Będzie źle. Tylko bardziej
Z prof. Zytą Gilowską, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, minister
finansów w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia
Mariusz Bober
W minionym roku rząd zgotował nam największą dziurę budżetową w historii III
RP. W tym roku chce zmniejszyć deficyt do 40,2 miliarda. To realne?
– Tak, przecież rząd upiększył budżet w taki sposób, że poukrywał różne
kosztowne wydatki. Dlatego wpisana do ustawy budżetowej wielkość deficytu
budżetu ma znaczenie wyłącznie propagandowe. Ekonomiści oceniają pełny,
prawdziwy deficyt, który musi być liczony dla całego sektora finansów
publicznych, a ten cały czas rośnie. Według najnowszych danych ubiegłoroczny
deficyt polskich finansów przekroczył 8 proc. PKB, podczas gdy dopuszczalny
poziom, o którym cały czas przypomina Komisja Europejska, nie powinien
przekraczać 3 proc. PKB. Gdyby rząd wprowadzał faktyczną konsolidację budżetową,
co obiecuje KE od dwóch lat, mielibyśmy przynajmniej kontrolę nad wydatkami bez
pokrycia w dochodach. Przecież deficyt to suma takich wydatków, w Polsce
przekraczająca kwotę 120 mld zł rocznie.
Co ta sytuacja oznacza dla państwa?
– Oznacza, że dzwonią już wszystkie dzwonki alarmowe. Pali się czerwone światło,
a państwo zmierza w kierunku rozległego kryzysu finansów publicznych.
Zbliżamy się do "greckiej tragedii"?
– Sytuacja każdego z państw Unii Europejskiej jest różna. Myślę, że najwięcej
podobieństw mamy z Węgrami.
Czy stosowane przez ekipę Tuska mechanizmy mające na celu zmniejszenie
deficytu są wystarczające?
– Obecny rząd nie przedstawił właściwie żadnych skutecznych działań
ograniczających deficyt. Reklamowana reguła wydatkowa jest raczej ozdobnikiem.
Szeroką falą napływają zapowiedzi maskujące upływ czasu, usypiające obywateli,
konsumentów i gospodarstwa domowe. Osoby zatrudnione przez państwo, np.
urzędnicy, są utulane szczególnie intensywnie. W państwie z 2-milionowym
bezrobociem otrzymanie urzędowej posady jest dużym bonusem. Armia urzędników
rośnie i jest jasne, że są to ludzie na ogół zadowoleni z obecnego stanu rzeczy.
W czasie mojej pracy w rządzie bez trudu zmniejszyłam zatrudnienie w centrali
Ministerstwa Finansów o 10 proc. i planowałam dalsze redukcje. Obecnie
zatrudnienie maleje w przemyśle, nikną całe branże, a rosną zastępy urzędników i
rozmaitych pomocników, posługaczy, asystentów, itd. Kto na nich zapracuje? Na
razie polscy chłopi starają się o wyżywienie, a chińscy robotnicy o przyodziewek
i tzw. artykuły biurowe. A długi rosną. Zasada "tu i teraz" jest ewidentnie
szkodliwa nawet dla jutra, a cóż dopiero dla naszych perspektyw rozwojowych.
Platforma chce zasypać dziurę budżetową, obcinając składkę na nasze emerytury
przekazywaną do OFE. To koniec reformy emerytalnej i nadziei Polaków na
przyzwoite świadczenia na starość?
– To jest poważna sprawa, chyba kilkuetapowa. Forsując zmiany w OFE najpierw
przekonywano, że chodzi tylko o rachunki, o sposób klasyfikowania transferów z
budżetu państwa do tych funduszy. Wówczas Komisja Europejska wyraziła gotowość
do pewnych ustępstw w tej sprawie, z czego rząd jednak nie skorzystał. Następnie
przedstawiono projekt częściowego zawieszenia (wstrzymania?) wpłat do OFE, co
zmniejszy wypływ środków publicznych z budżetu i, na papierze, zmniejszy deficyt
sektora finansów publicznych. Ale faktyczne zobowiązania emerytalne pozostaną,
pozostanie też deficyt, tyle że ukryty. Etap kolejny może dotyczyć środków
zgromadzonych przez OFE.
OFE dysponują już ponad 200 mld złotych.
