„Wypożyczyć” może znaczyć odtajnić

Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego może
"wypożyczać" od Wojskowej Prokuratury Okręgowej materiały dotyczące katastrofy
smoleńskiej – dowiedział się "Nasz Dziennik". Taki proceder miał miejsce m.in. w
sierpniu. – Oddawanie jakimkolwiek innym podmiotom konkretnych materiałów
śledztwa spowalnia je, opóźnia pracę prokuratury. Wypożyczanie jakichkolwiek
materiałów objętych tajemnicą śledztwa naraża je na zniszczenie i stwarza ryzyko
przecieku z akt – zaznaczają prawnicy.

Kto ma dostęp do akt
Pułkownik Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy naczelnego prokuratora wojskowego,
stwierdził z kolei, że wypożyczanie dokumentów prokuratorskich przez komisję
Jerzego Millera jest jak najbardziej możliwe i w niczym nie odbiega od
dotychczasowych praktyk. Warunkiem jest to, żeby materiały nie były opatrzone
klauzulą tajności. – To się działo i nadal dzieje, bo jest to naturalne w tego
typu badaniach wypadków lotniczych. Pewne dokumenty, które znajdują się w gestii
prokuratury, komisja również chce wykorzystać w swoich badaniach, dlatego zwraca
się do nas o te dokumenty. Decyzję w tej kwestii zawsze podejmuje prokurator
prowadzący śledztwo – twierdzi Rzepa. Rzecznik NPW powiedział jednocześnie, że
nie ma żadnych terminów, które ograniczałyby komisję w korzystaniu z materiałów
otrzymanych z prokuratury. Rzepa stwierdził, że również prokuratura korzysta
niejednokrotnie z pomocy instytucji zajmujących się badaniem konkretnych typów
wypadków. Gwarantują to jej przepisy kodeksu postępowania karnego. Chodzi o art.
156 kpk, w myśl którego: "Stronom, (…) obrońcom, pełnomocnikom i
przedstawicielom ustawowym udostępnia się akta sprawy sądowej i daje możność
sporządzenia z nich odpisów. Za zgodą prezesa sądu akta te mogą być udostępnione
również innym osobom". Jednocześnie ten sam artykuł stanowi, że prokurator może
odmówić zgody na udostępnienie akt stronom wówczas, "gdy zachodzi uzasadniona
obawa, że narażałoby to na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia
pokrzywdzonego lub innego uczestnika postępowania, groziłoby zniszczeniem lub
ukryciem dowodów albo tworzeniem dowodów fałszywych, groziłoby uniemożliwieniem
ustalenia i ujęcia współsprawcy czynu zarzucanego podejrzanemu lub sprawców
innych czynów ujawnionych w toku postępowania, ujawniałoby prowadzone czynności
operacyjno-rozpoznawcze lub zagrażałoby utrudnieniem postępowania
przygotowawczego w inny bezprawny sposób". Prawnicy podtrzymują argumentację
prokuratury, zaznaczają jednak, że każde udostępnienie akt sprawy, każde
przekazanie ich innej instytucji wiąże się z ryzykiem wycieku z akt. – To
prokurator ocenia i podejmuje decyzje o przekazaniu konkretnych dokumentów.
Jeżeli komisja ma pracować na danym materiale, ponosi wtedy odpowiedzialność za
ewentualne ujawnienie tajemnicy śledztwa, którą są objęte dokumenty procesowe –
zauważa mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik części rodzin ofiar smoleńskich. – To
prokurator musi ocenić, jakie jest ryzyko ewentualnego wycieku, czy je
przyjmuje, czy też ze względu na dobro śledztwa tego nie robi – dodaje prawnik.
Zdaniem mec. Piotra Pszczółkowskiego, wszystkie akta sprawy powinny zawsze
znajdować się tylko i wyłącznie w samej prokuraturze. – A jeżeli komisji zależy
na pewnych materiałach, to niech przyjdą do prokuratury jako petenci i wykonają
odpowiednie kopie. Kodeks postępowania karnego to umożliwia. Śledztwo prowadzi
jednak tylko prokuratura. Komisję tworzą urzędnicy – oni nie są od prowadzenia
śledztwa w ścisłym tego słowa znaczeniu. To prokuratura powinna mieć komplet
materiałów i za nie odpowiadać. A co, jeżeli te dokumenty, będąc w komisji, po
prostu znikną? Kto da wtedy za to głowę? Poza tym oddawanie konkretnych
materiałów śledztwa spowalnia je, opóźnia pracę prokuratury – mówi
Pszczółkowski.

 

Anna Ambroziak

drukuj