Teatr z ręką na pulsie spraw Narodu
Aktorstwo i powołanie kapłańskie zdają się znajdować na przeciwnych
biegunach. U Karola Wojtyły teatr zaś stał się rodzajem "przygotowania
warsztatowego" do posługi kapłana. Talent aktorski i zdobyte umiejętności
zaowocowały w ewangelizowaniu biskupim, a potem w sposobie przekazu nauczania
papieskiego.
Fenomenalna pamięć, znakomicie ustawiony, silny głos o pięknej barwie i
doskonałe nim operowanie, bezbłędna dykcja, tzw. nasycone treścią pauzowanie czy
zawieszanie głosu oraz podkreślanie wagi wypowiadanych słów wyrazistym gestem i
mimiką – to przecież elementy należące do aktorskiego arsenału środków wyrazu.
Wszystko to dodawało specjalnej dramaturgii wystąpieniom Papieża. Nie dotykam tu
oczywiście najważniejszej rzeczy, czyli treści przekazu. Głębokiej i wymagającej
od wiernych pogłębiania wiedzy religijnej. I ta zadziwiająca łatwość
nawiązywania kontaktu z ludźmi. Ona także ma zapewne źródło w teatralnym
doświadczeniu Jana Pawła II.
Teatr, poezja, literatura fascynowały Karola Wojtyłę od dziecka. Niemały udział
w formowaniu wrażliwości estetycznej u przyszłego aktora i poety, a potem
kapłana, Papieża i – cały czas – poety, miał jego ojciec. Po śmierci matki
troskliwą opieką otaczał syna, dbał o jego rozwój duchowy i intelektualny.
Karol, jeszcze jako uczeń szkoły powszechnej, znał już poezję Cypriana Kamila
Norwida, zwłaszcza "Fortepian Szopena", który ojciec często mu czytał. Nic
dziwnego więc, że później, gdy brał udział w konkursie recytatorskim, mówił
właśnie utwory Norwida. Tyle tylko, że był to poemat "Promethidion", utwór
przepiękny i nasycony głęboką treścią, ale arcytrudny do recytacji. Chłopiec
mówił z pełnym zrozumieniem i doskonałą dykcją.
Ukochany poeta światła – Norwid
Norwid pozostał Karolowi Wojtyle, a potem Janowi Pawłowi II najbliższym poetą na
całe życie. Rozmiłowany w jego twórczości odwoływał się doń nie tylko w swoich
tekstach literackich, lecz także w nauczaniu papieskim, w homiliach. Określał
Norwida mianem jednego z największych poetów i myślicieli, jakich wydała
chrześcijańska Europa. Wskazywał, że my wszyscy mamy wielki dług wdzięczności
wobec niego. Ojciec Święty wspominał, iż z Norwidem łączy go bliska duchowa
zażyłość datująca się jeszcze na lata gimnazjalne. "Cyprian Norwid pozostawił
dzieło, z którego emanuje światło pozwalające wejść głębiej w prawdę naszego
bycia człowiekiem, chrześcijaninem. Europejczykiem i Polakiem. Poezję Norwida
kształtowała głęboka wiara w Boga oraz w nasze człowieczeństwo Boże" – mówił
błogosławiony Papież.
Kontakt Karola Wojtyły z teatrem rozpoczął się bardzo wcześnie, jeszcze na
etapie gimnazjum w rodzinnych Wadowicach. Jako uczeń piątej klasy gimnazjalnej
na małej scenie amatorskiego teatru międzyszkolnego grał w "Antygonie" Sofoklesa
rolę Hajmona, brata Ismeny. Pamiętamy wszyscy, kiedy podczas pielgrzymki do
Polski w Wadowicach Ojciec Święty wyrecytował fragment swojej roli: "O ukochana
siostro ma, Ismeno, czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych żadnej na świecie
los nam nie oszczędza?". Tytułową zaś Antygonę grała szkolna koleżanka Karola,
późniejsza wielka, znakomita aktorka teatralna, Halina Kwiatkowska. Na
wadowickiej scenie spotykali się wielokrotnie, czy to jako Gucio i Aniela w
"Ślubach panieńskich" Aleksandra Fredry, czy w "Balladynie" Juliusza
Słowackiego, gdzie Karol grał kilka postaci, w tym tak diametralnie różne
charakterologicznie i zadaniowo jak Kirkor, bohater pozytywny, i Kostryn, czarny
charakter, a więc całkowite przeciwieństwo tego pierwszego. To nawet dla
profesjonalnego aktora jest zadaniem dość karkołomnym, a cóż mówić o nastolatku,
gimnazjaliście. Tymczasem Karol Wojtyła poradził sobie doskonale. Różnorodność
ról granych przez niego tego samego dnia w jednym przedstawieniu pokazuje, że
równie dobrze potrafił wczuć się w rolę bohatera tragicznego, jak i zagrać
postać komiczną.