– Przez część strategów rządowych te pieniądze są traktowane jak swego rodzaju
poduszka finansowa dla finansów publicznych. Pojawiają się wątpliwości co do
niektórych założeń reformy emerytalnej sprzed 11 lat. Niewykluczone, że
politycznie reforma była forsowana także jako konstrukcja wyodrębnionego zasobu
zapasowego, takiej swoistej "żelaznej porcji", na wypadek nieprzewidzianych
zakłóceń procesu transformacji. W debacie na ten temat mało mówi się o
perspektywach emerytalnych obecnych 40-50-latków oraz o prawdopodobnej relacji
ich przyszłych emerytur do przyszłych wynagrodzeń, czyli o tzw. stopie
zastąpienia. Mówiąc wprost, te reklamowane w telewizji opowieści o emerytach
odpoczywających pod palmami były blagą. Przecież faktycznym celem reformy było
zwiększenie bezpieczeństwa finansowego państwa poprzez zgodę na zmniejszanie
wielkości przyszłych emerytur w relacji do przyszłych wynagrodzeń. Ale zamiast
ten fakt uczciwie przedstawić, uzasadnić i ocenić, prowadzi się teatralne spory
między tymi, którzy świetnie żyją z zarządzania funduszami OFE, a tymi, którzy
mogą świetnie żyć z zarządzania pozostałymi pieniędzmi Polaków. Jedni i drudzy
chcieliby utrzymać te pieniądze.
Kto lepiej zarządza pieniędzmi, OFE czy ZUS, biorąc pod uwagę, że większość
środków na naszych kontach emerytalnych OFE i tak inwestują w obligacje Skarbu
Państwa?
– OFE są i będą bardziej efektywne niż ZUS, choćby z tej prostej przyczyny, że
pilnują środków im powierzonych, ponieważ z tego żyją. Zaś w dłuższej
perspektywie OFE mają radykalnie duże instytucjonalne możliwości egzekwowania od
państwa zobowiązań, np. wykupu obligacji. Gdyby kiedykolwiek ZUS miał szanse
konkurować z OFE, to OFE w ogóle by nie powstały. Wszyscy wiedzieli, że ZUS to
zwykła przystawka do budżetu państwa i miejsce, z którego pompowane są
pieniądze. Dlatego opowiadanie, że ZUS może zadbać o pieniądze lepiej niż OFE,
jest idiotyczne. Chociaż faktycznie najlepiej dba o pieniądze ich właściciel, o
ile ma czym zarządzać i chce to robić. Ale obywatele pieniądze musieli oddawać –
najpierw do ZUS, potem do OFE.
Czyli to już koniec reformy emerytalnej?
– Na to wygląda. Pozostawienie w OFE 2,3 proc. podstawy oskładkowania, aby
zarządzający tymi środkami mieli z czego żyć, wskazuje na zawarcie swoistej
transakcji politycznej. Zabranie 5 proc. podstawy oskładkowania i utrzymanie ich
w ZUS oznacza spadek wartości transferu z budżetu państwa dla OFE o ponad 20 mld
zł rocznie! Ciekawe, że podawane publicznie szacunki tej kwoty są notorycznie
zaniżane. Co najmniej o tyle i tylko na papierze zmniejszy się deficyt sektora
finansów publicznych.
Chcąc mieć godne emerytury, musimy zadbać o nie sami?
– To też, zwłaszcza że w grę wchodzą potężni szermierze. Z jednej strony
interesy rynku kapitałowego, z drugiej deficyt sektora finansów publicznych,
konieczność emisji obligacji skarbowych, interesy zarządzających OFE itd. W
sieci globalnych interesów pojedynczy emeryt, a nawet emeryci, zwłaszcza
przyszli, bywają traktowani jak najmniej istotny element. W istocie w polityce
zawsze mamy do czynienia z grą globalnych interesów. Naród polityczny jest
świadomy tej dysproporcji. Pytanie: ile w Polakach jest narodu politycznego?
Pospieszna prywatyzacja to kolejny pomysł gabinetu Donalda Tuska na ratowanie
budżetu.
– Jeśli rząd zrealizuje plan prywatyzacji, to Polacy zostaną bez majątku, z
długami i pozbawieni bezpieczeństwa energetycznego, zdani na zewnętrznych
dostawców.
Platforma Obywatelska przejmowała władzę w sytuacji świetnej koniunktury i
dobrych wyników finansowych państwa…
– Przypominają się dosadne słowa prof. Krzysztofa Rybińskiego, który ostrzegł,
że zostaniemy jak "goło…pcy", bez majątku i z potężnymi długami. Nie podejmuję
się objaśniania poczynań obecnego rządu. Nie spodziewałam się wiele, ale byłam
pewna utrzymania standardów. Po 1989 r. kolejni ministrowie finansów,
niezależnie od konfiguracji politycznych, wykazywali uporczywe starania w
kierunku konsolidacji budżetowej i zwiększania bezpieczeństwa finansowego
państwa. Teraz intencje są niestabilne, a działania dziwaczne. Rząd zaczął od
lekkomyślności (2008 r.), potem nastąpiła faza dezorientacji (2009 r.). Obecnie
mamy coś w rodzaju dwuletniego pochodu pierwszomajowego z hasłem "Idziemy,
idziemy, będziemy na czas".
Polskie finanse obciąża także gwałtownie rosnący dług publiczny.
– Rządowe pomysły na jego zmniejszenie także nie są racjonalne. "Wyrastanie" z
długu jest możliwe dopiero wtedy, gdy gospodarka rozwija się naprawdę
dynamicznie, w tempie co najmniej 5,5-6 proc. rocznie przez kilka lat z rzędu.
Nasz wzrost gospodarczy jest na to zbyt wątły.
Już obecnie dostrzegalny jest wzrost kosztów obsługi długu publicznego. Jak
to przełoży się na sytuację finansową państwa w bieżącym roku?
– W miarę wzrostu wolumenu długu i napięć na rynkach finansowych rosną koszty
jego obsługi, co Polska już mocno odczuwa. Za pożyczane pieniądze płacimy bowiem
niewiele mniej niż państwa na granicy bankructwa. Nasze 10-letnie obligacje
skarbowe miewają rentowność przewyższającą 6 procent, czyli dwuipółkrotnie
wyższą niż rentowność obligacji niemieckich. Wydatki ponoszone na spłatę
zadłużenia w skali roku przewyższają z naddatkiem wszystkie wydatki państwa
polskiego na bezpieczeństwo narodowe.
Nowy rok przywitaliśmy podwyżkami podatków, przede wszystkim VAT, a zapewne
na tym się nie skończy. To chyba ostatnia rzecz potrzebna polskiej gospodarce?
– Polska gospodarka jest na relatywnie niskim poziomie rozwoju. Ma też kiepskie
fundamenty, uformowane przez infrastrukturę, za którą odpowiedzialne jest
państwo. Niestety, nasza infrastruktura techniczna – transportowa, energetyczna,
komunikacyjna – jest słabo ukształtowana i wyeksploatowana. Nieco lepiej
przedstawia się kondycja infrastruktury instytucjonalnej, dość nowoczesnej, ale
dławionej przez aparaty biurokratyczne. Naszym atutem jest wysoki potencjał
wzrostu. Mamy wielkie potrzeby, energię, ambicje, odporność i dzielność.
Statystyki dowodzą, że jesteśmy pracowici i wytrzymali. Jesteśmy gotowi ciężko
pracować na sukces. W takim kraju wzrost podatków podcina skrzydła. Przy
rosnącej wydajności pracy i nikłym wzroście wynagrodzeń większe podatki są swego
rodzaju karą. W skali makroekonomicznej wzrost opodatkowania konsumpcji
zmniejsza siłę nabywczą, co z kolei redukuje popyt i dławi wzrost gospodarczy.
W ciągu najbliższych 2 lat obecny gabinet chce ograniczyć deficyt do 3 proc.
PKB. Nawet gdyby udało się to zrobić, jaką cenę zapłacilibyśmy za ten manewr?
– To jest absolutnie niemożliwe, chyba że się "pacjenta" udusi… Ale na to
żaden żywy organizm dobrowolnie nigdy się nie zgodzi. Całkiem niedawno
widzieliśmy to na Węgrzech i w Grecji. Nasza sytuacja jest tym bardziej trudna,
że nie mamy już rezerw. Rząd wykorzystał już wszystkie, włącznie z gromadzonym
na tzw. czarną godzinę Funduszem Rezerwy Demograficznej. Obecnie fundusz ten
powinien dysponować blisko 20 mld zł, a nie ma już prawie nic. Myślę, że
wspomniany już dwuletni pochód pierwszomajowy zmierza do najbliższych wyborów, a
co będzie potem, łatwo zgadnąć.
Czego jeszcze możemy się spodziewać, jeśli w tegorocznych wyborach zwycięży
PO?
– Odpowiem alegorycznie – możemy i powinniśmy spodziewać się tego samego, tylko
bardziej. To jest najprostsza i uczciwa odpowiedź. Będzie tak samo, jak jest.
Tylko bardziej.
Dziękuję za rozmowę.
