Pokuta dla salonowców-michnikowców
Rozpoczął się Wielki Post, więc pora pomyśleć o pokucie. Świętej pamięci
ksiądz Bronisław Bozowski z kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu
w Warszawie mawiał, że pokuta to metanoia, czyli przemiana – ale gdzieżby tam
salonowcom stawiać poprzeczkę aż tak wysoko? O żadnej przemianie w ich przypadku
mowy być nie może, bo powiedzmy sobie szczerze – w co właściwie mógłby
przemienić się salonowiec? Przecież tak naprawdę to on nie istnieje i gdyby panu
red. Michnikowi któregoś dnia zepsuł się telefon, to taki jeden z drugim w ogóle
nie wiedziałby, co myśli. Bardzo dobrze ilustruje tę przypadłość instrukcja red.
Sroczyńskiego, który w "Gazecie Wyborczej" poucza tamtejszych półinteligentów,
że "obowiązkowo" muszą zapoznać się z kolejną hagiografią Jacka Kuronia.
Skoro zatem w przypadku salonowców-michnikowców, częściowo – dawnych
stalinowców – o żadnej metanoi mowy być nie może, zatem jedyną formą pokuty może
być dla nich udręka ponownego przeżywania tak zwanych wstydliwych zakątków. Na
przykład – Rywin znowu przychodzi do Michnika, a ten – niczym Hapon podczas
spotkania z prowokatorem Raczkowskim – niby to go serdecznie ściska, ale tak
naprawdę sprawdza, czy gość nie ma pod marynarką ukrytego magnetofonu. Potem
cichcem uruchamia własny, później – prowadzi słynne "dziennikarskie śledztwo", a
kiedy premier Miller nie daje się nabrać na takie plewy – ogłasza w swojej
gazecie moralizanckie ajwaj, które doprowadza do takiej dekompozycji
magdalenkowej sitwy, że aż w tę polityczną próżnię wślizguje się Jarosław
Kaczyński i trzeba pełnej mobilizacji razwiedki ("Tusku musisz!"), by sytuacja
znowu znalazła się pod kontrolą. Przeżywać to wszystko jeszcze raz – co za
udręka, co za wstyd!
A tymczasem wygląda na to, że jednak będzie trzeba – a to za sprawą Jana
Pospieszalskiego, który nakręcił film o "młodych, wykształconych", którzy na
wezwanie pewnego kuchcika "skrzyknęli się" na Krakowskie Przedmieście, by
obsikiwać ustawiony naprzeciw Pałacu Namiestnikowskiego krzyż i nagabywać
modlące się pod nim kobiety. Jak pamiętamy, salonowcom-michnikowcom spodobało
się to do tego stopnia, że rozpisywali się o tym w swojej gazecie jak o powiewie
"świeżego powietrza", jakie za sprawą alfonchów ze złotymi łańcuchami z tombaku
na wypasionych karczychach pojawiło się na Krakowskim Przedmieściu – aż dopiero
ktoś starszy i mądrzejszy trochę ich zmitygował. 17 marca film ma być pokazany,
więc salonowcy będą mieli okazję przeżycia tych wzruszeń jeszcze raz. Powiedzmy
sobie szczerze – pokuta niezbyt sroga, bo chrześcijański Pan Bóg – wiadomo –
litościwy i miłosierny, więc oszczędził panu redaktorowi Michnikowi przeżyć
związanych z ewentualną zmianą nastrojów, a właściwie – rozkazów, jakie "młodym,
wykształconym" od "świeżego powietrza" mogliby w razie czego wydać oficerowie
prowadzący i którzy wtedy poszliby na ulicę Czerską, domagając się czegoś.
Akurat niedawno na Dworcu Gdańskim odbywały się liturgie związane z wyjazdami z
cudnego raju, z jakich w 1968 roku skorzystało sporo dawnych stalinowskich
zbrodniarzy, by na "zgniłym Zachodzie" obcinać kupony – tym razem z powodu
męczeństwa doznanego od "polskiego antysemityzmu" – więc precedens jest.
Chrześcijański Pan Bóg wprawdzie oszczędził, ale być może – tylko na razie – bo
wszystko zależy od tego, jak bardzo pan red. Michnik się w swojej
zatwardziałości zapamięta. Jeśli wykaże taką samą zapamiętałość, jaką
nieboszczyk Jacek Kuroń miał do wódki, to wszystko się może zdarzyć, a w takiej
sytuacji film Jana Pospieszalskiego można uznać nie tylko za pokutę, ale i za
przestrogę, że siekiera już do pnia przyłożona.
Stanisław Michalkiewicz
