Fiasko kursu na Łukaszenkę
Polska straciła dotychczasową pozycję adwokata wolności Białorusi. Stała się
graczem "do wynajęcia", rozgrywającym cudze interesy kosztem pozbawianych siły i
ducha rodaków.
W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku polska walka o wolność i prawa
człowieka pod sztandarami "Solidarności" stała się natchnieniem całego
demokratycznego świata.
Ludzie "Solidarności", zarówno ci reprezentujący jej lewe skrzydło, jak i ci
bardziej prawicowi, zgodnie wspierali szerzenie idei wolnościowych dalej na
wschód i południe. Zgodnie poparli, pomimo esbeckich prowokacji, uchwalone przez
I Zjazd NSZZ "Solidarność" wezwanie do narodów Europy Wschodniej. Większość
znanych mi wówczas przywódców związku z wielką przychylnością odnosiła się do
wszelkich ruchów suwerenistycznych na Wschodzie. W poparcie ich dążeń włączały
się polskie organizacje pozarządowe, nowe organy władzy państwowej, jak Senat i
tradycyjnie wszystkie struktury "Solidarności": Komisja Krajowa, regiony,
sekretariaty branżowe. Doświadczenie lat osiemdziesiątych XX wieku dawało nam
bardzo mocny mandat. Stosunki z Białorusią, nie tylko ze względu na sąsiedztwo,
ale również ze względu na żyjącą tam niemal czterystutysięczną grupę Polaków,
stały się priorytetem polskich rządów niezależnie od opcji politycznej. Zasady,
którymi kierowały się władze, były niezwykle proste: popieraliśmy demokratyzację
Białorusi, jej aspiracje do związania się ze strukturami zachodniego świata,
umacnianie się demokratycznych, samorządnych organizacji Polaków, przede
wszystkim Związku Polaków na Białorusi. Ten kurs stał się bardzo wyraźny po
pojawieniu się polskich posłów w Parlamencie Europejskim, najpierw obserwatorów,
potem pełnoprawnych, wybranych w pierwszych wyborach europejskich. Myli się
Paweł Kowal, mówiąc, że Platforma Obywatelska wprowadziła hasło wsparcia przez
UE Związku Polaków na Białorusi, ponieważ są największą istniejącą tam
organizacją pozarządową. Już w 2004 roku na forum parlamentu tego argumentu
używali posłowie PiS: Konrad Szymański, ja i inni. Po objęciu przeze mnie
funkcji ministra spraw zagranicznych powtarzałam przytoczony argument w
rozmowach wewnątrzunijnych i z Amerykanami. Dodawałam, że to, co dzieje się z
ZPB, jest papierkiem lakmusowym do oceny demokracji na Białorusi, każda próba
sterowania niezależną organizacją Polaków pogłębia autorytaryzm. Aleksander
Milinkiewicz i Andżelika Borys cieszyli się naszym niezachwianym poparciem,
spotykał się z nimi wielokrotnie śp. prezydent Lech Kaczyński, premier Jarosław
Kaczyński, ja, marszałkowie Sejmu i Senatu. W 2006 roku uzgodniony został rodzaj
dualizmu w relacjach z Białorusią. Można go było nazwać metodą kija i marchewki.
Nie trzeba przywoływać obecnie przykładu polityki Ronalda Reagana wobec reżimu
Wojciecha Jaruzelskiego. Prezydent i rząd PiS stosowali tę samą metodę
stosunkowo niedawno. Na arenie międzynarodowej była to stała presja,
"umiędzynarodowienie", specjalnie zaprojektowane, dość dotkliwe sankcje, stałe
monitorowanie i utrzymywanie sprawy Białorusi jako przedmiotu debat
międzynarodowych. W relacjach bilateralnych kontakty były rygorystycznie
limitowane. Bardzo długo, pomimo medialnej awantury o wakaty ambasadorskie, nie
wysyłaliśmy polskiego przedstawiciela dyplomatycznego do Mińska, obniżając rangę
stosunków. Ambasador Białorusi nigdy nie był przeze mnie przyjęty, a możliwość
krótkiej rozmowy podczas wydarzeń dyplomatycznych była przez nas traktowana jako
nagroda za poprawę sytuacji ZPB, społeczeństwa obywatelskiego. Kontakty MSZ
dotyczyły przede wszystkim Departamentu Konsularnego i Polonii. Kanałem
komunikacji politycznej, ze względu na dominującą na Białorusi władzę
prezydenta, stało się Biuro Bezpieczeństwa Narodowego i jego ówczesny szef
Władysław Stasiak. Umiędzynarodowienie, poprzez aktywność na forum UE, NATO i
ONZ, na najwyższym szczeblu realizował prezydent RP i ze względu na
częstotliwość kontaktów ja, czasem inni ministrowie konstytucyjni. To był dobry
system. Koordynował go osobiście Jarosław Kaczyński. Wszyscy byliśmy na bieżąco
informowani o stanie rozmów, mieliśmy też znaczną swobodę działania. Mieliśmy
pewność, że realizowany jest polski interes, chroniona demokratyczna organizacja
zrzeszająca Polaków na Białorusi i rodzące się tam społeczeństwo demokratyczne.
Rząd Donalda Tuska uznał, że nasza polityka nie przynosi rezultatów w postaci
"poprawy stosunków" międzypaństwowych. Wiadomo powszechnie, że dyktatorzy są
altruistami i dążą do poprawy stosunków z sąsiadami. Duże państwa UE dążyły do
oczyszczenia pola dla relacji biznesowych z Białorusią. W obniżanie napięcia
wewnątrz mniejszości polskiej wdał się nawet osobiście ówczesny przewodniczący
PE Hans-Gert Poettering, a polskie MSZ rozpoczęło działania zmierzające do
"pojednania" ZPB Andżeliki Borys z kontrolowaną przez KGB organizacją. UE, a
przede wszystkim Niemcy i EPP [Europejska Partia Ludowa, frakcja w Parlamencie
Europejskim – wyj. red.], rozpoczęły walkę o legalizację chrześcijańskiej partii
politycznej. Radosław Sikorski ochoczo wpisał się w tak nakreślone ramy.
Ten właśnie moment, jego wypowiedzi ze spotkań z ministrem spraw zagranicznych
Białorusi Siarhiejem Martynauem, uważam za tę chwilę, w której Polska straciła
dotychczasową pozycję adwokata wolności. Stała się graczem "do wynajęcia",
rozgrywającym cudze interesy kosztem pozbawianych siły i ducha rodaków. Jaki
jest rezultat tak prowadzonej polityki? Rozbite, podzielone społeczeństwo
obywatelskie, zobojętnienie i białorutenizacja wśród Polaków, niebywałe represje
ze strony reżimu Alaksandra Łukaszenki, infiltracja opozycji przez Rosję. Kraje
takie jak Niemcy nie poniosły dużych strat, najwyżej odsuną w czasie inwestycje,
złożą kilka not i protestów. Straciła Polska i społeczeństwo obywatelskie
Białorusi. Ale minister Sikorski sprawnie zrobił zwrot przez rufę i znów jest na
przodzie. Pomaga demokracji na Białorusi.
Anna Fotyga
