Zakres śmierci na radarze

Rosyjski MAK twierdzi, że zniżanie polskiego samolotu podczas tragicznego
lotu 10 kwietnia 2010 roku odbywało się "z wykorzystaniem własnych pomocy
nawigacyjnych". Załoga miała zrezygnować z pomocy kontrolerów wieży lotniska
Siewiernyj. Polscy specjaliści przygotowujący "Uwagi Rzeczypospolitej Polskiej
do projektu Raportu końcowego MAK" doszli jednak do zupełnie innych wniosków.
Podczas wszystkich badanych lotów 7 i 10 kwietnia używany był radiolokacyjny
system lądowania (RSL) obsługiwany przez kierownika strefy lądowania majora
Wiktora Ryżenkę. Działał on jednak nieprawidłowo.

Radiolokator typu RSP-6M2 jest jedyną obok dwóch radiolatarni bezkierunkowych (NDB)
oraz zespołu świateł podejścia pomocą nawigacyjną zainstalowaną na lotnisku
Smoleńsk Siewiernyj. Jest to zespół trzech radarów, usytuowanych w pobliżu pasa
startowego, które obserwują obszar, z którego nadlatują samoloty. Operator
systemu widzi na ekranie położenie samolotu względem ścieżki podejścia w pionie
i w poziomie i przekazuje te informacje załodze statku powietrznego, informując
go o tym, czy nie leci zbyt nisko lub wysoko (na ścieżce – glisadzie) oraz czy
znajduje się na właściwym kursie, czyli leci w osi drogi lądowania, a nie obok
niej. System ten jest stosowany wtedy, gdy z jakichś powodów nie można
skorzystać z precyzyjnego podejścia typu ILS lub jego rosyjskiego odpowiednika
PRMG.
Tak właśnie jest w Smoleńsku. Na lotnisku nie ma urządzeń do precyzyjnego
podejścia i jeden z kontrolerów, pełniący funkcję kierownika strefy lądowania (KSL),
podczas wszystkich sprowadzeń samolotów, o jakich mogła dowiedzieć się polska
komisja, przekazywał dane odczytane przez radiolokator. Tak było 7 kwietnia
podczas wizyty premierów Tuska i Putina, a następnie 10 kwietnia, gdy lądowały
kolejno polski Jak-40, następnie dwukrotnie bez powodzenia rosyjski Ił-76,
wreszcie Tu-154M z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Obowiązki KSL
sprawował za każdym razem mjr Wiktor Ryżenko. Jak sam zeznał, 7 kwietnia po raz
pierwszy obsługiwał on radiolokator RSP-6M2. W ciągu roku poprzedzającego
katastrofę pracował on jako KSL jedynie osiem razy, w tym jeden raz w trudnych
warunkach atmosferycznych. Wiktor Ryżenko nie posiadał dokumentu uprawniającego
go do pracy w takich warunkach (a jedynie w zwykłych warunkach w dzień i w
nocy). Nie znaleziono również zapisu o dopuszczeniu go do sprawowania funkcji
KSL na tym konkretnym lotnisku Smoleńsk Siewiernyj. Strona polska nie otrzymała
żadnych informacji o parametrach technicznych, wyregulowaniu i usytuowaniu
radiolokatora RSP-6M2.
"Organ kontroli zbliżania powinien określić procedurę podejścia według wskazań
przyrządów dla przylatującego statku powietrznego" – czytamy w znanej pilotom na
całym świecie instrukcji ICAO Doc. 4444. Podobnie stanowi rosyjski dokument
określający zasady prowadzenia ruchu statków powietrznych: "Kierownik lotów na
lotnisku określa załogom poziomy lotów i sposoby podejścia do lądowania".
Zgodnie z tymi postanowieniami kierownik lotów ppłk Paweł Plusnin przekazał
informację o podejściu według USL (dwie radiolatarnie i światła) z RSL
(radiolokatorem) załodze rosyjskiego Iła-76. Nie przekazał takiej informacji
załogom polskich samolotów. A zatem wbrew przepisom nie został ustalony "sposób
podejścia do lądowania". Nie ma więc podstaw twierdzenie Raportu MAK, że załoga
zrezygnowała z pomocy wieży, zdając się na własne urządzenia nawigacyjne. Tym
niemniej podczas wszystkich sprowadzeń 10 kwietnia rano RSL było używane.
W procedurach cywilnych KSL przekazuje swoje komendy co pięć sekund, a załogi je
wykonują bez dodatkowego potwierdzenia (nie ma na to czasu). W rosyjskim
lotnictwie wojskowym stosuje się odmienną procedurę. Kontroler przekazuje dane o
położeniu samolotu i odległości od progu pasa, a nawigator potwierdza to
(kwituje), podając swoją wysokość. Zasady te 10 kwietnia nie były w pełni
zachowane. Major Ryżenko podawał komunikat "na kursie i ścieżce" wraz z
odległością, a piloci jedynie raz to potwierdzili. Identycznie zachowały się pod
tym względem załogi Iła-76, jak i polskich maszyn (które nie są przyzwyczajone
do "kwitowania"). Nie wywołało to jednak ani zdziwienia, ani żadnej innej
reakcji obsługi naziemnej.

Harce przy ścieżkach podejścia

Na karcie podejścia, jaką dysponowały załogi polskich samolotów, kąt nachylenia
ścieżki podejścia został określony na 2 stopnie 40 minut. Jednak MAK uważa, że
obowiązywał kąt 3 st. 10 min, a w innym miejscu prowadzi obliczenia przy
założeniu, że wynosił on 3 st. 12,3 min. Podczas konferencji prasowej
przewodniczący Komisji Technicznej MAK podał te dane odwrotnie, dodatkowo
zaokrąglając 3 st. 10 min. do 3 st. Nie wiadomo tak naprawdę, według jakiego
kąta pracowały urządzenia RSL podczas lądowania Tu-154M. Obraz na ekranie jest
nagrywany. Major Ryżenko zeznał, że magnetowid działał poprawnie, jednak według
MAK nic się nie nagrało z powodu zwarcia na jednym z przewodów. Kaseta wideo nie
została udostępniona stronie polskiej.
Tymczasem wgląd w zapis pomiarów radiolokatora byłby bardzo cenny. Z zapisu
nagranej korespondencji radiowej Ryżenki wynika bowiem, że przez cały czas
powtarza on tylko sławne już "na kursie i ścieżce", nie podając podczas czterech
sprowadzeń żadnych danych o odchyleniu. Oznaczałoby to, że Jak-40, Ił-76
(dwukrotnie) i Tu-154M schodziły przez cały czas idealnie. Jak zatem doszło do
tego, że rosyjski ił ostatecznie nie wylądował? Wreszcie, jak to możliwe, skoro
wiadomo, że polski tupolew leciał znacznie powyżej dopuszczalnego odchylenia, a
od pewnego momentu znacznie poniżej. I to niezależnie od przyjętego kąta
nachylenia ścieżki.
Niepokój budzi również odległość podawana przez KSL. Gdy padają słowa "4, na
kursie i ścieżce", samolot znajdował się nie 4 km od pasa, ale 4650 metrów. Gdy
miał być 3 km od pasa, w rzeczywistości znajdował się 3550 metrów. Wreszcie, gdy
piloci słyszą po raz ostatni tego rodzaju komunikat: "2, na kursie, ścieżce",
znajdowali się 2580 metrów od pasa. A zatem ta kluczowa odległość była
systematycznie zaniżana około 600 metrów. Przypomnijmy, że w takiej w
przybliżeniu odległości od lotniska samolot uderzył w ziemię.
Według dostępnych zapisów po przytoczonym komunikacie o odległości 2 km i
prawidłowym ustawieniu mjr Ryżenko zakończył podawanie informacji o położeniu
samolotu. Czy wtedy już maszyna znikła z ekranu? To prawdopodobne, gdyż każdy
radiolokator ma swój zakres pracy wynikający z typu urządzenia, miejsca jego
zamontowania i ukształtowania terenu. Zbyt blisko lotniska, gdy samoloty są już
bardzo nisko, różne przeszkody terenowe zakłócają sygnał i praca RSL nie jest
możliwa. Załoga polskiego samolotu nie otrzymała jednak informacji o miejscu
zakończenia pracy radiolokatora. Na pytanie o wyjaśnienie tej kwestii strona
polska nie otrzymała odpowiedzi. Dodajmy, że teren pomiędzy bliższą
radiolatarnią a progiem drogi lądowania był przed katastrofą wyjątkowo
niestarannie utrzymany, pełen drzew i wysokich zarośli. Po katastrofie polskiego
tupolewa Rosjanie wykarczowali cały teren.

Jakie współrzędne przekazali Rosjanie

Obok radiolokatora załoga miała do dyspozycji własne urządzenia nawigacyjne,
przede wszystkim komputerowy system zarządzania lotem (FMS). Korzysta on z
informacji o położeniu samolotu z satelitarnego systemu GPS. Ten jednak podaje
współrzędne według powszechnie przyjętego w geodezji i nawigacji układu WGS-84.
Na schematach (kartach podejścia), które posiadali polscy nawigatorzy,
współrzędne geograficzne zapisane są w zupełnie innym, rosyjskim systemie SK-42
(w obu przypadkach liczba oznacza rok wprowadzenia). Rosjanie, którzy przekazali
te dokumenty drogą dyplomatyczną, nie poinformowali nas o tym istotnym
szczególe, z powodu którego wprowadzono błędne dane do systemów pokładowych.
Rosyjski zbiór informacji aeronawigacyjnych (AIP) nie zawiera informacji o tym,
jakie mapy wykreślono według SK-42 ani w jaki sposób różni się on od WGS-84.
Skutki tego niedopatrzenia są poważne. Komputer pokładowy prowadził, być może,
samolot do zupełnie innego punktu niż próg pasa.
Opisane problemy nie są jedynymi. Dostępne już uwagi strony polskiej do projektu
Raportu MAK wytykają ogromną ilość podobnych niedopatrzeń ze strony obsługi
lotniska. Zostały one jednak zignorowane jako "niemerytoryczne". MAK nie podjął
ze stroną polską żadnej formy dialogu, ograniczył się jedynie do załączenia
polskich uwag (w języku polskim) do tekstu raportu zaprezentowanego 12 stycznia.
 

Piotr Falkowski

drukuj