Kampania szansą dla PiS
Z dr. Rafałem Matyją, politologiem, rozmawia Bogusław Rąpała
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że na listach wyborczych Platformy
Obywatelskiej znajdzie się miejsce również dla Mirosława Drzewieckiego.
Symptomem jakich patologii drążących polski system polityczny byłoby jego
kandydowanie?
– Może to oznaczać dwie rzeczy. Po pierwsze, dla Platformy lepiej jest mieć
Drzewieckiego "na pokładzie" niż poza nim, ponieważ być może mógłby ujawnić
jakieś sekrety, chociażby dotyczące finansowania partii, której był skarbnikiem.
Mogłyby się one okazać bardzo niewygodne dla obecnego kierownictwa PO. Ale
istnieje też druga możliwość. W momencie, kiedy Donald Tusk odwoływał go z
funkcji ministra sportu, złożył zapewnienie, że jeśli w jego sprawie nie
zapadnie prawomocny wyrok skazujący, pozostanie w Platformie i będzie miał
miejsce na jej listach. Być może teraz właśnie Tusk wypełnia to zobowiązanie.
U części dotychczasowych zwolenników Platformy może wywołać to pewną
konsternację. Co jeszcze może spowodować spadek poparcia dla ekipy Tuska?
– Jeśli zastanowimy się nad tym, jak zachowują się wyborcy, to widzimy, że wpływ
na poparcie przez nich danej partii ma cały splot różnych czynników. Rzadko
kiedy o spadku tego poparcia decyduje jeden element. Sądzę, że w przypadku PO na
te czynniki składa się przede wszystkim to, że Platforma na co dzień z
rządzeniem po prostu sobie nie radzi. Widać to szczególnie dobrze na takich
przykładach, jak chociażby sprawa ministra Grabarczyka czy poczucie, że stan
finansów publicznych jest znacznie gorszy, niż się spodziewano, i że trzeba
sięgnąć do OFE. No i wreszcie w miarę stały element, który się na to wszystko
nakłada, to ten, że część sympatyków PO mogła po prostu do tej pory wierzyć
Tuskowi, iż sprawa dotycząca wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej jest na dobrej
drodze. Teraz okazało się, że tak nie jest, a premier po prostu nie panuje nad
tym wszystkim. Te czynniki pokazują również, że wizerunek Platformy był do tej
pory mocno na wyrost w stosunku do jej rzeczywistych zdolności rządzenia.
Czy możemy powiedzieć, że wielbicieli postpolityki z PO dopadła właśnie
polityka? W końcu stosunki międzynarodowe rządzą się twardymi zasadami
politycznymi, a ekonomia nie zna postpolityki.
– Te twarde zasady rządzą wszędzie. W Polsce można mieć jedynie chwilową
życzliwość i poparcie mediów, ale i to jest zwodnicze, ponieważ bywają one
niestałe. W Polsce pojęcie postpolityki znaczy trochę co innego niż w krajach,
gdzie ta idea powstała. U nas odczytuje się ją jako możliwość uprawiania taniego
populizmu za przyzwoleniem mediów, co nie ma nic wspólnego z postpolityką w
sensie dosłownym. Tusk w każdym razie wykazuje stosunkowo mało zrozumienia dla
tego głębokiego i cywilizacyjnego zjawiska. W jego przypadku jest to raczej
próba wykorzystania obecnej sytuacji po to, żeby się łatwiej rządziło. A to nie
jest żadna postpolityka, ale – mówiąc najkrócej – pójście na łatwiznę.
O czym to świadczy? Niemożność rządzenia PO może bowiem wskazywać na
wyczerpanie się formuły III RP, która nie jest w stanie ani wewnątrz, ani na
zewnątrz bronić interesu Polski…
– Moim zdaniem, energia ustrojowa III RP wyczerpała się mniej więcej zaraz po
dojściu do władzy Leszka Millera. Właściwie w tej chwili widać wyraźnie, że
Platforma nie zdołała zmienić idei III RP tak, aby z powrotem stała się czymś
żywym. Myślę, że teraz jest to już niemożliwe. PO nie potrafiła też na swój
sposób realizować idei IV RP po swojemu, niekoniecznie w takim sensie, jak
definiowało ją PiS. Dlatego uważam, że – biorąc pod uwagę koncepcje ustrojowe –
rządy Platformy Obywatelskiej to jedna wielka pustka. Czasem ktoś próbuje bronić
rządu, mówiąc, że przecież coś robi. O każdym rządzie na świecie można tak
powiedzieć, bo przecież nie da się rządzić, zupełnie nic nie robiąc. Ale
największym zaniechaniem jest właśnie to, że nie wyciągnięto wniosków z faktu,
iż dawne mechanizmy ustrojowe nie funkcjonują i nie dają Polsce możliwości
uprawiania dobrej polityki.
Może się wydawać, że w sytuacji spadku poparcia dla PO swoje 5 minut ma teraz
PiS. Czy to wykorzystuje?
