne,
podobnie jak przyszłość wspólnej waluty. W sytuacjach kryzysowych na pierwszy
plan wychodzą te same co przed stu laty stolice: Londyn, Paryż, Berlin i Moskwa.
I nigdy nie zajmują jednolitego stanowiska w żadnej kwestii. Dlatego dla USA
ważny jest sojusznik, który zgromadził prawie 20 przywódców państw Europy
Środkowo-Wschodniej. Skoro dzieje się to w Warszawie, to znaczy, że Polska
pretenduje do bycia liderem regionu. Ale należy pamiętać, że USA Obamy
"zresetowały" relacje z Rosją Putina. W amerykańskich wyborach prezydenckich w
roku 2008 Obama nie został wybrany, aby naprawiać stosunki z Europą. Nadzieje,
że dzięki niemu dojdzie do przełomu, były skrajnie naiwne. Od początku
prezydentury jego priorytetem była walka z kryzysem gospodarczym. Wymiana
gospodarcza USA z Rosją w ciągu roku jest warta tyle, co kilka dni handlu z
Meksykiem czy Kanadą. A ponieważ Rosja nie bardzo już interesuje Amerykanów, to
Polska interesuje ich jeszcze mniej. Z punktu widzenia wielkiej strategii
globalnej USA Polska nie jest krajem najważniejszym. W strategii George´a W.
Busha Polska była potrzebna. W strategii Baracka Obamy nasz kraj stracił na
znaczeniu. O ile Amerykanie za Busha chcieli Polski silnej, ale skłóconej z
Rosją, to UE przez lata obiecywała zupełnie coś innego – że dzięki pogodzeniu z
Rosją uzyskamy historyczną nagrodę: będziemy odgrywać rolę pomostu między
Wschodem i Zachodem. To były tylko obietnice.

Józef Szaniawski
 

drukuj