Jak Turowski przygotowywał wizytę
Przesłuchania Tomasza Turowskiego, byłego ambasadora tytularnego RP w
Moskwie, chce parlamentarny zespół ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej.
Zdaniem jego szefa Antoniego Macierewicza, relacja mężczyzny byłaby pomocna w
ustaleniu szczegółów dotyczących przygotowań do wizyty delegacji prezydenckiej w
Katyniu.
– Tomasz Turowski, ambasador tytularny Polski w Moskwie, wcześniej
zakonspirowany agent w klasztorze jezuitów, człowiek, który był w Watykanie w
dniu zamachu na Ojca Świętego Jana Pawła II, został oddelegowany do
przygotowania wizyty smoleńskiej. Dziwi mnie to, że kancelaria prezydencka nie
wiedziała wcześniej o jego zaangażowaniu w przygotowanie tej wizyty – mówiła
poseł PiS Jadwiga Wiśniewska. W ten sposób odniosła się do stwierdzenia Adama
Kwiatkowskiego, eksperta w gabinecie szefa Kancelarii Prezydenta RP Lecha
Kaczyńskiego, który był w Smoleńsku w dniu katastrofy, a którego relacji
wysłuchał wczoraj zespół smoleński. Kwiatkowski stwierdził enigmatycznie, że nie
wie nic na temat uczestniczenia Turowskiego w przygotowaniach wizyty delegacji
prezydenckiej w Smoleńsku, a jego kontakty z ambasadorem tytularnym w Moskwie
ograniczyły się tylko do krótkiego wzajemnego przedstawienia się sobie. – Ja nie
uczestniczyłem w pracach zespołu przygotowującego wizytę w Smoleńsku. Osobą,
która z ramienia Kancelarii Prezydenta koordynowała te prace, była pani
Katarzyna Doraczyńska, która zginęła w katastrofie – mówił Kwiatkowski. – Skoro
nic bliższego o roli pana Turowskiego nie wiadomo, jeśli chodzi o
przygotowywanie wizyt: 7 i 10 kwietnia, to wydaje się konieczne zaproszenie go
na posiedzenie zespołu, by wyjaśnił nam wszystkie szczegóły, w tym przede
wszystkim to, dlaczego w ogóle doszło do rozdzielenia obu wizyt – podkreśliła
Wiśniewska. Jak zaznaczył na wczorajszym posiedzeniu zespołu smoleńskiego jego
przewodniczący Antoni Macierewicz, zaproszenie do byłego ambasadora w Moskwie
Jerzego Bahra zostało już wysłane. Macierewicz zapewnił, że kolejne w
najbliższym czasie wystosuje do Tomasza Turowskiego. – Zaproszenie zawsze można
wysłać. Jeżeli pan Turowski nie ma nic do ukrycia, być może się stawi –
komentuje krótko Karol Karski, wiceszef Komisji Spraw Zagranicznych. Zdaniem
Witolda Waszczykowskiego, byłego zastępcy szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego,
Turowski na posiedzenie zespołu się nie stawi. – Sądzę, że będzie się zasłaniał
tym, że toczy się śledztwo IPN. W tej chwili jest on jednym z głównych
podejrzanych, który mógł knuć jakąś intrygę przynajmniej w sprawie rozdzielenia
wizyt prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska. Ale nie zakładam,
by do czegokolwiek się przyznał – jeśli oczywiście ma coś na sumieniu – jeśli
chodzi o tragedię smoleńską – twierdzi Waszczykowski.
