Budżet będzie zmartwieniem następnego rządu

Z poseł Beatą Szydło, wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości i
wiceprzewodniczącą sejmowej Komisji Finansów Publicznych, rozmawia Artur
Kowalski

Wszystko wskazuje na to, że budżet na kolejny rok będziemy mieć gotowy już w
połowie bieżącego roku. Wielu zwolenników tak wczesnej pracy nad tą ustawą
podkreśla, iż to korzystnie wpłynie na debatę i jakość ustawy, gdyż nie będzie
aż tak bardzo obciążona jesienną kampanią wyborczą. Jak Pani ocenia taką
inicjatywę rządu?

– Jestem przeciwnikiem tego, żeby już w tej chwili pracować nad budżetem na
przyszły rok. Po pierwsze dlatego, że te założenia, które w tej chwili się
pojawiły w projekcie budżetu, do końca roku na pewno jeszcze się zmienią. Tak
było też w latach poprzednich, że pierwsze założenia do projektu budżetu, które
rząd przekazywał, po wpłynięciu ustawy budżetowej do Sejmu i jeszcze w trakcie
prac nad nią ulegały zmianie. Poza tym dla mnie bardzo istotną sprawą jest to,
że ciągle nie ma sprawozdania z wykonania budżetu za ubiegły rok. A jeżeli sam
rząd mówi, że jest trudna sytuacja, i musi podejmować kroki zmierzające np. do
ograniczenia środków na Fundusz Pracy, na walkę z bezrobociem, zamraża płace w
budżetówce, to warto by było zobaczyć, jak w ubiegłym roku kształtowało się
wykonanie budżetu w poszczególnych resortach i jak poszczególne ministerstwa
wydawały pieniądze publiczne. Wyniki wykonania ubiegłorocznego budżetu stanowiły
też zawsze pewne odniesienie do projektu budżetu na następny rok.

Z zapowiedzi premiera Tuska i marszałka Schetyny wynika, że Sejmowi na prace
nad budżetem zostanie jedynie około półtora miesiąca…

– To bardzo mało czasu. Tak poważna ustawa wymaga naprawdę solidnej pracy w
Sejmie, popartej analizami i rzeczowej. Powinniśmy też dysponować pełną
informacją ministra finansów na temat stanu finansów publicznych. Dzisiaj tak
naprawdę niewiele wiemy, co się w finansach publicznych dzieje, bo do tej pory
minister Rostowski unika merytorycznych rozmów. Podczas debat, które w tych
sprawach się odbywają, stosuje retorykę polityczną. Jest więc dużo niepewności i
niewiadomych.

Skoro rząd nie dysponuje danymi niezbędnymi do rzetelnego ułożenia budżetu,
po co w takim razie rządowi budżet na pół roku wcześniej?

– Po pierwsze dlatego, żeby uciec od trudnej dyskusji o finansach publicznych i
budżecie, o tym, jaka jest faktycznie sytuacja i co w związku z powyższym należy
zrobić. Rząd chce uciec z tymi tematami przed polską prezydencją w Unii. Co
prawda premier twierdzi, że nie chce narażać Polski na takie kłótnie budżetowe w
czasie prezydencji – bo byłoby to w czasie kampanii wyborczej – ale to tylko
retoryka. Na pewno ze strony Prawa i Sprawiedliwości takich kłótni i jakichś
kampanijnych pomysłów, rozdawnictwa by nie było.
Pytalibyśmy natomiast – i pytać będziemy teraz – o stan finansów publicznych. A
w czasie prezydencji premierowi trudno byłoby już od takiej rzeczowej,
merytorycznej dyskusji na ten temat uciec. A po drugie – myślę, że rząd,
Platforma, kalkuluje w ten sposób: "przyjąć w tej chwili budżet, który nie
będzie specjalnie kontrowersyjny i nie wzbudzi różnych protestów grup
społecznych". Platformie w tej chwili takie problemy nie są potrzebne. A po
wyborach to już nie będzie zmartwienie tego rządu Donalda Tuska i Platformy.