– Trudno powiedzieć, czy PiS z tej szansy korzysta, czy nie. Po pierwsze, bardzo
wyraźnie widać, że PiS cały czas jest spychane na margines życia politycznego.
Ma na to wpływ prosty mechanizm: media starają się tę partię zapędzić do
swoistego "rezerwatu", gdzie będzie odgrywać rolę dawno już dla niej napisaną. W
praktyce oznacza to, że programowe konferencje prasowe PiS, które toczą się w
ciągu dnia i nawet są na żywo transmitowane w niektórych stacjach telewizyjnych,
w wieczornych serwisach informacyjnych już się nie pojawiają. Natomiast ilekroć
na antenie znajdzie się jakiś przedstawiciel PiS, to oczywiście dostaje pytania
dotyczące katastrofy smoleńskiej, sporu z Platformą, zachowań marszałka
Niesiołowskiego i różnych ostrych sformułowań. I tak to się toczy. Dlatego
sądzę, że swoje pole manewru PiS będzie miało dopiero w kampanii wyborczej.
Wtedy ma się bowiem większą kontrolę nad przekazem, tzn. więcej spraw jest
omawianych podczas debat, w których dziennikarze odgrywają już mniejszą rolę.
Myślę, że to da tej partii możliwość nie tyle zmiany, ile zrównoważenia już
istniejącego wizerunku. Ponieważ PiS ma cały czas sporo koncepcji czysto
merytorycznych. Problem w tym, że nie może się z nimi przebić do świadomości
społecznej.
Co zatem PiS powinno teraz robić, aby stać się partią bardziej skuteczną?
– Oczywiście warto robić dużo, żeby poprawić wynik. Można szukać kontaktu z
poszczególnymi grupami wyborców, można próbować zbudować listy wyborcze tak,
żeby właściwie rozłożyć na nich partyjnych liderów. Przy tym proszę pamiętać, że
na tych listach zabraknie kilku bardzo ważnych liderów PiS, którzy zginęli w
katastrofie smoleńskiej. Z tego mogą wyniknąć takie problemy, jak w województwie
świętokrzyskim, gdzie po 10 kwietnia 2010 r. nie pojawił się żaden nowy lider. I
coś z tym trzeba zrobić. Natomiast chciałbym zauważyć, że główny problem PiS
polega na tym, iż ma ono bardzo niskie zdolności koalicyjne. Dlatego wysoce
prawdopodobna jest sytuacja, w której nawet jeśli wygra wybory w sensie
arytmetycznym i zdobędzie więcej głosów niż PO, co nie jest wykluczone, nie
stworzy rządu, ponieważ nie znajdzie koalicjanta. SLD jest dużo bliżej Platformy
i jak przyjdzie co do czego, to te dwie partie dogadają się w ciągu dwóch,
trzech dni i nie będziemy mieli do czynienia z taką sytuacją jak w 2005 r.,
kiedy po swojej porażce Platforma nie chciała utworzyć rządu z PiS.
Jak szacuje Pan poparcie dla PJN? Komu ta formacja jest w stanie zabrać
wyborców?
– W przypadku tej partii bardzo trudno jest cokolwiek prognozować. Wynik
sondażowy nie odzwierciedla bowiem w ogóle siły struktur tej partii. Wyjaśnię to
na przykładzie PSL. PSL może mieć małe poparcie w sondażach, ale zawsze jest w
stanie siłą swoich struktur podwyższyć je o te 2 lub 3 procent. Widać to było
bardzo wyraźnie zwłaszcza w wyborach samorządowych. Natomiast z PJN jest pewien
kłopot. Wchodząc na stronę internetową tej formacji, próbowałem się zorientować,
jaka jest siła jej struktur i jakie nazwiska wchodzą w ich skład. Ale tam tego
nie ma. Pojawiają się tylko pojedyncze nazwiska. Dlatego można przypuszczać, że
jest to jeszcze pozór formacji politycznej. Tak naprawdę nie wiadomo więc, na
ile PJN jest formacją posiadającą tylko swoją reprezentację w parlamencie, a na
ile byt zakorzeniony w terenie. Nieraz już mieliśmy do czynienia z sytuacją, że
pod koniec kadencji powstają kluby lub koła, które są obecne w debatach i w
dziennikarskim studiu, ale nie mają struktur. A te struktury są bardzo ważne. To
przeczy również tezie, że dzisiaj liczy się wyłącznie obecność partii w
telewizji. Niezwykle istotne jest także to, jakich ma ona lokalnych liderów, bo
to oni są w stanie przyciągnąć wielu wyborców.
Na co – Pańskim zdaniem – postawią główne partie polityczne, aby osiągnąć jak
najlepszy wynik w najbliższych wyborach? Możemy spodziewać się nowej jakości?