Wielki, antyczny i romantyczny repertuar na szkolnej scenie, to rzecz niebywała.
A działo się tak dzięki wyjątkowemu człowiekowi – Mieczysławowi Kotlarczykowi,
który mieszkał w Wadowicach, interesował się teatrem i pragnął tę wrażliwość na
wielką literaturę sceniczną przelać na młodzież gimnazjalną.
Jak po latach wspominał Jan Paweł II, jego zamiłowaniu do teatru początek dał
właśnie Mieczysław Kotlarczyk, absolwent polonistyki Uniwersytetu
Jagiellońskiego, doktor nauk humanistycznych, pedagog, reżyser silnie
zaangażowany w teatr wielkiego słowa. W Wadowicach założył Amatorski Teatr
Powszechny, gdzie wystawiał utwory m.in. Juliusza Słowackiego, Stanisława
Wyspiańskiego, Aleksandra Fredry. Należał do powstałej w 1940 roku "Unii",
tajnego katolickiego podziemnego ugrupowania patriotycznego o charakterze
ideowo-wychowawczym. Była to organizacja narodowo-katolicka mająca w swoim
programie plany związane z odbudową niepodległej Polski opartej na zasadach
katolickiej nauki społecznej. Do "Unii" należał także Karol Wojtyła i rapsodycy,
czyli ci, którzy wchodzili w skład Teatru Rapsodycznego.
Teatr wielki myślą, duchem i patriotyzmem
Legendarny, nieoceniony, wielki myślą i duchem Teatr Rapsodyczny założył
Mieczysław Kotlarczyk przy współudziale Karola Wojtyły w 1941 roku w Krakowie w
warunkach konspiracyjnych, pod auspicjami "Unii". I trzeba powiedzieć, że, o
dziwo, ten utajniony teatr działał niemal pod bokiem rezydującego na Wawelu
Hansa Franka, szefa Generalnej Guberni. Tego samego, który wydał zakaz wszelkiej
polskiej działalności artystycznej i literackiej. "Jakikolwiek ślad polskiej
kultury musi być usunięty. Polska przestanie istnieć i nigdy się już nie
odrodzi" – grzmiał. Zamknięto szkoły, uniwersytety, biblioteki. Teatr
Słowackiego dostępny był tylko dla Niemców. Dzieła wielkich polskich poetów, a
także utwory Fryderyka Chopina i pozostałych polskich kompozytorów były objęte
zakazem. Hans Frank wiedział, że kiedy zabije się pamięć o dorobku narodowym i
uśmierci się kulturę, to zarazem uśmierci się naród w jego tożsamości. Nawiasem
mówiąc, tego, co dzieje się dziś w Polsce w sferze kultury, i co jest
finansowane przez obecne władze, nie można nazwać inaczej jak zabijaniem
tożsamości narodowej.
Teatr Rapsodyczny prócz roli stricte artystycznej był również wyrazem sprzeciwu,
znakiem oporu myśli i ducha. Najpierw wobec niemieckiego, potem wobec
sowieckiego okupanta i władz komunistycznych. Był także formą walki o kształt
polskiej rzeczywistości. Poprzez dobór najwybitniejszych polskich dzieł
Słowackiego, Mickiewicza, Krasińskiego, Norwida, Wyspiańskiego był realizowany
program ideowy, który przypominając Polakom o ich wielkim dziedzictwie
kulturalnym, kładł nacisk na zachowanie naszej tożsamości narodowej i
religijnej. Zarazem kształtował także pewną formację intelektualną, kulturalną i
etyczną. Dotyczyło to nie tylko aktorów, lecz również publiczności. I właśnie
owa formacja dla jednego i drugiego okupanta była solą w oku.
Potrzeba powstania teatru słowa była bliska Kotlarczykowi, ale także Wojtyle.
Realizację tej idei poprzedzały długie rozmowy Karola Wojtyły z Mieczysławem
Kotlarczykiem, a istota sprawy tkwiła w szukaniu drogi do ocalenia tkanki
narodowej Polaków. Teatr Rapsodyczny w tym wymiarze, w jakim widzieli go Wojtyła
i Kotlarczyk, był właśnie tą drogą. W 1941 roku kilkuosobowa grupa – do której
należał także Karol Wojtyła – odbyła tajne zebranie, na którym Mieczysław
Kotlarczyk ogłosił powstanie teatru i przedstawił jego założenia programowe,
artystyczno-ideowe. I tak się zaczęło.
