Dać ludziom prawo wyboru
Z prof. Jerzym Żyżyńskim, ekonomistą, wykładowcą na Wydziale Zarządzania
Uniwersytetu Warszawskiego, kierownikiem Zakładu Gospodarki Publicznej, rozmawia
Małgorzata Goss
Decyzja rządu o przesunięciu części środków z OFE do ZUS podzieliła
ekonomistów. Jej zwolennicy argumentują, że OFE kreują dług publiczny i
przejadają nasze emerytury. Przeciwnicy twierdzą, że rząd maskuje w ten sposób
własną rozrzutność, a przesunięcie środków obniży przyszłe świadczenia. Kto ma
rację?
– Przy konstruowaniu reformy emerytalnej najzwyczajniej w świecie zapomniano, że
gdy się przekazuje środki do instytucji prywatnych, jakimi są OFE, to się je
zarazem wyprowadza z systemu publicznego, i przez to narasta dług publiczny.
Gdyby OFE były instytucjami publicznymi, to problem by nie istniał – to byłoby
po prostu przełożenie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Postanowiono
jednak stworzyć prywatnym instytucjom okazję do zarobienia. W państwowym II
filarze wynagrodzenia zarządzających byłyby pod kontrolą, a tutaj wszystko się
odbywa po cichu, nikt ich nie kontroluje. Na seminarium w Polskim Towarzystwie
Ekonomicznym jedna z uczestniczek, pani profesor, powiedziała, że w ramach
swoich badań usiłowała uzyskać informację o wynagrodzeniach kadr kierowniczych
OFE, ale jej nie otrzymała. Tajne! A mówi się, że szefowie płacą sobie po 60
tys. zł miesięcznie z naszych pieniędzy. I nikt nas nie pyta, czy się na to
zgadzamy!
Wynagrodzenia w OFE powinny być informacją nie tylko dostępną, ale także
podawaną obligatoryjnie do publicznej wiadomości. A fundusze jako instytucje –
ile pobierają od nas za zarządzanie kapitałem emerytalnym?
– Pozwolono na to, żeby wynagrodzenie za zarządzanie stanowiło prawie 10 proc.
odprowadzanych przez nas środków, około 9,5 proc. w ramach opłaty od składki i
opłaty od kapitału łącznie. Taki "zysk" można byłoby zaakceptować, gdyby ktoś
inwestował swoje własne środki. Ale być opłacanym tak wysoko za zajmowanie się
cudzymi pieniędzmi – ludzie uważają to, słusznie, za skandal. W rezultacie to,
co zostaje przyszłym emerytom, nie przekracza nawet wskaźnika inflacji, czyli
nie kompensuje utraty wartości pieniądza. Nie mają oni nawet gwarancji uzyskania
minimalnej rynkowej stopy zwrotu!
W tradycyjnym ZUS-owskim systemie repartycyjnym obowiązywała "zasada
zdefiniowanego świadczenia", czyli istniała gwarancja świadczeń na określonym
poziomie. Pracownik, odprowadzając składki, wiedział, że po przejściu na
emeryturę uzyska świadczenie w wysokości 70 proc. wynagrodzenia z najlepszych
lat. W ramach nowego systemu utworzono indywidualne konta i powiedziano:
będziesz miał taką emeryturę, na jaką uzbierasz. Powstał w ten sposób system
oparty na "zasadzie zdefiniowanej składki", tj. wiesz, ile musisz zapłacić, ale
nie wiesz, co za to otrzymasz. Składka w części trafia do OFE i jest
inwestowana, ale bez gwarancji co do efektów tego inwestowania i wysokości
świadczenia. Jeśli się okaże, że pieniądze realnie tracą na wartości, to i cały
ten system traci sens. Jego zwolennicy przyznają ostatnio publicznie, że stopa
zastąpienia w nowym systemie emerytalnym wyniesie między 35 proc. a 50 proc.,
czyli uległa obniżeniu w stosunku do tej, jaką dawał stary system. A więc to
wszystko, co wmawiano ludziom, wprowadzając w 1999 r. reformę emerytalną – od
początku było kłamstwem. Państwo polskie zasługuje na zaskarżenie, ponieważ
świadomie wprowadzano ludzi w błąd. Jeden z ekonomistów, były poseł, przyznał,
że zdawano sobie sprawę, iż w systemie repartycyjnym – m.in. z powodów
demograficznych – nie starczy pieniędzy na emerytury, więc postanowiono urządzić
to w myśl zasady "Rynek to za nas załatwi". Ale zapomniano o jednym, że w Polsce
wynagrodzenia są bardzo niskie. Stopa zastąpienia dla emerytury mogłaby wynosić
50 proc., ale pod warunkiem, że wynagrodzenia byłyby wyższe.
Od początku transformacji blokowano wzrost wynagrodzeń przez popiwek i
propagandę antyzwiązkową, pod hasłem utrzymania konkurencyjności polskiej
gospodarki.