Czeka nas nowelizacja niedoszłej ustawy budżetowej?
– Uważam, że jeżeli budżet zostanie teraz przyjęty, to nowelizacja okaże się
niezbędna. Przy tej niepewnej sytuacji finansowej i w kraju, i w Europie, budżet
może wymagać korekt i zmian. Ale to już będzie problemem następnego rządu. A
gdyby tak się zdarzyło, że Platforma dalej by rządziła, to sądzę, że nowelizacja
zostałaby przeprowadzona w ten sposób, iż całą odpowiedzialność za tę operację
zrzucono by na tysiące różnych czynników, łącznie z kryzysem światowym.

Jak ocenia Pani przedstawione w czwartek założenia rządu do przyszłorocznego
budżetu?

– Przyjęte założenia makroekonomiczne do ustawy są w tej chwili dużą niewiadomą.
Rząd chyba liczy na to, że być może "jakoś się uda" – i będzie taki wzrost PKB,
jaki sobie zakłada, że będzie spadała inflacja tak, jak to przyjęto w projekcie.
Ale nic na to nie wskazuje. Założenia zawarte w tym projekcie są dosyć
optymistyczne. Niepokojące jest przyjęcie bardzo dużych dochodów z podatków.
Minister finansów twierdzi, że nie planuje się kolejnej podwyżki, ale nauczeni
już zdolnością ministra Jacka Rostowskiego do odwracania sytuacji, możliwe jest,
że czeka nas kolejna podwyżka podatku VAT. Tym bardziej że została już przyjęta
ustawa – o zmianę której wystąpiło zresztą Prawo i Sprawiedliwość – dająca
rządowi możliwość dalszego podwyższenia podatku VAT bez konieczności
przeprowadzenia nowelizacji ustawy w Sejmie. Taki wentyl bezpieczeństwa zostawił
sobie rząd. Myślę, iż może z niego skorzystać. Oczywiście minister finansów i
premier teraz tego nie powiedzą, bo jesteśmy przed wyborami.

Mówiła Pani, że rząd kalkuluje przyjęcie budżetu "niekontrowersyjnego", aby
nie budzić niezadowolenia różnych grup społecznych. Na kolejny rok nie
zaplanowano jednak podwyżek dla pracowników sfery budżetowej, a to na pewno nie
jest dobra kiełbasa wyborcza…

– Rząd kalkuluje w ten sposób: sfera budżetowa to są głównie urzędnicy, którzy w
tej chwili są pod kontrolą Platformy w różnych instytucjach, więc myślę, że
tutaj Platforma wykalkulowała, iż daje im gwarancje pewnego spokoju. Poza tym
sfera budżetowa ma taką specyfikę, że tutaj trudno jest ludziom protestować.
Rząd daje natomiast niewielkie podwyżki – nazywa to podwyżkami, ale w moim
przekonaniu jest to takie udawanie, że to podwyżka, bo to tak naprawdę
waloryzacja, i w dodatku od września – uposażeń nauczycieli, aby uspokoić tę
grupę społeczną, bo ona jest jednak dosyć duża. Stąd też taki gest. W przypadku
służb mundurowych możemy mieć natomiast do czynienia z próbą wywierania presji
na pracowników. Zresztą trudno sobie wyobrazić, żeby policjanci czy strażacy
wyszli na ulice i protestowali. Jest więc taki sygnał: "ta grupa społeczna
powinna dać nam spokój". Na zamrożenie płac w budżetówce trzeba patrzeć też w
kontekście tego, ilu urzędników zostało przyjętych. Trzeba brać pod uwagę, że
pojawia się większa liczba zadań w administracji. Jednak liczba urzędników,
których Platforma w czasie swoich rządów dodatkowo zatrudniła, poraża.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj