Narastanie zadłużenia może się skończyć kryzysem finansowym
Z prof. Andrzejem Kaźmierczakiem rozmawia Małgorzata Goss
Jak Pan ocenia miniony rok w gospodarce?
– Ocena sytuacji gospodarczej w 2010 jest zróżnicowana. Mieliśmy tendencje
pozytywne w sferze realnej gospodarki i nieco mniej optymistyczne w sferze
sektora monetarnego. W realnej sferze obserwowaliśmy umiarkowany, powiedziałbym
nawet – dobry wzrost gospodarczy na tle innych krajów, który oscylował w
granicach 3,5-3,8 proc. PKB i był jednym z wyższych wskaźników w Europie. Tylko
Niemcy osiągały podobne tempo. Polska dosyć dobrze wyszła z kryzysu w 2009 roku.
Czy jako społeczeństwo odczuliśmy korzyści z tego, że gospodarka się
rozwijała?
– Z punktu widzenia podziału PKB, czyli podziału owoców wzrostu, wniosek nie
jest tak optymistyczny. W mijającym roku płace realne w sektorze przedsiębiorstw
wzrosły mniej niż o 1 proc., co przy wzroście realnego PKB o ponad 3,5 proc.
wskazuje na to, że świat pracy w niewielkim stopniu skorzystał z owoców wzrostu
gospodarczego. Przypomnę też, że w sferze budżetowej płace zostały zamrożone.
Kto odniósł korzyści z pozytywnych zjawisk w sferze realnej? Otóż skorzystał
sektor przedsiębiorstw. Wyrazem tego jest wzrost rachunków bankowych
przedsiębiorstw, zwłaszcza dużych korporacji i ich ogólna dobra kondycja
finansowa. Mimo to przedsiębiorstwa zmniejszyły swoje wpłaty podatkowe do
budżetu w formie podatku dochodowego, i w tym sensie to do nich trafiły owoce
wzrostu PKB. Świat pracy niewiele skorzystał. Mimo wzrostu PKB bezrobocie
utrzymywało się na bardzo wysokim poziomie, a nawet rosło. Teraz znów rośnie. To
ogromny problem polskiej gospodarki, ponieważ sprzyja dalszemu rozwarstwieniu
społecznemu. Od dawna obserwujemy niekorzystną tendencję rozwierania nożyc
dochodowych. GUS niedawno opublikował dane, z których wynika, że w Polsce w 2010
r. ponad 2 mln osób żyje poniżej minimum zdrowotnego, na granicy minimum
biologicznego. A zatem taka jest skala ubóstwa i ona się niestety nie zmniejsza.
Obserwowaliśmy też pozytywne tendencje. Głównym czynnikiem, który podtrzymywał
wzrost gospodarczy i zatrudnienie, były środki unijne. Tylko dzięki nim
rozwijaliśmy inwestycje infrastrukturalne i podtrzymywaliśmy wysoką aktywność
gospodarczą.
Wzrost PKB niestety nie zaowocował poprawą sytuacji sektora finansów
publicznych.
– Tutaj tendencje negatywne potęgowały się, spadały wpływy podatkowe, zwłaszcza
z podatku CIT od przedsiębiorstw, narastało zadłużenie sektora publicznego,
wzrastały potrzeby pożyczkowe państwa. To przełożyło się na dalszy wzrost
zadłużenia. Rząd niewiele robił, żeby te zjawiska ograniczyć. To oczywiście
będzie miało negatywne konsekwencje w przyszłości, po wyborach, gdy trzeba
będzie dług publiczny radykalnie zmniejszać, ciąć wydatki budżetowe, zwłaszcza
na cele społeczne, co zresztą już powoli się dokonuje. Nie wykorzystano szansy,
jaką dawał wzrost gospodarczy, żeby ograniczyć deficyt i dług. Szczególnie
niepokojący jest wzrost zadłużenia zagranicznego sektora publicznego oraz wzrost
zadłużenia zagranicznego całej gospodarki, czyli sektora prywatnego. Zagraniczne
zadłużenie narasta.
Grozi nam krach?
– W razie zachwiania zaufania inwestorów zagranicznych do waluty polskiej może
to skończyć się kryzysem finansowym w Polsce, bo stan zadłużenia ma ścisły
związek z przedziałem kursu walutowego i przepływami kapitału portfelowego do
Polski. Nasz dług publiczny w dużej mierze może być finansowany dzięki napływowi
kapitału portfelowego do Polski. Oczywiście jest to sytuacja tylko chwilowo
korzystna, trzeba pamiętać, że istnieją progi zadłużenia, przy których
inwestorzy mogą stracić zaufanie do polskiej waluty.
To, co jest bardzo niebezpieczne dla finansów publicznych, a czego nie udało się
rozwiązać, to tzw. bomba emerytalna. Chodzi o narastające zobowiązania państwa i
otwartych funduszy emerytalnych wobec tych, którzy płacą składki, a w
przyszłości jako emeryci zgłoszą się po świadczenia. Nasz system emerytalny jest
deficytowy, zarówno ZUS, jak i OFE. Ten problem się pogłębia wskutek
niekorzystnej struktury demograficznej. Przybywa osób, które wkrótce będą
pobierać świadczenia, a ubywa młodych opłacających składki. To jeden z
najgroźniejszych problemów stojących przed finansami publicznymi. Mamy sytuację
bardzo groźną: rząd nie może podjąć zdecydowanych decyzji w sprawie systemu
emerytalnego, a dług ciąży coraz mocniej, grożąc w przyszłości bankructwem
systemu emerytalnego, a w każdym razie – radykalnym zmniejszeniem dochodów
przyszłych emerytów. Niestety, przed nami rok wyborczy, a zatem te problemy
zostaną utrwalone. Opóźnienia we wdrażaniu reform będą z kolei zmuszały do
jeszcze bardziej radykalnych działań w sferze finansów publicznych, które uderzą
głównie w ludzi pracy najemnej, a nie sfery żyjące z kapitału.
Co czeka nas w nowym roku?
– To będzie rok stabilizacji na umiarkowanie niskim poziomie. Wzrost 3,5 proc.
PKB jest zjawiskiem pozytywnym, ale nie rokuje nadziei na zbliżenie poziomu
życia w Polsce do krajów Europy Zachodniej. Sądzę jednak, że nie odczujemy
zjawisk kryzysowych, ponieważ w okresie wyborczym rząd za wszelką cenę będzie
się starał pozyskać elektorat. Problemy finansów publicznych – póki to będzie
możliwe – będą tuszowane, maskowane przez sztuczki księgowe, pożyczki w kraju i
za granicą, dodatkową emisję skarbowych papierów dłużnych, słowem – dalszy
wzrost zadłużenia. Zbliżamy się do niebezpiecznej granicy, czyli drugiego progu
ostrożnościowego z ustawy o finansach publicznych, a jeśli nie będzie zmian –
dojdziemy do progu konstytucyjnego. To będzie już złamanie Konstytucji! Zapewne
instynkt rządzących sprawi, iż tej granicy nie przekroczymy, ale ona się zbliża,
a firmy ratingowe już ostrzegają Polskę przed obniżeniem ratingu.
Dziękuję za rozmowę.
