Hamulcowy polskiej dyplomacji

Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki, rozmawia Paulina
Jarosińska

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski przedstawił w Sejmie
informację w sprawie założeń polskiej polityki zagranicznej na kolejny rok. Jak
Pan ocenia to wystąpienie?

– Było to niewątpliwie hurraoptymistyczne exposé, co akurat nie dziwi, ponieważ
taki specyficzny entuzjazm wybija z każdej wypowiedzi pana ministra. To
kontynuacja narracji na temat polityki zagranicznej, która według Sikorskiego
jest pasmem sukcesów, a zarazem próba wmówienia opinii publicznej, że pozycja
Polski na arenie międzynarodowej jest silna. Kilka elementów bardzo mnie
uderzyło. Po pierwsze, nie uważam, aby wystąpienie szefa resortu spraw
zagranicznych inaugurujące debatę na temat polskiej dyplomacji zawierało
jakiekolwiek konkrety. Nie znalazłem w nim żadnego konstruktywnego argumentu
legitymizującego tezę, że polityka zagraniczna kierowana przez Radosława
Sikorskiego spowodowała, iż Polska ma naprawdę silną pozycję. Abstrahując od
tego, że takiej tezy nie da się obronić, minister nie potrafił operować żadnymi
konkretami. Zabrakło naświetlenia chociażby tego, kto jest naszym partnerem
strategicznym w zakresie energetyki, a przecież to jest niezwykle ważne pole
polityki zagranicznej. Padło mnóstwo słów, które jednak w żaden sposób nie
zarysowały nam obrazu strategii obecnego rządu w przestrzeni międzynarodowej.
Było to typowe dla obecnej ekipy rządzącej przemówienie o charakterze
propagandowym. Zapewnienia, że mamy silną pozycję w Europie, świetne relacje z
Rosją itp., naprawdę nie wystarczą do przekonania opinii publicznej, że nasz
kraj liczy się jako gracz polityczny na arenie międzynarodowej. Ani słowa o
bezpieczeństwie energetycznym, o sojuszu militarnym. Sikorski nie zaprezentował
nawet konkretów w tak eksponowanym przez obecny rząd temacie, czyli w relacjach
z Rosją. Było to bardzo ubogie przemówienie.

Sikorski stwierdził, że bilans ostatnich trzech lat dla stosunków
polsko-rosyjskich jest pozytywny. Jego zdaniem, sprawdziła się "zasada
wzajemności" jako podłoże dla tych relacji. Raport MAK, akta katyńskie, Gazociąg
Północny – z miejsca obalają tę tezę.

– Nie wiem, o jakim sukcesie mówił minister Sikorski. Ani sprawa śledztwa
smoleńskiego, ani recepcja raportu MAK, w którym jednostronnie winą obciążono
polską stronę, nie wpisują się w budowanie silnej pozycji naszego państwa w
stosunku do Rosji. Na czym polega ta dobra współpraca? O jakiej przestrzeni
współpracy mówił Sikorski? Chodziło o energetykę, gospodarkę? Tutaj nie może być
mowy o jakichkolwiek dobrych owocach relacji z Rosją. Dokonało się znaczne
przesunięcie akcentów w zakresie polityki regionalnej i trudno przedstawiać to w
kategoriach sukcesu. Powiem dość ostro: obecny rząd zdradził w pewnym sensie
sojusz z tymi państwami, które prezydent Lech Kaczyński dynamicznie wspierał.
Mówienie o jakiejkolwiek współpracy z Rosją, w dodatku w tak oderwany od
rzeczywistości sposób, jest chwytem czysto marketingowym, pustym, a w swym
wydźwięku nawet tragikomicznym. Nie uzyskaliśmy żadnych korzyści z odrzucenia
politycznego zaangażowania w regionie. Absolutnie żadnych. Skorzystała na tym
Rosja i na jej dyktat polski rząd przystał. Nie jesteśmy decydentami czy nawet
mediatorami na linii Rosja – Unia Europejska. A taką szansę mieliśmy. Co
najwyżej Unia podsuwa nam rozwiązania, na które oczywiście przystajemy. Polska
znowu stała się przedmiotem, a nie podmiotem. Jest coś, co zyskaliśmy, a co być
może Sikorski bał się wprost nazwać: tzw. święty spokój. Jednak za taką bierność
później trzeba płacić wysoką cenę. Utrata dynamiki, potrzeby bycia aktywnym
aktorem oraz partycypowania w polityce międzynarodowej spowodowała być może
również pozytywną opinię w zachodnich gremiach czy nawet w UE, ale jest to
"sukces" pozorny i kompletnie bezproduktywny.

"Są w Polsce ludzie, którzy na wiecznej wrogości do Rosji budują swoje
polityczne credo. My odrzuciliśmy logikę, według której wszystko, co złe dla
Rosji, musi być dobre dla Polski". Władimir Putin jakoś nie boi się forsować na
forum międzynarodowym swoich interesów, które – stosując retorykę Sikorskiego –
nie są dobre dla Polski. A premierowi Tuskowi na kilka dni odebrało mowę po tym,
jak gen. Anodina w oficjalnym dokumencie dosłownie zdeptała polską załogę i
dowódcę Sił Powietrznych.