– Sądzę, że przed tymi wyborami nie doczekamy się nowej definicji politycznego
sporu. To oznacza, że Platforma cały czas będzie starała się wmawiać Polakom, że
jak nie wygra, to do władzy dojdzie PiS i wtedy będzie jeszcze gorzej. Gdyby SLD
potrafił wymyślić jakiś w miarę inteligentny sposób przekonania do siebie
wyborców, to mógłby wykorzystać ten programowy marazm PO. Chociaż jak słucham
Grzegorza Napieralskiego, to nie zauważam żadnych nowych pomysłów, jak to
zrobić. Natomiast ciągle odgrzewane są stare obietnice. Do tego widać wyraźnie,
że SLD idzie w zaparte. Bo teza głoszona przez Napieralskiego, że nie było
"afery Rywina", jest groteskowa i w gruncie rzeczy cały czas nawiązuje do starej
linii SLD, która – jak sądzę – jest już wyczerpana i nieskuteczna. Nie tyle
dlatego, że się skompromitowała, ile dlatego, że kończy się jej naturalne,
pokoleniowe zaplecze. Po prostu coraz mniej jest ludzi, którzy cenią sobie osoby
mające doświadczenie w rządzeniu krajem w czasach PZPR. Ten błąd Napieralskiego
może kosztować jego formację bardzo dużo, a w chwili obecnej jest główną
przyczyną tego, że SLD nie jest w stanie wykorzystać dzisiejszej słabości
Platformy. Byłoby to zresztą czymś naturalnym, jeśli spojrzy się na mapę
poparcia Bronisława Komorowskiego w ostatnich wyborach prezydenckich, która jest
bardzo podobna do tej, kiedy na prezydenta wybrano Aleksandra Kwaśniewskiego.
Dlatego – moim zdaniem – spora część dzisiejszego elektoratu Platformy
Obywatelskie to elektorat Sojuszu Lewicy Demokratycznej sprzed 10 lat.
Uważa Pan więc, że w nadchodzącej kampanii wyborczej partie polityczne niczym
szczególnym nas nie zaskoczą…
– Taktykę Prawa i Sprawiedliwości można przewidzieć. Prawdopodobnie będzie
próbowało lekko równoważyć kwestię wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej innymi
zagadnieniami, które już pojawiały się w ostatnich dwóch kampaniach, czyli np.
kwestią spójności i równomiernego rozwoju całego kraju. Jest to bardzo ważny
argument. I muszę powiedzieć, że w takich miastach jak Nowy Sącz, w którym
mieszkam, ludzie dobrze rozumieją takie deklaracje. PiS jest w miarę wiarygodne
jako partia, która kwestionuje metropolitalną wizję rozwoju kraju. I druga
rzecz, na którą może jeszcze w istotny sposób postawić, to kwestia posunięć na
arenie międzynarodowej, zwłaszcza tych dyskontujących wszystkie błędy prezydenta
Komorowskiego, począwszy od śmiesznych lapsusów językowych, a na poważnych
błędach skończywszy. PiS nie może jednak wykonać żadnego manewru w stylu: "w
czasie kampanii nie mówimy o Smoleńsku". Było to możliwe w poprzednich wyborach,
ale dzisiaj PiS nie może tak postąpić. Ogólnie rzecz biorąc – uważam, że główne
partie mają niewielkie pole manewru i spróbują powtarzać swoje dotychczasowe,
wypróbowane doświadczenia wyborcze. Nie sądzę, że – poza SLD – mogłyby odwołać
się do czegoś nowego. Natomiast jeśli chodzi o PSL, to wydaje się ono bardzo
uspokojone swoim wynikiem w wyborach samorządowych. Według mnie niesłusznie,
ponieważ przy dobrej, w miarę energicznej kampanii politycznej głównych partii
PSL może mieć kłopoty z przekroczeniem progu wyborczego.
Część Polaków zraziła się sposobem prowadzenia polityki przez PO. Czy oznacza
to, że Polacy czekają teraz na polityków z wizją, którzy dadzą im poczucie
podmiotowości państwa?
– Z naszym społeczeństwem jest tak, że część Polaków rozumie, jak ważne jest
dobre państwo. Ale druga część kieruje się doraźnymi, wizerunkowymi zachowaniami
polityków. Nie należy też idealizować zachowań wyborców. Spora grupa głosuje na
Donalda Tuska tylko dlatego, że nienawidzi Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Ci
wyborcy są skłonni wybaczyć każdy błąd Tuska. Patrząc na przykłady innych
krajów, widzimy, że we współczesnych społeczeństwach wybory polityczne ich
obywateli nie są zazwyczaj efektem dojrzałej myśli państwowej. Ja raczej sądzę,
że dużo większą odpowiedzialnością za nasz kraj powinny wykazywać się elity i
politycy. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby coraz więcej Polaków rozumiało istotę
polityki, było lepiej wyedukowanych w tej materii. Niemniej jednak byłbym
sceptyczny co do tego, że większość wyborców w nadchodzących wyborach będzie
kierować się kategoriami państwowymi.
Dziękuję za rozmowę.
