Tusk: Racja stanu to ja
To ja decyduję, co jest polską racją stanu – tak powiedział Donald Tusk 10
listopada 2010 roku na pierwszym spotkaniu z rodzinami ofiar katastrofy
smoleńskiej, odpowiadając na zarzut Andrzeja Melaka, brata Stefana, który zginął
10 kwietnia, że oddanie Rosjanom śledztwa godzi w polską rację stanu.
Dlaczego szef rządu Donald Tusk nie chce przychylić się do prośby mecenasa
Rafała Rogalskiego, by ujawnić stenogramy ze spotkania w KPRM z rodzinami ofiar
katastrofy? Czy faktycznie rodziny, tak jak mówi Paweł Graś, po prostu tego
sobie nie życzą? Opublikowanie stenogramów obnażyłoby absolutną bezradność rządu
w obliczu katastrofy i grę uników, którą prowadzi premier z rodzinami.
Bezpieczniej jest więc nie ujawniać kompromitujących zapisów. Na spotkaniu 10
listopada 2010 roku Tusk pytany był m.in. o brak działań polskich fachowców na
miejscu katastrofy, a więc prokuratorów, lekarzy, których podpisów brakuje na
rosyjskich protokołach, jak również o chaos panujący po polskiej stronie. Szef
rządu, jak ujawnia portal wPolityce, przyznał, że 10 kwietnia on i jego
podwładni byli tak zaskoczeni i zszokowani tym, co się wydarzyło, że nie
wiedzieli, co robić. I gdyby taka katastrofa wydarzyła się po raz drugi, już
wiedzieliby, jakie działania podejmować.
Kłopotliwe pytania
Po naciskach rodzin premier przyznał, że nie występował do Federacji
Rosyjskiej z wnioskiem o wspólne śledztwo. Nie miał nawet takiego pomysłu. Nie
wytrzymał wtedy Andrzej Melak, który zaczął zadawać premierowi kłopotliwe
pytania. – Zapytałem premiera, co zrobili zaraz po katastrofie. Odpowiedział, że
ta katastrofa była dla nich czymś niewyobrażalnym, że nie byli przygotowani, był
weekend – mówi Melak. – Nie odpuszczałem, pytałem: ale co zrobiliście?
Usłyszałem: zebraliśmy natychmiast ministrów i polecieliśmy do Smoleńska. Panie
premierze – odparłem – przecież powinniście działać na miejscu, powołać sztab
kryzysowy, a nie lecieć do Smoleńska, bo tam powinni pojechać fachowcy do pracy.
To wyszło samo z siebie, że byli bezradni i byli dokładnie tak samo
przygotowani, jak później do powodzi – dodaje brat zmarłego w katastrofie
Stefana Melaka. Gdy w pewnym momencie Melak powiedział Donaldowi Tuskowi, że
oddanie Rosjanom śledztwa godzi w polską rację stanu, usłyszał odpowiedź
premiera: Pan wybaczy, ale o tym, co jest polską racją stanu, będę decydował ja.
Melaka oburzył również stosunek premiera do idei umiędzynarodowienia śledztwa
katyńskiego. Dopytywał, czy w związku z zebraniem 300 tys. podpisów poprze w tej
sprawie petycję Stowarzyszenia Katyń 2010. Usłyszał zdecydowane, krótkie: nie. –
Zapytałem także, dlaczego wybrali konwencję chicagowską. Premier odparł, że
wydawała się najlepsza przy tego rodzaju katastrofach. Pamiętam, że powiedział:
bo państwo rozumiecie, że Rosjanie są trudnym partnerem – relacjonuje Andrzej
Melak.
Startował wojskowy, lądował cywilny?
W pamiętnym spotkaniu z premierem uczestniczył również Dariusz Fedorowicz,
brat Aleksandra Fedorowicza, tłumacza języka rosyjskiego, który zginął pod
Smoleńskiem. – Zadawałem bardzo konkretne pytania, m.in. dlaczego strona polska
oddała bezwarunkowo śledztwo i kto za to odpowiada. Odpowiedzi właściwie nie
uzyskałem. Pan premier długo mówił, ale odpowiedzi trudno by się tam było
doszukać, wygłosił swego rodzaju expose – zaznacza Fedorowicz. Mówi, iż zapytał,
dlaczego raz twierdzi się, że to był lot wojskowy, innym razem znów, że cywilny,
przecież oczywisty jest fakt, że był to samolot wojskowy. – Dla nas jest to
dziwna sytuacja, że startuje samolot wojskowy, a ląduje rzekomo cywilny. Czyli
co, gdzieś po drodze ucywilizował się? Na to pytanie nie uzyskaliśmy odpowiedzi.