– My, Polacy, jesteśmy jednym z najbiedniejszych społeczeństw w Unii
Europejskiej, bo walczono z inflacją, blokując wzrost wynagrodzeń. Średnia
polska płaca to ok. 700-800 euro brutto. Jeśli na emeryturze ludzie dostaną 50
proc. zarobków, to komu to starczy na życie? Co prawda człowiek na emeryturze
już ma pewne środki trwałe – mieszkanie, samochód, lodówkę – ale trzeba tę
lodówkę zapełnić, mieć pieniądze na leki, opłaty. Twórcy reformy wykazali się
rażącą niekompetencją, jeśli nie zadali sobie pytań: "Po co komu taka emerytura,
jeśli nie starczy na życie?", "Po co odprowadzać przez całe lata składki, skoro
potem przyjdzie żyć w nędzy?".
Rząd chce po części wycofać się z reformy i przesunąć środki do ZUS. Czy to
dobra decyzja?
– Przesuwając środki, ratują finanse publiczne. To uzasadnione. Ale pozostaje
otwarte pytanie, co z emeryturami. Dwufilarowy system miał swoją logikę. Jeśli
teraz jedną nogę skracamy, to co z drugą? Po przesunięciu środków do ZUS
emerytury z ZUS powinny wzrosnąć.
Formalnie te środki nadal będą częścią OFE i będą waloryzowane według
wskaźnika rentowności obligacji.
– W tym, że fundusze emerytów finansują budżet państwa, nie ma nic złego.
Zyskalibyśmy nawet, unikając kosztów płaconych na rzecz OFE. Ale ja się nie
zgadzam na filozofię zdefiniowanej składki i niezdefiniowanego świadczenia.
Emerytura, tak samo jak wynagrodzenie, ma zapewnić człowiekowi środki
utrzymania. Adam Smith, ojciec liberalizmu, pisał, że obowiązkiem pracodawcy
jest tyle zapłacić robotnikowi, by mógł on utrzymać rodzinę i wychować dzieci.
Ta reguła także dzisiaj zachowuje aktualność. To samo emerytura – musi być na
takim poziomie, żeby pozwoliła przeżyć emerytowi. Chyba że państwo weźmie część
jego utrzymania na siebie, np. zapewniając mu bezpłatne lekarstwa i leczenie.
Wtedy świadczenie emerytalne mogłoby być na poziomie połowy pensji. Coś za coś.
Skoro żyjemy w systemie rynkowym i za wszystko trzeba płacić, to trzeba ludziom
płacić wynagrodzenie i emeryturę, z których mogą się utrzymać. Inaczej system
się nie bilansuje. Ktoś kogoś okrada. Przy tak niskich płacach jak obecnie w
Polsce, 50-procentowa stopa zastąpienia jest nie do przyjęcia, chyba że wzrosną
wynagrodzenia. Inaczej ubezpieczanie się na starość traci sens. Ekonomiści
odpowiedzialni za reformę emerytalną nie rozumieją podstawowych pojęć. Jeśli
jeden z ekonomistów, specjalista od budżetu, twierdzi, że ta reforma była
potrzebna po to, by zmniejszyć stopę zastąpienia, to ja się na to nie zgadzam!
Mógłbym się zgodzić pod warunkiem, że ta część dochodu narodowego, która
przypada pracownikowi, będzie większa.
Kluczem do reformy emerytur jest poziom wynagrodzeń?
– Polska należy do krajów o jednym z najniższych wskaźników tzw. kosztów
związanych z zatrudnieniem. Przyjęto – z winy prof. Leszka Balcerowicza – że z
inflacją należy walczyć przez blokowanie dochodów. W efekcie część dochodu
narodowego, która przypada pracownikom – tzw. udział kosztów związanych z
zatrudnieniem w PKB – w 2007 r. stanowił 35,2 proc., w 2009 r. 36,7 procent.
Czy mógłby Pan to wyjaśnić?
– To oznacza, że tylko 36,7 proc. wypracowanych w gospodarce środków trafia do
ludzi jako pracowników. I to brutto, co oznacza, że tą częścią pracownicy dzielą
się jeszcze z budżetem, ZUS i NFZ, bo płacą od tego składki ubezpieczeniowe i
podatki.
Co się dzieje z resztą?
