Sekwencja żałosnych kłamstw
Raport MAK jest obliczony na przeciętną mentalność sowieckiego człowieka. W
Polsce przez ostatnie 50 lat także nastąpiła ogromna degradacja mentalności.
Dlatego też wersja rosyjska nie jest powszechnie odrzucana. Gdy słuchałem
raportu MAK w telewizji i polskich komentarzy, nadeszła ta nagła myśl – brakuje
tylko szczekaczek na rogach ulic (pamiętam przecież niemiecką okupację). Doszło
w Polsce do sytuacji, w której ludzie mówią pod presją okupacyjną i kłamią. Lub
gorzej – wierzą w to, co mówią. Wyjątkiem była konferencja Prawa i
Sprawiedliwości.
Oczywiście, spodziewałem się przedstawienia takiej treści raportu. Jest on
jeszcze gorszy niż komunikat komisji Burdenki w sprawie Katynia. Jest to żałosne
fałszerstwo. Niemcy w ciągu kilku tygodni od ogłoszenia wiadomości o zbrodni
katyńskiej powołali międzynarodową komisję składającą się z uczonych,
patomorfologów z wielu uniwersytetów europejskich. Studiowałem dokładnie
niemiecki "urzędowy komunikat" na temat zbrodni katyńskiej. Nie ma tam ani
jednego kłamstwa. Z ludności okolicznej Niemcy powołali pięciu świadków,
natomiast Burdenko powołał ich sześćdziesięciu! W 1989 roku miałem okazję
rozmawiać w Gniezdowie z jednym z nich. Nazywał się Michaił Kriwoziercow. Był to
człowiek bardzo zaawansowany wiekiem. Bał się na ten temat rozmawiać. Córka
przekonała go, mówiąc: "Chodź, starik, już ciebie na Biełomorkanał nie wywiozą".
Powiedział mi, że podpisał raport jako świadek, ale nie wiedział nawet, co
podpisuje. Został do tego zmuszony. Co ciekawe, obecnie w Rosji nadal można
usłyszeć, że Katyń był zbrodnią niemiecką. No cóż, współczesna Rosja jest
dziedzicem Rosji sowieckiej i jej mentalności.
Przez miesięce, które upłynęły od "katastrofy" smoleńskiej, pilnie śledziłem
informacje, oglądałem zdjęcia. Poprzez pierwsze kłamstwa interpretacji,
połączone z cenzurą, wykluczającą inne myślenie niż lekkomyślny błąd pilotów,
utwierdzałem się w myśli, że mógł to być zamach. Przy tak sprawdzonych pilotach
i prostym lądowaniu, na lotnisku, gdzie nikt inny już nie miał lądować, musiało
się więc zdarzyć coś nadzwyczajnego, co doprowadziło do katastrofy. Raport MAK
ukrywa to w sekwencji żałosnych kłamstw. Mówi się, że kapitan Protasiuk podjął
decyzję o lądowaniu, podczas gdy wiadomo, że po zejściu do wysokości kontrolnej
padło słowo "odchodzimy". Bo nie było warunków do lądowania. Jest całkowicie
niewiarygodne, że ci piloci mogliby postąpić inaczej. I wtedy właśnie zaczęły
dziać się bardzo dziwne rzeczy. Samolot nagle zaczął opadać z niezwykłą,
niedającą się opanować szybkością. Wkrótce znalazł się na poziomie drzew, 20
metrów nad ziemią. Widzę tu tylko dwa możliwe powody: uszkodzenia steru
wysokości samolotu (z zewnątrz?) bądź deregulacja wysokościomierzy i autopilota
dokonana z zewnątrz impulsem elektronicznym (meaconing). A działo się to w
gęstej mgle, której przed chwilą nie było (oglądaliśmy w filmie holenderskim
rosyjską niezwykłą maszynę do wytwarzania mgły). W takiej mgle, podwyższającej
ryzyko, na pewno nie chcieliby zejść poniżej 100 metrów. I nie zeszli – to tylko
niesterowny już tupolew spadł na poziom drzew. Myślę, że kapitan Protasiuk w tej
ostatniej chwili próbował lądować awaryjnie, w lesie. Przeżyłoby to wiele osób.
Jestem przekonany, że to nie wszystko o zamachu. Oprócz zejścia na poziom
fatalnej brzozy w ostatniej chwili wybuchła w samolocie bomba termobaryczna,
która powoduje ogromne zniszczenia. Nic innego nie tłumaczy takiego zniszczenia
samolotu i zmiażdżenia ciał. Interesowałem się tematyką katastrof lotniczych i
widziałem różne szczątki samolotów. Po upadku z 10 000 m nad Lockerbie widać na
zdjęciu cały kadłub, tyle że poprzerywany. Czy upadek z 20 metrów może
spowodować takie obrażenia? Identyfikowano ciała na podstawie badań DNA. Ciało
śp. Marii Kaczyńskiej zostało zidentyfikowane dopiero na podstawie obrączki. A
nie było wybuchu paliwa! Niedawno była katastrofa tupolewa w Rosji, lądowanie w
lesie, wiemy o ocalonych. W Smoleńsku zginęli wszyscy. Rosyjskie media wiedziały
o tym wcześniej, niż skończyła się lekarska obdukcja ciał. Wśród rumowiska
żelastwa z samolotu pierwszego dnia widziano kokpit, a w nim przypiętych
pilotów. Zniknął wraz z całością aparatury sterowania. A na zdjęciach fragmentów
kabiny (przecież nie fotomontaż!) widać wgięcia nie do środka (efekt upadku),
lecz na zewnątrz (efekt wybuchu w korpusie samolotu).
Ale Rosjanie usunęli także inne dowody… To ciała naszych bliskich i znajomych.
Badane w Polsce pokazałyby zapewne, że takich obrażeń nie doznaje się z 20
metrów! Były wiadomości, po przywiezieniu trumien, że na ich otwarcie nie
zezwala rosyjskie prawo… W Rzeczypospolitej?! Do dziś prokuratura nie chce
zezwolić na żadną ekshumację! Prokuratura i sądownictwo jest podporządkowane
rządowi, nie jest w Polsce niezależne. Hańba dla premiera i prezydenta! Zgoda,
by Rosjanie upokorzyli nas tymi ciałami. I nikt z urzędników nie zerwał tego
pancerza. Ale może się mylę. Bo były niby-samobójstwa i dziwne morderstwa, jak
przed 1989 rokiem.
Kłamstw słucham już od 10 kwietnia. Tezę o zamachu od początku podsuwały mi
właśnie takie paranoiczne, fałszywe komentarze. Wystarczyło posłuchać komentarzy
i trochę pomyśleć, i jeszcze przeżyć to jako polską tragedię, żeby wiedzieć, że
coś nie jest w porządku. Oddanie śledztwa przez Tuska – mimo naszej wiedzy o
Rosji posowieckiej – to więcej niż błąd. To hańbiące posunięcie, które
doprowadziło do obecnej treści raportu MAK.
Katastrofa smoleńska jest katastrofą narodowo-historyczną, podobnie jak Katyń
1940. Mimo że liczba ofiar była zupełnie inna w obu przypadkach, uważam za
uprawnione zestawienie Katyń 1940 – Smoleńsk 2010. W przypadku Smoleńska 2010
jest nawet gorzej. Bo mamy mniej lub bardziej suwerenne państwo, nastąpiła
natomiast zdrada polskiego rządu, jaką było oddanie śledztwa Rosji.
Prof. Jacek Trznadel, pisarz, krytyk literacki