Jedyną odpowiedź, którą udało się uzyskać, było stwierdzenie premiera, kto za to
odpowiada. Pan premier powiedział, że jako szef rządu ponosi za to całkowitą
odpowiedzialność – mówi brat Aleksandra Fedorowicza. Z racji tego, że jest on
lekarzem wojskowym, postanowił zadać fachowe pytania dotyczące sekcji minister
Ewie Kopacz. Na pytanie, ilu konkretnie specjalistów polskich pojechało do
Smoleńska, a później do Moskwy, Ewa Kopacz odparła: trzech medyków, trzech
genetyków, inspektor sanitarny, czterech techników kryminalistycznych. – Były to
siły nad wyraz skromne. Siłą rzeczy nie było możliwości, żeby oni cokolwiek tam
byli w stanie znacząco pomóc w badaniach. Pytałem konkretnie o specjalistów z
zakresu medycyny sądowej, gdyż w mediach panuje troszkę pomieszanie pojęć. Mówi
się przeważnie o patologach bądź patomorfologach, a to nie są właściwi
specjaliści do wykonywania sekcji w takich przypadkach. Tutaj konkretnie powinni
być lekarze ze specjalizacją z zakresu medycyny sądowej – mówi Dariusz
Fedorowicz. – Usiłowałem także zadać pytanie o konkretne badania, bo wszyscy
operują tylko słowem ogólnikiem: sekcja. Podczas sekcji należało pobrać wiele
prób do badań specjalistycznych, branżowych, mowa tu m.in. o badaniach
histopatologicznych, które mogłyby bardzo dużo wnieść, badaniach
toksykologicznych na zawartość śladowych ilości różnego rodzaju substancji. Na
te pytania zdecydowanie nie uzyskałem odpowiedzi – mówi. Brat zmarłego tłumacza
dodaje, że podczas spotkania 10 listopada minister Kopacz wskazała na pewnego
pana siedzącego obok, mówiąc, że jest to pan profesor z zakresu medycyny sądowej
i chętnie odpowie na wszystkie pytania. W rzeczywistości nie odpowiedział na
żadne. – Jak tylko zrobiła się sposobność, że można było do niego podejść i
zadać pytania, on po prostu uciekł przede mną, nie udzieliwszy mi żadnej
odpowiedzi. Całe to spotkanie uznałem więc za swego rodzaju teatrzyk, który ma
uwiarygodnić działania pana premiera i rządu, stwarzając iluzję, jakoby rodziny
były rzetelnie i na bieżąco informowane o przebiegu śledztwa. Nic takiego jednak
nie miało miejsca. Myślę, że raczej było to sondowanie, jakie są nastroje wśród
rodzin, o co im tak naprawdę chodzi – mówi ze smutkiem.
Stenogramy powinny być upublicznione
Donald Tusk, jak twierdzi Andrzej Melak, obiecał rodzinom, że stenogramy będą
upublicznione. Dziś widzi, że niechęć do ich pokazania opinii publicznej wiąże
się głównie z tym, że stenogramy obnażyłyby bezradność rządu i skompromitowały
jej szefa. – Donald Tusk powiedział wobec wszystkich, że to spotkanie jest
rejestrowane i każdy będzie mógł otrzymać zapis przeprowadzonych dyskusji,
rozmów, jakie odbyły się 10 listopada 2010 roku. Nie dotrzymał słowa. Te
stenogramy powinny być upublicznione – oburza się Melak. Podobnego zdania jest
Ewa Błasik, żona gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP. – Chcę
upublicznienia stenogramów ze spotkań z rodzinami. Jak chodziło o stenogramy VCR,
to biegiem je upubliczniali, jeszcze zanim rodziny je poznały. Premier
absolutnie nie powinien tak się zachowywać, on nawet nie wie, co my czujemy.
Sami, na własną rękę, musimy dochodzić prawdy, bo on wierzy we wszystko, co mu
mówi premier Władimir Putin. Jestem bardzo tym zbulwersowana – podkreśla Ewa
Błasik. – Jestem jak najbardziej za tym, żeby stenogramy zostały upublicznione,
tylko żeby nie było takiej sytuacji, jak ze słynnymi już stenogramami z zapisów
z rejestratora z kabiny pilotów, które zostały zmanipulowane i w jakichś tam
fragmentach zafałszowane. Tu może być podobna sytuacja – stwierdza Dariusz
Fedorowicz. – Te stenogramy obnażyłyby bezradność rządu, bo spotkanie z
rodzinami to była gra uników, gra pozorów, niczego nowego niewnosząca. Spotkanie
skończyło się obrażeniem mojej osoby przez ks. Henryka Błaszczyka, siedzącego za
stołem prezydialnym, co było nad wyraz niesmaczne. Ksiądz prałat nazwał mnie
charakteropatą bez empatii tylko dlatego, że ośmieliłem się zadawać niewygodne
pytania i domagać się na nie odpowiedzi. Na drugie spotkanie z premierem już nie
poszedłem, bo uznałem to za bezcelowe. Wiedziałem, że bez dostępu mediów na żywo
do tego spotkania będą tam się działy takie rzeczy, jakie się działy na
pierwszym – kwituje Fedorowicz.
Piotr Czartoryski-Sziler