Błędne współrzędne pasa
Z relacji przedstawionej wczoraj przez Adama Kwiatkowskiego wynika, iż
pięcioosobowa grupa, która z ramienia Kancelarii Prezydenta przygotowywała
wizytę 10 kwietnia (w jej skład wchodziła m.in. Katarzyna Doraczyńska), była
gorzej traktowana przez stronę rosyjską niż ta przygotowująca wizytę premiera
Donalda Tuska wyznaczoną na 7 kwietnia. Chodziło m.in. o różnice w
zakwaterowaniu podczas pobytu w Moskwie w marcu ubiegłego roku. Jak wynika z
relacji Kwiatkowskiego, grupa z Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego podczas
swego pobytu w Moskwie była wyłączona z udziału w większości spotkań z
przedstawicielami strony rosyjskiej. Nie mogła też przeprowadzić rekonesansu na
lotnisku Siewiernyj. Według jego relacji, załoga Jaka-40, który wylądował na
Siewiernym przed Tu-154, podnosiła w rozmowie z nim, że podczas zbliżania do
lotniska urządzenia pokładowe wskazywały współrzędne pasa startu i lądowań w
zupełnie innym miejscu, niż znajdował się on w rzeczywistości. Co więcej, pilot
skorygował te błędy dopiero po wyjściu z chmur i dlatego bezpiecznie wylądował
na lotnisku. – Rozmawialiśmy też o tym, dlaczego tak się stało, że samolot
rozbił się zupełnie z boku od pasa. Oni (załoga jaka) twierdzili wtedy, że
prawdopodobnie było to spowodowane uderzeniem w drzewo, co zmieniło tor jego
lotu. Zasugerowałem, że byłoby to zbyt duże przesunięcie, żeby samo uderzenie
maszyny je powodowało. Po dwóch godzinach, kiedy panowała już piękna pogoda i
wystartowaliśmy jakiem ze smoleńskiego lotniska do kraju, podszedł do mnie jeden
z pilotów i stwierdził, że miałem rację i że niemożliwie, by samolot tak zboczył
z kursu po uderzeniu w drzewo – mówił wczoraj Kwiatkowski. Z jego relacji
wynika, że kpt. Artur Wosztyl, dowódca jaka, stwierdził wówczas, że jest
nierealne, by tupolew podchodził do lądowania czterokrotnie. Jeśli lotnisko nie
jest zamknięte, samolot ma prawo wykonać tylko dwa podejścia. Nie ma też nic
dziwnego w tym, że pilot schodzi do wysokości decyzji (tak zrobił mjr Arkadiusz
Protasiuk), by podjąć decyzję o ewentualnym lądowaniu lub odejściu. Jak
zaznaczył rozmowie z "Naszym Dziennikiem" pilot kpt. Michał Wiland (7 tys.
godzin nalotu, w tym 4,5 tys. na Tu-134) urządzenia pokładowe mogą rzeczywiście
nieprecyzyjnie określić miejsce pasa, ale wtedy jest to najczęściej efekt
rozstrojenia bliższej lub dalszej prowadzącej radiolatarni. Urządzenia pokładowe
odczytują wtedy inny kąt ścieżki schodzenia oraz inny kurs podejścia. W efekcie
następuje odchylenie samolotu. Innym sposobem na dezinformowanie w tym względzie
załogi może być też umieszczenie w dalszej odległości od lotniska urządzeń,
które naprowadzałaby samolot na "fałszywy" pas.
Podczas wczorajszego posiedzenia zespołu posłowie zobaczyli pierwsze efekty prac
nad komputerową rekonstrukcją wraku samolotu. Pokazano rysunki z oznaczonymi
częściami wraku, które udało się zidentyfikować na zdjęciach robionych na
miejscu katastrofy niedługo po niej. – Ponieważ nie mamy wraku, nie mamy pomocy
urzędników pana premiera, w związku z tym postanowiliśmy ze zdjęć robionych w
odległości czasowej jak najkrótszej – godzinę, dwie, trzy po katastrofie, wtedy
kiedy te części nie były jeszcze ruszone – zrekonstruować, jak one wyglądałyby
na korpusie samolotu, i ustalić, które z nich były najbardziej narażone na
oddziaływanie zewnętrzne – mówi Macierewicz. Zaznaczył, że prace są "na etapie
dosyć zaawansowanym". Zastrzegł jednak, że jest za wcześnie na mówienie o
wnioskach. – Wygląda na to, że najbardziej rozpadły się części pod śródpłaciem,
tak jakby tam nastąpiło jakieś rozerwanie – stwierdził Macierewicz. Eksperci
współpracujący z zespołem dokonali już rekonstrukcji prawej burty samolotu oraz
części lewej. – Identyfikujemy części samolotu po to, by uzyskać całą wiedzę na
temat tego, jak on wyglądał w momencie katastrofy, jaką częścią uderzył w
ziemię. Na razie wszystko wskazuje na to, że przednia część samolotu, od kokpitu
do skrzydeł, leżała w normalnej pozycji, czyli podwoziem do ziemi. Żadna część
samolotu nie była wryta w ziemię więcej niż na głębokość 10 centymetrów – mówi
Macierewicz.
Anna Ambroziak
