Rewolucja islamska
Rewolucja islamska w Egipcie rozpoczęła się nieprzypadkowo akurat od ataku w
Aleksandrii na chrześcijan dokładnie w Nowy Rok, 1 stycznia. To właśnie wtedy
terroryści islamscy dokonali zamachu na modlących się w kościele chrześcijan,
mordując ponad 20 z nich, nie licząc ponad 100 rannych. Takich zamachów było w
poprzednich latach wiele, ale ten w Nowy Rok 2011 nie był jedynie "standardowym"
aktem islamskiego terroryzmu, lecz zapowiedzią nowej wzmożonej fali agresji
islamu przeciwko Zachodowi. Analitycy amerykańskiej CIA oraz wywiadów państw
NATO wkrótce po zamachu w Aleksandrii alarmowali i przewidywali, że w 2011 roku
nastąpią kolejne zamachy fanatyków-terrorystów, które mają być bezpośrednio
powiązane z generalną ekspansją islamu na całym świecie. W ten sposób Al-Kaida w
dziesiątą rocznicę ataku na Nowy Jork i Amerykę (11 września 2001 r.) podejmuje
kolejną falę agresji dżihadu.
Egipskie Bractwo Muzułmańskie powiązane z terrorystami Al-Kaidy od lat usiłowało
obalić reżim prezydenta Mubaraka. Ten reżim jest oczywiście niedemokratyczny,
ale innych nie ma i nigdy nie było w krajach arabskich! Natomiast Mubarak jest
najbardziej prozachodnim politykiem w całym świecie arabskim, a Egipt odgrywa
ogromną rolę geopolityczną ze względu na swe położenie na styku Afryki i Azji,
ponad 80 milionów ludności, Kanał Sueski, potencjał militarny i ekonomiczny.
Rewolucje islamskie mają miejsce w Egipcie co kilkadziesiąt lat. Już 100 lat
temu jedną z nich opisał Henryk Sienkiewicz w książce "W pustyni i w puszczy".
Powieść wielkiego polskiego pisarza i noblisty jest czymś dużo więcej niż tylko
książką o przygodach Stasia i Nel. To powieść ponadczasowa z ważnym i
niesłychanie aktualnym wątkiem politycznym właśnie teraz, już w XXI wieku i 2011
roku. Arabowie, którzy porwali dwoje bezbronnych dzieci, wypełniają wszelkie
współczesne kryteria terrorystów islamskich. Obrazy Egiptu ogarniętego przez
rewolucję islamską Mahdiego, tak sugestywnie opisane przez Sienkiewicza,
odpowiadają telewizyjnym relacjom ze stycznia 2011 roku: "Staś wiedział już
teraz (…) że Mahdi i jego derwisze nienawidzą chrześcijan i Europejczyków,
więc w duszy chłopca zrodziła się obawa (…) przed zniewagami, przed
okrucieństwem i wściekłością wyznawców Mahdiego, którzy mordowali nawet wiernych
rządowi mahometan".
Przed ponad trzydziestu laty został obalony w Iranie reżim szacha Rezy
Pahlawiego. Oczywiście był dyktatorem, ale zarazem związał się z Zachodem i
unowocześnił państwo, rozwinął edukację, zlikwidował prawo islamskie, w tym
poniżanie kobiet, co od wieków zdefiniowane jest w Koranie. Rewolucja islamska
pod wodzą ajatollaha Chomeiniego nie tylko obaliła szacha, ale rozpoczęła
fanatyczne działania terrorystyczne w imię Allaha. Polacy patrzą na islamską
rewolucję w Egipcie poprzez pryzmat ogłupiających programów telewizyjnych,
których głównym problemem jest jechać czy nie jechać na wycieczkę do Egiptu.
Tymczasem rewolucja w Egipcie, a dwa tygodnie wcześniej w Tunezji, oznacza
znacznie więcej niż utratę bezpiecznych kurortów wypoczynkowych. To, co się
dzieje na naszych oczach w kraju rządzonym od 30 lat przez współpracujący z
Zachodem reżim Hosni Mubaraka i co działo się kilka dni wcześniej w Tunezji,
może całkowicie zmienić polityczny status quo na Bliskim Wschodzie, regionie
pozostającym dziś nie tylko głównym punktem zapalnym świata (Iran, islamscy
terroryści, kwestia palestyńska), ale też kluczowym dla globalnego wydobycia
ropy naftowej. Rewolucja islamska w Egipcie może wywołać większą zmianę układu
sił niż obalenie Saddama Husajna w Iraku.
Od dziesięcioleci ten region globu rządzony jest przez mniej lub bardziej
autorytarne reżimy i rodziny królewskie. Bogatsze z nich, jak Kuwejt, Arabia
Saudyjska, Katar czy Bahrajn, utrzymują wewnętrzny spokój, dzieląc się z
poddanymi ułamkiem dochodów ze sprzedaży ropy i gazu. W biedniejszych krajach,
jak Syria, Liban, Jordania, Libia, Maroko, Algieria czy Egipt, spokój
utrzymywany jest przy pomocy rozwiniętej siatki bezwzględnych służb specjalnych.
Obrazy z udanej rewolucji Tunezyjczyków musiały wlać nadzieję w serca ich
sąsiadów. Ulica wrze już nie tylko w Kairze, ale też w Bejrucie, Algierze i
Ammanie. Od dawna tli się w Rabacie i Casablance, a także w Damaszku. Amre
Moussa, sekretarz Ligi Państw Arabskich, podczas Forum Ekonomicznego w Davos
stwierdził: Arabowie są rozgniewani, czują się upokorzeni. Jedyne rozwiązanie to
reforma. Cały świat arabski potrzebuje reformy, i to już dziś.
Jeśli rebeliantom uda się obalić reżim w Egipcie, kolejne mogą się posypać jak
kostki domina. Co stanie się potem? Zachód zdaje się wspierać demonstrantów w
Egipcie. Nie ma jednak pewności, że Mubaraka zastąpi głoszący zachodnie
standardy Mohamed ElBaradei. W Egipcie czy Libanie najbliżej przejęcia władzy
zdają się być fanatyczne lub skrajne ruchy islamskie. Co się stanie, jeśli
obalony zostanie prozachodni Mubarak, a władzę przejmie Bractwo Muzułmańskie?
Co, jeśli w Libanie rządzić będzie wspierany przez Iran fanatyczny Hezbollah? A
jeśli ogień rozleje się na kraje eksportujące ropę? Zachód, USA, UE, w tym
Polska, muszą być przygotowani na wszelkie scenariusze.
Marna to satysfakcja dla skromnego felietonisty bycie kasandrą, ale przecież
prawie miesiąc temu to ja widziałem zamach na chrześcijan w Aleksandrii w
szerszej perspektywie. Tylko "Nasz Dziennik" spośród wszystkich gazet w
chrześcijańskiej Polsce pisał tuż po zamachu: "Na oczach zaskoczonego świata
sprawdza się realnie politologiczna teoria Samuela Huntingtona,
brytyjsko-amerykańskiego profesora i autora dzieła, 'Konflikt cywilizacji’.
Huntington twierdził, że islam godzi w samą istotę cywilizacji zachodniej i
chrześcijańskiej. Cokolwiek byśmy rozumieli pod tym pojęciem, to jest to nasza
cywilizacja! (…) Jeżeli islam zmieniłby swoją postać, jego istnienie nie
miałoby sensu. Fundamentem islamu jest święta wojna – dżihad".
Józef Szaniawski