W prywatnym mieszkaniu, przy szczelnie zasłoniętych oknach kilkunastoosobowa
widownia doświadczała głębokich przeżyć artystycznych i patriotycznych.
Pierwszą, konspiracyjną premierą Teatru Rapsodycznego był "Król Duch" Juliusza
Słowackiego wystawiony 1 listopada 1941 roku. Na tle ciemnej kotary, na której
zawieszono maskę Słowackiego, przy absolutnym skupieniu niewielkiej grupki
widzów, Karol Wojtyła głosił słowa wieszcza. Skromna, "rapsodyczna" scenografia,
obejmująca prócz wspomnianej kotary stojący nieopodal fortepian z ustawionym nań
świecznikiem, pozwalała odbiorcy skupić całą uwagę na wypowiadanym słowie. Bo
taka też była istota tego rapsodycznego teatru: słowo jako budulec
najważniejszy, któremu wszystko inne jest podporządkowane. Warstwa plastyczna,
gestyka i ruch były tu ograniczone do minimum, by nic nie rozpraszało uwagi
widza i pozwalało wydobyć ze słowa zawartą w nim siłę przekazu.
Spowiedź księdza Robaka
Na to, jak wielką siłą dysponuje słowo poetyckie w aktorskiej interpretacji,
wielokrotnie dawał dowód Karol Wojtyła na scenie Teatru Rapsodycznego. Wszystkie
grane tu przez niego role należą do znakomitych, doskonałych. Ale widzom tego
niezwykłego teatru chyba najbardziej zapisała się w pamięci rola księdza Robaka.
Tej wybitnej kreacji aktorskiej Karola Wojtyły dramatycznie towarzyszyła
okupacyjna rzeczywistość krakowskiej ulicy. Oto kiedy Karol Wojtyła wypowiadał
słowa spowiedzi księdza Robaka, za oknem, przez niemieckie głośniki okupant
donosił o zwycięstwie swoich wojsk na frontach. Dochodzący do mieszkania dźwięk
był nadzwyczaj głośny i agresywny w tonie, lecz Karol Wojtyła nawet na chwilę
nie przerwał swej kwestii. Nie dał się sprowokować złu. Nadal mówił tekst,
wydobywając zeń jego najgłębsze treści i budował jedynie za pomocą słowa
dynamikę wydarzeń i dramaturgię spektaklu. Przy oszczędności środków wyrazu i
wewnętrznym skupieniu aktor Wojtyła ukazał wspaniałą muzyczność frazy, niezwykłe
piękno arcypoematu Mickiewicza i jego siłę oddziaływania. Zwycięstwo dobra nad
złem.
Ostatnim przedstawieniem, w którym zagrał przed wstąpieniem w 1942 roku do
seminarium, był "Samuel Zborowski" Juliusza Słowackiego. Potem w Teatrze
Rapsodycznym bywał już jako widz i przyjaciel teatru, wspomagający rapsodyków
modlitwą czy Mszą Świętą w ich intencji. Co zresztą było im bardzo potrzebne w
okresie okupacji, a jeszcze bardziej po wojnie, już w niby-wolnej Polsce, kiedy
to Mieczysława Kotlarczyka wciąż nękały służby bezpieczeństwa. Teatr ten
dwukrotnie zamykano, najpierw w 1953 roku, kiedy zaostrzyła się polityka
komunistycznych władz wobec Kościoła. Potem, po reaktywowaniu sceny w 1957 roku,
po raz wtóry zamknięto teatr w roku 1967. Tym razem na zawsze.
Karol Wojtyła, już jako kapłan, bronił teatru. W pisanych przez siebie szkicach
z lat pięćdziesiątych, poświęconych Teatrowi Rapsodycznemu i jego twórcy,
Mieczysławowi Kotlarczykowi, uzasadniał potrzebę istnienia takiej właśnie sceny.
W 1958 roku pisał: "Teatr Rapsodyczny od pierwszego zaraz dnia swego powtórnego
istnienia włączył się w nurt całej problematyki naszego politycznego i
kulturalnego tysiąclecia w sposób dla siebie najwłaściwszy. To jest zasługa, o
której nie wolno milczeć. Jest to równocześnie wyraz tego, jakimi kategoriami
myśli się w tym teatrze. Ale właśnie ten sposób myślenia niesie równocześnie
próbę sił: czy społeczeństwo potrafi podchwycić i docenić to, że w owym teatrze
trzyma się rękę na pulsie wielkich spraw Narodu?".
Temida Stankiewicz-Podhorecka