– Stosowanie technik public relations w polityce wewnętrznej w celu pozbawienia
polityki treści, a okraszenia jej tylko spektakularną formą, jest czymś
nieuczciwym, ba, niebezpiecznym dla jakości życia publicznego. Natomiast
kreowanie w ten sposób polityki zagranicznej jest już czymś karygodnym. Mam
wrażenie, i zapewne nie tylko ja, że niestety na tym opiera swoje założenia w
tym zakresie szef polskiej dyplomacji. Retoryka propagandowa Sikorskiego
zadziwia przy tym nieumiejętnością (niechęcią?) trzymania się faktów.

Przemówienie pełne frazesów współgra jednak z polityką pustych gestów.
Sikorski wyraził radość, że dobrze o Polsce przez te ostatnie trzy lata pisały
najważniejsze zachodnie gazety…

– Sikorski zastosował agenda setting, czyli bardzo dobrze znany w marketingu
politycznym zabieg polegający na wybraniu kilku artykułów, które odpowiadają
jego tezie. Równie dobrze ja mógłbym wybrać konkretne teksty w niemniej
szacownej prasie zachodniej, które krytycznie odnosiły się do polityki Donalda
Tuska. Kolejny pusty chwyt. Ekspertów, komentatorów interesują inne źródła niż
wybrane artykuły w nawet największych dziennikach europejskich. Kluczowe są dane
na temat inwestycji, tego, co udało się wywalczyć dla kraju w ważnych
instytucjach unijnych. Wskaźniki pozaekonomiczne, czyli demograficzne czy
społeczne, także mogą być bazą do budowania wizerunku kraju. Jeżeli nie ma
faktów i konkretów, to się je konstruuje i przekonuje się potem opinię
publiczną, że coś jest, choć tego nie ma. Jest pewna granica, linia demarkacyjna
w operowaniu chwytami erystycznymi. Jeśli to przemówienie miało być kolejnym
takim chwytem, próbą pustej obrony własnego rządu, to niewątpliwie ten cel
został osiągnięty. Natomiast jeśli miało to być zaprezentowanie spójnej wizji
polityki zagranicznej, to Sikorski na tym polu poniósł porażkę.

Minister spraw zagranicznych jako sukces postrzega próbę reaktywacji Trójkąta
Weimarskiego, którą zainicjowano poprzez spotkanie Sarkozy – Merkel – Komorowski
w Warszawie. Słusznie?

– Na pewno reaktywacja była przedstawiana właśnie jako taki cel. Trudno jednak
dziś mówić o jakichkolwiek owocach tego spotkania i oczekiwać, że od dziś
Polska, Francja i Niemcy będą odczuwały wzmożoną wspólnotę interesów. Mówiąc o
tym, Sikorski kierował się raczej myśleniem życzeniowym. Platforma specjalizuje
się w tworzeniu spektakularnych, ale w gruncie rzeczy dość pustych eventów.
Spotkanie Trójkąta miało taki charakter. Nie poszły za tym przecież inne
posunięcia. Nie wykluczam, że taka reaktywacja nastąpi, ale jest zdecydowanie za
wcześnie, aby postrzegać to w kategoriach sukcesu w polityce międzynarodowej.
Świadczy to również o tym, jak słaba jest polska polityka zagraniczna, skoro
minister Sikorski musiał sukcesem nazwać próbę reaktywacji Trójkąta
Weimarskiego.

Pana zdaniem, rząd ma pomysł na polską prezydencję?
– Prezydencja może mieć bardzo pozytywne skutki dla kraju członkowskiego. Może
być sposobnością, aby państwa peryferyjne przestały być peryferyjnymi. W tym
celu organizowane są przeróżne fora i kongresy, ale konieczne jest również, aby
był pomysł na prezydencję. Moim zdaniem, może być to szansa dla Polski. Pytanie
– czy będzie wykorzystana? To, co zaprezentował minister spraw zagranicznych,
niestety nie daje na to nadziei. Polski rząd nie przedstawił swoich celów na
prezydencję – nie zaprezentował, o co ma zamiar walczyć i na jakich polach
planuje dokonać korekt. Ten czas może być po prostu zmarnowany. To nie powinien
być jeden wielki huczny raut.

Relacje z USA są przyjazne i dojrzałe – zapewnił Sikorski. To dość
enigmatyczne stwierdzenie…

– Relacje z USA są stabilne, ale to raczej skutek wieloletniej polityki.
Natomiast trzeba jasno powiedzieć, że została zmarnowana szansa na to, aby Stany
Zjednoczone zaangażowały się politycznie w naszym regionie, w dużej mierze przez
obawy przed reakcją Rosji. Polski rząd zastosował taktykę "ucieczkową", czyli
"lepiej nie zaogniać stosunków, Rosja jest blisko, Stany Zjednoczone daleko".
Podsumowując: dojrzałość, o której mówił Sikorski, nie może przeradzać się w
pasywność i marazm. Zresztą te dwie cechy charakteryzują w ogóle styl uprawiania
polityki zagranicznej przez Sikorskiego. Jest to strategia na przetrwanie. To
naprawdę za mało dla państwa w środku Europy. Podsumowując, polityka
międzynarodowa jest pewną grą interesów i każdy z graczy musi wykonywać jakieś
kroki, aby z tej gry nie wypaść. Oprócz pomysłu – "co", trzeba również wiedzieć
"jak". W przypadku obecnego rządu nie ma takiego pomysłu, mało tego, zdaje się,
że nie ma również determinacji, aby o nasz interes skutecznie zawalczyć.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj