Mówiono o nim „Król Podbeskidzia”
Zaczynał się grudzień 1947 roku. Był wieczór. Henryk Flame jechał samochodem
w towarzystwie znajomych do restauracji, w której miał wkrótce zginąć… W
tamtym roku komuniści zalegalizowali swoje rządy w sfałszowanych wyborach.
Bolesław Bierut został prezydentem, z kraju uciekł wicepremier Stanisław
Mikołajczyk, a po lasach wciąż walczyli jeszcze ci, którzy nie zgadzali się na
sowietyzację kraju i nie skorzystali z amnestii. Flame jeszcze kilkanaście
miesięcy wcześniej był wśród nich, nosił pseudonim "Bartek". Dowodził jednym z
najsilniejszych zgrupowań Narodowych Sił Zbrojnych. Był taki czas, że miał pod
sobą około trzystu partyzantów. Ludzie mówili o nim "Król Podbeskidzia".
Henryk Flame był przed wojną pilotem 2. pułku lotniczego w Krakowie. Podczas
kampanii wrześniowej walczył w 123. Eskadrze Myśliwskiej przydzielonej do
Brygady Pościgowej. Pod koniec września przekroczył granicę i został internowany
na Węgrzech. Udało mu się stamtąd uciec w następnym roku. Podczas okupacji
pracował na kolei i działał w konspiracji, m.in. w oddziale Armii Krajowej w
okolicach Wisły i Baraniej Góry. Gdy Czechowice zostały zajęte przez Armię
Czerwoną, Flame został komendantem posterunku milicji. Jednak długo nie zagrzał
tam miejsca. Zagrożony aresztowaniem, zbiegł do lasu, by początkowo z
dziesięcioma ludźmi tworzyć oddział Narodowych Sił Zbrojnych. Formacja zaczęła
się gwałtownie rozrastać. Zdobywano broń, rozbrajając posterunki Milicji
Obywatelskiej, Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego oraz wojska. Wiosną 1946 r.
zgrupowanie "Bartka" liczyło kilka oddziałów, w sumie blisko 300 żołnierzy.
Takiej siły komuniści nie mogli już lekceważyć, tym bardziej że partyzanci
likwidowali pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, konfidentów i partyjnych
aparatczyków.
Żołnierze "Bartka" nie tylko walczyli z przedstawicielami nowej władzy, lecz
także ostentacyjnie manifestowali swoją obecność. Przede wszystkim udało się im
to 3 maja 1946 r., gdy w Wiśle przedefilowali przed kapitanem "Bartkiem". Zanim
wyruszyli do Wisły, kapitan Flame powiedział swoim żołnierzom: "Dzisiaj
pojedziemy zająć Wisłę. Musimy to zrobić z pewnych względów. Pamiętajcie, musi
panować duża dyscyplina i ostrożność. W Wiśle kwateruje Wojsko Polskie i
Sowieci. Oddziały wejdą do Wisły, grupa 'Sztubaka’ osłania całość akcji. I
dodał: Zamanifestujemy naszą wolę służenia Ojczyźnie w dniu Święta Królowej
Polski!".
Wspomniany Antoni Biegun "Sztubak" tak opisywał wejście do Wisły: "W pierwszym
momencie ludzie byli zaszokowani, lecz gdy dowiedzieli się, że jesteśmy
partyzantami, zaczęto wiwatować. Tu i ówdzie odzywały się głosy, że wybuchło
powstanie. Ludność zaczęła nas częstować żywnością, obrzucać kwiatami i
całować".
"Bartek" odebrał defiladę. Przez plac w centrum miasteczka przemaszerowało około
stu leśnych. Następnie Flame przybliżył żołnierzom, a przede wszystkim
zgromadzonym cywilom cele walki z komunistami.
Świadków tego niezwykłego wydarzenia, w środku kraju opanowanego przez
komunistów, musiało być o wiele więcej.
Młody i zdolny
Pułkownik Henryk Wendrowski, tak jak i "Bartek" był żołnierzem Armii Krajowej.
Jednak Wendrowski należał do tych, którzy przeszli na drugą stronę barykady.
Konrad Świetlik, wiceminister bezpieczeństwa publicznego, w rozmowie z
reportażystą Henrykiem Piecuchem wyrażał się o nim w samych superlatywach:
"Młody, zdolny pracownik operacyjny, mający dobre kontakty z podziemiem…".
Wendrowski musiał być bardzo inteligentny. Trafnie scharakteryzował go historyk
dr Tomasz Kurpierz, pisząc o nim, że miał "bardzo dobry zmysł operacyjny,
rejestrował dużą liczbę szczegółów oraz szybko i na ogół trafnie potrafił
sporządzić psychologiczną charakterystykę poznanych osób". Nic w tym dziwnego,
skoro przed wojną studiował psychologię oraz… malarstwo.
Henryk Piecuch rozmawiał również z Wendrowskim w jego warszawskim mieszkaniu
przy ul. Kruczej, które wypełnione było książkami i obrazami, wśród nich
znajdowały się akwarele gospodarza. Piecuch zauważył, że pułkownik miał
delikatne dłonie, które jednak dzierżyły w przeszłości nie tylko pędzel, ale
również pistolet.
Podobno przeszedł na drugą stronę dobrowolnie, mieli go do tego namówić
przyjaciele jego ojca. Dzięki nim dostał pracę w Ministerstwie Bezpieczeństwa
Publicznego i tym samym ominęło go więzienie za działalność w "reakcji". To
tylko jedna wersja jego romansu z bezpieką. Inna mówi, że jeszcze wcześniej
został agentem NKWD.
Sieć gry operacyjnej – prowadzonej przez Departament III Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego oraz Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w
Katowicach – zarzucono na oddział NSZ kapitana Henryka Flamego "Bartka" w
połowie 1945 roku. Jej najważniejszym graczem, bo tym, który doprowadził do
eksterminacji oddziału, był właśnie Wendrowski – został on przedstawiony
"Bartkowi" jako kapitan "Lawina". Stało się to 7 sierpnia 1946 roku. Do
spotkania doszło w obozowisku oddziału na Baraniej Górze. Do tego momentu (już
od pół roku) Flame nie miał żadnego kontaktu ze swoim dowództwem.
Dopiero na drugi dzień po śniadaniu "Lawina" zdradził "Bartkowi" cel swojej
wizyty. Zaproponował Flamemu przewiezienie jego ludzi w rejon Jeleniej Góry.
Kończąc swój monolog, powiedział: "Argumenty podałem po to, aby przekonać, a
obecnie daję rozkaz jako władza przełożona, aby go wykonano".
Z tzw. Ziem Odzyskanych żołnierze mieli zostać przerzuceni przez zieloną granicę
do alianckiej strefy okupacyjnej.
Druga wizyta Wendrowskiego w partyzanckim obozowisku nastąpiła 20 sierpnia.
Najprawdopodobniej w tym czasie, a więc pomiędzy pierwszym a drugim spotkaniem
"Lawiny" z "Bartkiem", powstał dokument zatytułowany "Plan Likwidacji 'B’
którego autor (najpewniej Wendrowski) dokładnie opracował akcję "likwidacji", a
jej finał miał wyglądać tak: "Na punkcie likwidacyjnym otrzymują wszyscy sute
porcje wódki i jedzenia i idą spać. Likwidacja nastąpi we śnie i przeprowadzi ją
grupa naszych ludzi (20), która dotychczas spełniała rolę ochrony punktu z
ramienia Okręgu Opolskiego NSZ".
Gdy Wendrowski ponownie dotarł na Babią Górę, tam przed głównym namiotem powitał
go Flame, a za jego plecami stali podkomendni w szeregu. "Bartek" wydaje rozkaz
żołnierzom:
"Baczność! Na prawo patrz!".
Kapitan "Lawina" jest przyjęty z honorami. Wendrowski raportował potem, że
"zaprosił" oficerów do namiotu i tam przemawiał do nich około dwóch godzin.
Wywiązała się również rozmowa. Jej tematem była "sytuacja polityczna, którą
przedstawiłem jako nie bardzo korzystną dla NSZ, a która wymaga specjalnego
podejścia do konspiracji i w ogóle do zmiany dotychczasowej taktyki…".
Wendrowski był już wtedy pewny, że ma przewagę nad swoim przeciwnikiem. Jako
niedoszły psycholog i świetny obserwator zdawał sobie sprawę z tego, że "Bartek"
i większość jego oficerów wykona "rozkaz" wyimaginowanego dowództwa. Owszem,
Flame miał jakieś wątpliwości, ale Wendrowski szybko je rozwiał, mówiąc mu, że
jego dowództwo zamierza przerzucić do Norymbergii w celu dalszego kształcenia.
Jestem kapitan "Bartek"
Dzięki Tomaszowi Greniuchowi, biografowi Henryka Flamego, wiemy mniej więcej,
jak wyglądał jego ostatni dzień życia i co się wydarzyło w restauracji w
Zabrzegu k. Czechowic-Dziedzic tamtej nocy, 1 grudnia 1947 roku.
Wieczorem Flame skończył pomagać Wiktorowi Cimali w pracy nad żelaznymi drzwiami
do kościoła św. Katarzyny. Choć pracowali od godz. 14.00, Wiktor nie miał ochoty
na odpoczynek. Wolał przejść się z Henrykiem, wiedząc, że po drodze będą musieli
minąć knajpę Kozika, w której wychylą po kuflu piwa. Spotkali tam znajomych. Po
jakimś czasie towarzystwo przeniosło się do innego lokalu. Było ok. godz. 12.00,
gdy z samochodu zaparkowanego przed restauracją prowadzoną przez Józefa Czyloka
wysiadło kilka osób.
Gdy tylko Drapacz z miejscowej milicji zobaczył Flamego w drzwiach, natychmiast
pobiegł na posterunek, by o tym zameldować. Komendant Dolaciński ściągnął pas,
poprawił kaburę i razem z podkomendnym poszedł do restauracji.
– Zabrzeg to mała miejscowość. Tam wszyscy się znali, choćby ze szkoły. Flame
nie był tam postacią anonimową, ludzie musieli znać jego przeszłość, a tym
bardziej milicja – podkreśla dr Tomasz Kurpierz, historyk z katowickiego
oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.
Dochodziła godzina wpół do dziesiątej w nocy, gdy Flame dostrzegł Dolacińskiego
przy barze. Podszedł tam wolnym krokiem. Być może właśnie tak wyglądała ich
rozmowa:
– Witam, towarzysza komendanta. Zapraszam do naszego stolika. Tam jest weselej
niż z tymi ponurakami.
Dolaciński zdusił papierosa pod butem i stanowczo wycedził przez zęby:
– Muszę odmówić. Po pierwsze, jestem na służbie – komendant jakby na
potwierdzenie swych słów klepnął dłonią po kaburze. – Po drugie… – Dolaciński
zawiesił na chwilę głos. – Nie piję z nieznajomymi.
Ostatnie stwierdzenie milicjanta musiało urazić Flamego, który wyprężony jak
struna przedstawił się komendantowi.
– Jestem kapitan "Bartek"!
Na chwilę przycichły rozmowy, bo przecież, choć nikt o tym głośno nie mówił,
wszyscy wiedzieli, że ten niespełna trzydziestoletni mężczyzna jeszcze
kilkanaście miesięcy temu dowodził najsilniejszym na tym obszarze zgrupowaniem
Narodowych Sił Zbrojnych, o których prasa nie pisała inaczej, jak tylko
"faszyści" lub "zbrodniarze", a Bolesław Bierut charakteryzował ich słowami:
"Wrogowie Polski i wrogowie pokoju w postaci agentów faszystowskich Andersa i
band leśnych NSZ, reakcjoniści otwarci i zamaskowani, chroniący w duszy starą,
zaskorupiałą wrogość do ZSRR, nie chcą widzieć tych codziennych, szlachetnych
objawów wzajemnego sąsiedzkiego współżycia naszych narodów".
Flame wrócił do swojego stolika, a biesiadnicy do rozmów.
Czylok nie zamknął knajpy o dwudziestej drugiej, jak to miał w zwyczaju.
Poprosił go o to komendant, który podobno bał się awantury na dworze.
Dwóch świadków
O wiele łatwiej było zamordować blisko 170 żołnierzy NSZ, niż zatrzymać ich,
poddać śledztwu, a następnie zasądzić dla wszystkich karę śmierci. O wiele
szybciej można było się ich pozbyć w wypróbowany, "katyński" sposób.
Wyjechały trzy transporty, a w nich najprawdopodobniej około 170 żołnierzy ze
zgrupowania "Bartka". Odbywały się one od 5 do 25 września 1946 roku. O tym, co
działo się potem, mówią dwie relacje.
Żołnierz "Bartka", Andrzej Bujok "Jędrek", był w jednym z transportów.
"Mimo jesiennej pory było bardzo ciepło. Samochody zajechały pod 'pałac’ i
obstawa poleciła wysiadać na nocleg. Zakwaterowano nas w parterowym budynku
dawnej powozowni. Podano kolację, obficie uraczono wódką. Potem wszyscy ułożyli
się na słomie rozścielonej na podłodze i zasnęli. Ludzie 'Lawiny’ trzymali
straż" – opowiadał kolegom.
"Jędrek" nie mógł zasnąć, tak samo jak i jego kolega Władysław Nowatorski
"Lotny". Nerwy zrobiły swoje. Dlatego postanowili, że wejdą na strych, gdzie
powinno być więcej świeżego powietrza.
"Nad ranem, gdy się rozwidniło, obudziły nas krzyki i serie wystrzałów z
karabinów maszynowych. Na dole, pod śpiącymi ktoś podpalił słomę. Koledzy
wyskakiwali przez okna, gdzie koszono ich długimi seriami z broni automatycznej"
– wspominał "Jędrek".
W końcu, gdy po wielu godzinach ukrywania się na strychu wokół zaległa cisza,
gdy dojechały samochody, wyczołgali się z trocin i zeszli na dół. Niestety, tam
cały czas pilnowano terenu. "Lotny" dostał śmiertelny strzał. "Jędrek" miał
więcej szczęścia. Schronienia szukał wśród drzew. Biegł obok ruin jakiejś
kaplicy przez zarośnięty rów. W końcu dotarł do ściany lasu. Był uratowany. Gdy
po kilku dniach opowiedział kolegom z oddziału o tym, co się stało, nie chcieli
mu wierzyć.
Druga relacja pochodzi od byłego ubeka Jana Fryderyka Zielińskiego, który
zeznając w latach 90., mówił m.in.:
"W nocy otoczyliśmy cały teren, a nad ranem przystąpiliśmy do akcji. (…)
Osowski Włodzio nożem fińskim zasztyletował wartownika z grupy 'Bartka’,
stojącego przy głównym wejściu. Następnie ktoś, z tym że nie wiem, kto, ale
raczej z tych ruskich cywilów, wrzucił przez otwory okienne do dwóch pomieszczeń
dwa granaty przypominające dużą kilogramową puszkę z ręcznym uchwytem. Rozległ
się straszny huk. Po wybuchu większość ludzi jednak żyła. Zaczęli uciekać. Cały
teren był otoczony. Wszyscy zostali wyłapani".
Ci, którzy przeżyli, musieli rozebrać się do naga. Pojedynczo byli prowadzeni do
dołu głębokiego na około trzy, cztery metry. Tam mordowano ich strzałem w tył
głowy. Według Zielińskiego, mieli to robić Sowieci. Po egzekucji ubrania
zastrzelonych oblano benzyną i spalono. Do dołów z trupami, zanim je zasypano,
wrzucono "nieśmiertelniki". Zieliński nie wiedział jednak, czy były to blaszki
niemieckie czy sowieckie, na pewno było ich tyle sztuk, co zabitych.
Musiał zginąć
W marcu 1947 r. Flame przeszedł do legalnego życia, ujawnił się przed władzami.
Wtedy, być może dręczony wyrzutami sumienia, postanowił odszukać groby swoich
żołnierzy. Razem z "Anuszką" pojechał w okolice Barutu. "Bartka" kojarzył
tamtejszy leśniczy, znali się jeszcze z czasów, gdy leśniczy pracował jako
gajowy na Baraniej Górze. To on musiał mu powiedzieć o grobach.
Mężczyźni razem poszli do lasu, "Anuszki" nie zabrali ze sobą. Nigdy nie dowiemy
się, co zobaczył wtedy "Bartek". Jedno jest pewne, gdy wyszedł z lasu, był
bardzo przejęty.
Na kilka lub kilkanaście minut przed swą śmiercią "Bartek" miał powiedzieć, że
nic go już nie cieszy na tym świecie, a żyje jeszcze dlatego, że ma tutaj dzieci
i matkę.
Około godz. 23.00 strzały z broni przecięły rozmowy w knajpie w Zabrzegu. Wielu
z tych, którzy tam wtedy byli, po raz pierwszy zobaczyło martwego człowieka.
Niedaleko kominka, przy stole leżał mężczyzna z odrzuconymi w bok rękami, który
nie skończył jeszcze trzydziestu lat.
Do "Bartka" strzelał milicjant Rudolf Dadak. Pytany, dlaczego to zrobił, miał
odpowiedzieć:
"Nie mogę znosić, by tacy wrogowie demokracji, którzy przed niedawnym czasem
strzelali do milicjantów, chodzili teraz bezkarnie".
Co pchnęło Dadaka do morderstwa? Niestety, dziś możemy jedynie snuć na ten temat
domysły.
– Nigdy nie znalazłem dokumentów, które potwierdzałyby hipotezę, że czyn Rudolfa
Dadaka był zaplanowany przez bezpiekę, choć oczywiście nie można tego wykluczyć.
Relacje z drugiej, trzeciej ręki, mówią o tym, że żołnierze Narodowych Sił
Zbrojnych zabili brata Dadaka. Być może ten wątek osobisty doprowadził do
zabójstwa? Przełożeni Dadaka wiedzieli o tym i podpuścili go, by zastrzelił
Henryka Flamego – mówi dr Tomasz Kurpierz.
Dadak stanął przed sądem, jednak postępowanie przeciwko niemu zostało umorzone,
ponieważ w chwili popełnienia przestępstwa "nie mógł rozpoznać znaczenia czynu i
pokierować swoim postępowaniem z uwagi na chorobę psychiczną". Nie wiadomo, co
się później działo z zabójcą "Bartka".
– Nic pewnego nie wiemy o jego śmierci. Być może faktycznie zginął pod kołami
pociągu? – zastanawia się dr Kurpierz. Według innych, wyjechał na tzw. Ziemie
Odzyskane, by uniknąć zemsty ze strony niepodległościowego podziemia.
O "Bartku" wciąż pamiętają, choćby w Wiśle, Szczyrku czy Zabrzegu. W grudniu
ubiegłego roku na ścianie restauracji "Pod Zaporą", gdzie zginął Flame,
odsłonięto tablicę z napisem: "W tym budynku w dniu 1 grudnia 1947 r. został
zdradziecko zamordowany dowódca zgrupowania "Bartek" VII Okręgu Śląskiego
Narodowych Sił Zbrojnych kpt. Henryk Flame. Cześć jego pamięci".
"To było pospolite morderstwo, nie egzekucja. 'Bartek’ był człowiekiem
stworzonym do dowodzenia. Rzutki, energiczny, a przede wszystkim ludzki. O jego
śmierci dowiedziałem się dopiero rok później. Trudno było nam to pojąć. Przecież
to działo się już po ujawnieniu" – powiedział reporterowi "Dziennika
Zachodniego" dziewięćdziesięcioletni Władysław Foksa z Żywca, żołnierz "Bartka",
który dowodził jedną z siedemnastu grup zgrupowania utworzonego przez kapitana
Flamego.
Co roku, 1 grudnia w czechowickim kościele św. Katarzyny odprawiana jest Msza
Święta w intencji "Bartka". Świątynia jest wówczas zawsze pełna.
Niestety, historycy oraz prokurator IPN nie są obecnie w stanie wskazać
jednoznacznie odpowiedzialnych za podjęcie decyzji o zabiciu partyzantów z
oddziału "Bartka". W czerwcu ubiegłego roku umorzono śledztwo w tej sprawie.
– Poszukiwania ciał zamordowanych żołnierzy ze zgrupowania "Bartka" nie
przyniosły żadnych rezultatów. Zarówno w Hubertusie k. Barutu, między Gliwicami
a Strzelcami Opolskimi, jak i w granicach dzisiejszego województwa opolskiego. W
przypadku Hubertusa być może ciała spalono, a kości gdzieś wywieziono? Może ich
trupy potraktowano jako ciała żołnierzy niemieckich lub sowieckich? Tego,
niestety, nie wiemy – przyznaje dr Tomasz Kurpierz.
Zasłużony dyplomata
Wendrowski został przesłuchany w październiku 1993 roku. Mówił wtedy śledczym:
"Po moich meldunkach w UBP w Katowicach, którego szefem był wówczas pułkownik
Kratko, wystąpił z propozycją likwidacji zgrupowania 'Bartka’, to jest tych
ludzi, którzy byli najbardziej niecierpliwi w ten sposób, że pod pozorem
ewakuacji na Zachód, zostaną przewiezieni do UB w Katowicach i aresztowani.
Otrzymałem rozkaz zawiadomienia 'Bartka’, że w określonym czasie i miejscu,
część jego ludzi zostanie samochodami ewakuowana na Zachód, z tym że
informowałem ich zgodnie z otrzymanymi instrukcjami, że będą dowiezieni do
granicy zachodniej. Na tym skończyło się moje zadanie w zgrupowaniu
'Bartka’…".
Wendrowski nigdy nie przyznał się do tego, że znał plan likwidacji, a tym
bardziej do jego napisania. Twierdził, iż był przekonany o postawieniu żołnierzy
NSZ przed sądem.
Podobno gdy Henryk Wendrowski zmarł w drugiej połowie lat 90., wnętrza gmachu
Ministerstwa Spraw Zagranicznych przy Alei Szucha oblepione były dość długo
klepsydrami wspominającymi zasłużonego dyplomatę. Wendrowski za swoją służbę
został nagrodzony pod koniec lat 60. stanowiskiem ambasadora w Danii.
Sebastian Reńca
Autor opublikował niedawno "Z cienia. Powieść o żołnierzach wyklętych"
(Wydawnictwo Fronda) oraz zbiór opowiadań o działaczach opozycji z lat 80.
"Wiktoria" (Stowarzyszenie Pokolenie).
W trakcie pisania korzystałem m.in. z prac: T. Kurpierza, P. Piątka, "Dobić
wroga. Aparat represji wobec podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i
Żywiecczyźnie 1945-1947", Katowice – Kraków 2007; S.M. Jankowskiego, "Operacja
'Lawina’" "Zeszyty Katyńskie" 1999, nr 10, s. 117-154.