– Reszta to zyski właścicieli, pensje prezesów, którzy są na samozatrudnieniu i
płacą 19-proc. podatek, oraz szara strefa. One nie idą w koszty pracy. W innych
krajach koszty związane z zatrudnieniem są znacznie wyższe, najwyższe w
Szwajcarii (64,1 proc.) i Danii (59,1 proc.); wysokie są w USA i Wielkiej
Brytanii (ponad 55 proc.). W Polsce w roku 1997 ten współczynnik wynosił ok. 44
procent. W ciągu następnych 10 lat udział płac w dochodzie narodowym spadł do
ok. 35 procent. Prawie jedną trzecią mniej. Rósł PKB, ale gros owoców zbierali
właściciele kapitału, menedżerowie i szara strefa. Tu jest też przyczyna kryzysu
finansów publicznych, bo od tego płaci się podatki. Z tego powinno się polityków
rozliczać. Z Polski co roku wyprowadza się ok. 3,5 proc. dochodu narodowego. To
ok. 50-60 mld rocznie samych dochodów (legalne pensje, dywidendy). Oprócz tego
jest jeszcze wypływ nielegalny, nieopodatkowany, który wynosi kolejne 60 mld
złotych. Razem co roku wypływa z Polski ok. 110-120 mld złotych. Część z tego
wraca jako inwestycje zagraniczne. Polska jest krajem transferu pieniędzy. To są
rozmaite machinacje spółek zagranicznych i ich polskich córek, które obracają
pieniędzmi, nie płacąc podatków. Pracownicy oczywiście nie mają z tego nic,
cierpi też budżet i system emerytalny.
Powinna się tym zająć Komisja Trójstronna?
– Związki zawodowe przegapiły tę sprawę. Latami jej nie dostrzegały. Uważano, że
wprawdzie Polacy mało zarabiają, ale dzięki temu mają pracę i napływa kapitał do
Polski. Tymczasem złoty się umacniał, pogarszał warunki eksportu i zmniejszał
liczbę miejsc pracy. Zatem to nie do końca takie proste.
Wróćmy do emerytur. Czy uda się zachować rozdzielność między repartycyjną
częścią ZUS a częścią kapitałową?
– Część składki na II filar przekazana do ZUS formalnie pozostanie w OFE, ale
nie będzie inwestowana w obligacje, tylko złożona na indywidualnym koncie,
waloryzowana według stopy rentowności obligacji i dziedziczona. Przy
dziedziczeniu pieniądze wypadają z systemu repartycyjnego. Obecnie płacimy
składkę ZUS-owską, by pokolenie emerytów miało z tego świadczenie, przy
dziedziczeniu środki przechodzą na konto spadkobiercy. To oznacza, że ZUS będzie
potrzebował większego wsparcia z budżetu. Jeśli to miałoby generować wzrost
zadłużenia publicznego, to zasada dziedziczenia przekreśli sens całego
przedsięwzięcia.
Lepiej, żeby rząd w ogóle wycofał się z obecnego systemu emerytalnego?
– Osobiście uważam, że powinien. Można dość dokładnie wyliczyć, ile trzeba
uzbierać kapitału, by uzyskać dobrą emeryturę. OFE nie gwarantują nawet rynkowej
stopy zwrotu ze zgromadzonego kapitału. To okazja stworzona dla grupy ludzi,
żeby sobie zarobili na naszych pieniądzach. Teraz to widać czarno na białym! A
że jednocześnie zaszkodziło to finansom publicznym, politycy musieli całą sprawę
ujawnić. Zamiast budować prywatne fundusze emerytalne, równie dobrze można było
stworzyć ludziom konta emerytalne w banku, na które regularnie odprowadzana
byłaby część składki, a z uzbieranego kapitału emeryt żyłby na emeryturze.
Obecnie przede wszystkim należy dać ludziom prawo wyboru, aby mogli wrócić do
systemu repartycyjnego. Pamiętajmy jednak, że przyczyna demograficzna zmiany
systemu nie zniknęła. Ludzie nie decydują się na to, by mieć dzieci, młodzi
emigrują. Coraz mniej osób pracuje i płaci składki, więc systemowi grozi
finansowa zapaść. Państwo powinno gwarantować odpowiedni poziom świadczeń
emerytalnych z budżetu, ale niestety dzisiaj państwo wycofuje się ze swoich
zadań, obniża podatki, więc nie będzie go na to stać. Dlatego kapitałowy filar,
na zasadach dobrowolności, powinien funkcjonować. Mógłby być efektywny, gdyby
zarządzający pobierali prowizje na poziomie 1 procentu. Każda taka prywatna
instytucja ma suto opłacany zarząd, ekspertów. To silne lobby. Stąd taka obrona
OFE, gdy rząd chce przekierować część składki. Do tego dochodzą koszty
marketingu. Poza tym OFE jak każda instytucja prywatna musi wypłacać zysk swoim
akcjonariuszom. To wszystko obciąża kieszeń przyszłego emeryta. Dlatego uważam,
że OFE powinny być instytucjami publicznymi non profit na wzór dawnych kas
chorych – tak zrobiono ostatnio w Argentynie i na Węgrzech. Mogłyby funkcjonować
w ramach ZUS, który rozdzielałby składki między I i II filar, tj. na wypłatę
bieżących emerytur oraz na inwestycje w obligacje i akcje.
Dziękuję za rozmowę.
