Santo subito Miał wielki szacunek dla życia
Z prof. dr hab. med. Alicją Chybicką, kierownikiem Katedry i Kliniki
Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej we
Wrocławiu, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Rozmowę o Ojcu Świętym proponuję rozpocząć od pytania, czy w medycynie
zdarzają się cuda. Większość osób, zwłaszcza chorych, które spotkały się z
Papieżem, mówiły później o przedziwnej mocy, która na nich spływała.
– Na pewno coś w tym jest… Dzieci, z którymi byliśmy na spotkaniach z Ojcem
Świętym, też miały podobne doświadczenia. Pamiętam dziecko, które w ogóle nie
nadawało się do tak długiej podróży do Watykanu i wraz z matką niejako wymusiło
na nas zgodę na wyjazd. Był to chłopiec z ostrą białaczką, który po każdej
chemioterapii miał bardzo głębokie aplazje, tzn. zaniki wszystkich elementów
krwi, takich jak: płytki, krwinki czerwone czy krwinki białe, i mógł przepłacić
to nawet życiem. Odłączony bezpośrednio od chemii Bartek, bo tak miał na imię
chłopiec, wsiadł do autokaru i pojechaliśmy. Proszę sobie wyobrazić, że nic
złego w drodze się nie wydarzyło. Mało tego, po spotkaniu z Janem Pawłem II, a
więc po mniej więcej pięciu, siedmiu dniach od zakończenia chemioterapii, kiedy
zazwyczaj mamy do czynienia ze szczytem aplazji; dziecko to miało wręcz
fantastyczne wyniki, czego nie notowaliśmy u niego po wcześniejszych terapiach.
Jako ludzie wierzący określamy tego typu zdarzenia pomocą Bożą, mianem
niewytłumaczalnego zdarzenia na granicy cudu. Nie był to przypadek odosobniony,
bo w swojej 35-letniej praktyce lekarskiej wielokrotnie doświadczałam wielu
podobnych sytuacji, niewyjaśnionych z medycznego punktu widzenia. Chociażby
dziecko, które miało stwierdzony badaniem rentgenowskim guz klatki piersiowej, a
kiedy trafiło na stół operacyjny, okazało się, że po chorobie nie było ani
śladu. Tego naprawdę nie da się wytłumaczyć w racjonalny sposób. Mam w swojej
dziedzinie wiele wyleczonych dzieci, ale jako lekarz i osoba wierząca zawsze
pamiętam, że oprócz działań medycznych jest ingerencja i wola Boża.
Ze swoimi dziećmi, bo chyba to najwłaściwsze określenie, gościła Pani w
Watykanie. Czym te spotkania były dla tych małych, chorych pacjentów?
– Były to spotkania przesiąknięte niesamowitą eksplozją energii, wiary i nadziei
tych dzieci w swoją przyszłość. Począwszy od decyzji o wyjeździe i selekcji z
tym związanej, bo stan zdrowia nie każdemu dziecku pozwalał na tak długą podróż,
po przygotowania własnoręcznie zrobionych prezentów dla Papieża, każdemu z
dzieci towarzyszyła bardzo podniosła atmosfera. Fantastycznym przeżyciem była
audiencja specjalna, jakiej Jan Paweł II udzielił dzieciom, przyjmując ich w
swojej prywatnej bibliotece. Już samo wejście po schodach Pałacu Apostolskiego
robiło na maluchach niesamowite wrażenie. Kulminacją było jednak spotkanie oko w
oko z Papieżem, który każde dziecko przytulił, do każdego coś powiedział, a
potem wysłuchał piosenek, które maluchy specjalnie dla Niego przygotowały.
Wszystko to było niesamowitym przeżyciem zarówno dla dzieci, które tam były, jak
i dla tych, które pozostały w klinice, ale były tam obecne duchowo. Były to
chwile radości, które odsuwały na bok myśli o chorobie i dawały siły, by walczyć
o życie ze zdwojoną energią.
Kim dla Pani był Sługa Boży i co z Jego nauczania wciąż przykuwa Pani uwagę?
– Ojciec Święty Jan Paweł II był dla mnie osobiście największym Papieżem w
historii Kościoła. Często Jego słowami dotyczącymi szacunku dla wszystkich ludzi
posługuję się podczas wykładów ze studentami. Czyż nie jest zdumiewające, jak
podczas swych pielgrzymek na różne kontynenty starał się zauważać każdego
człowieka, począwszy od dziecka po ludzi starszych, niezależnie od rasy i koloru
skóry, a także wiary? Wszystkich traktował na równi. Miał także wielki szacunek
dla życia, życia poczętego, życia w każdym tego słowa wymiarze, a najpiękniej
pokazał nam, jak można chorować i odchodzić z tego świata, że niekoniecznie
chwili tej musi towarzyszyć dramat i rozpacz.
Czym jest Dom nadziei Jana Pawła II?
– Tak jak wskazuje nazwa, jest to dom nadziei dla dzieci. Mieszczą się tam
przychodnie i szpital dzienny. Właśnie tam dziecko, które zachoruje na nowotwór,
zdobywa nadzieję na wyleczenie. My natomiast staramy się robić co w naszej mocy,
by uratować jak najwięcej maluchów. W tym dziele ratowania zdrowia i życia
patronuje nam sam Sługa Boży.
Dziękuję za rozmowę.
