Rząd niweczy szanse
W nowym roku bogaci będą bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi – prognozują
eksperci. Podwyżki podatków oraz cen towarów i usług zamożni obywatele
zrekompensują sobie podwyższonymi dochodami. Natomiast osoby uboższe – a tych
jest w Polsce zdecydowana większość – będą musiały szukać oszczędności.
Ograniczą więc środki na edukację swoich dzieci, na ochronę ich zdrowia, na
kulturę, wypoczynek. Słowem, na wszystko, co jest szansą na cywilizacyjny skok i
rozwój.
Mija kolejny rok globalnego kryzysu. Biorąc pod uwagę jego możliwe skutki, wielu
ekonomistów podkreśla, że w miarę dobra sytuacja gospodarcza Polski to zasługa
przedsiębiorców, a nie rządu. Brak reformy finansów publicznych odbija się
jednak nie tylko na kondycji przedsiębiorstw, ale również – a może przede
wszystkim – na stanie budżetów domowych polskich rodzin. Prognozy na następne
lata również nie napawają optymizmem.
W analizach skutków kryzysu przeprowadzanych w większości mediów prawie w ogóle
nie wspomina się, że zmianie ulega struktura wydatków rodzinnych. Profesor
Józefina Hrynkiewicz, kierownik Katedry Polityki Społecznej Uniwersytetu
Warszawskiego, przewiduje, że rodziny uboższe będą zmuszone do ograniczenia
wydatków na edukację, ochronę zdrowia, wypoczynek, kulturę, rekreację. Coraz
większą część dochodu zabierać będą bowiem wydatki na żywność, utrzymanie
mieszkania, transport, ubranie i obuwie. A więc wydatki na towary i usługi
podstawowe wypierać będą wydatki na usługi cywilizacyjne, zapewniające rozwój i
niwelujące różnice w warunkach tego rozwoju. – Brak dostępu do ochrony zdrowia,
edukacji, kultury, wypoczynku jest wysoce szkodliwy dla rozwoju i warunków życia
młodego pokolenia Polaków – ocenia prof. Hrynkiewicz.
Przeciętna polska rodzina?
Zdaniem ekspertów, mówienie o sytuacji ekonomicznej "przeciętnej polskiej
rodziny" to nieporozumienie. – To bardzo zaciemnia obraz położenia materialnego
rodzin – ocenia prof. Józefina Hrynkiewicz. I tłumaczy: – Jaką wartość ma
średnia, gdy w 2009 roku średni dochód na osobę w małżeństwie bez dzieci wynosił
1588 zł miesięcznie, a w rodzinie z trojgiem dzieci 642 złote? W rodzinach
wiejskich dochód miesięczny na osobę był o 29 proc. niższy (835 zł) niż w
rodzinach miejskich (1255 zł), dochody rodzin w woj. mazowieckim wynosiły 1439
zł na osobę, a w woj. podkarpackim 835 zł (mniej o 25 proc.). Dane te pochodzą z
badania budżetów gospodarstw domowych przeprowadzonego przez GUS w 2009 roku.
Wskazują one jednoznacznie, że dochody rodziny zależą od liczby osób
zarobkujących w niej, wysokości ich zarobków, liczby osób (w tym dzieci) na
utrzymaniu, miejsca zamieszkania (miasto, wieś) oraz regionu (a nawet powiatu w
regionie).
– Przeciętna dochodów rodzin nie informuje o ich położeniu, lecz czasem
dezinformuje – podkreśla prof. Hrynkiewicz.
Mniej pieniędzy dla rodzin
– W polityce obecnego rządu, w uchwalonym budżecie państwa na 2011 rok, nie ma
środków na pomoc rodzinom wychowującym kilkoro dzieci, utrzymującym osoby
niepełnosprawne, nie ma środków na skuteczne zwalczanie bezrobocia, na rozwój
mieszkalnictwa – tak brak realnej polityki rodzinnej rządu komentuje prof.
Hrynkiewicz. Przeciwnie, zmniejsza się środki na wszystkie ważne dla położenia
rodzin dziedziny (edukacja, zdrowie, zatrudnienie, pomoc rodzinom,
mieszkalnictwo itp.). Podnosi się podatki (nie tylko VAT, ale także podatki
lokalne), które uderzają w dochody rodzin, szczególnie tych najuboższych.
Dotknie to z pewnością rodzinę Janiny i Krzysztofa Andrzejewskich. Czworo z ich
ośmiorga dzieci jest już dorosłych, na wychowaniu pozostaje czworo najmłodszych.
Na skromny budżet domowy składa się wynagrodzenie męża, pracownika oświaty, oraz
renta pani Janiny, która jest osobą niewidomą. Każdego dnia muszą podejmować
decyzje, na co mogą sobie pozwolić, a z czego muszą zrezygnować, tak aby przeżyć
kolejny miesiąc. – Najpierw płacimy rachunki, a potem dopiero zastanawiamy się,
na co jeszcze wystarczy – tak wydatki swojej rodziny opisuje pani Janina.
Zaznacza, że o żadnych "luksusach" nie ma mowy. – Bardzo dużym wydatkiem jest
już chociażby bilet do kina, ale jak tu dziecku odmówić, kiedy cała klasa idzie
na film? – dodaje.
Niepewność jutra
Zdaniem prof. Hrynkiewicz, obecna polityka rządu jest szczególnie niekorzystna
dla ludzi młodych, a zwłaszcza dla tych, którzy założyli rodziny i mają dzieci
na utrzymaniu. – To oni ponoszą samodzielnie koszty pozyskania mieszkania i
wychowania potomstwa i to oni są często zatrudniani na podstawie różnych
niestabilnych i niepewnych form (umowa o dzieło, zlecenie, fikcyjne
samozatrudnienie), jak również na czarno – wyjaśnia. To nie daje podstaw do
zaciągnięcia kredytu na pozyskanie mieszkania lub budowy domu, a także nie
pozwala na uzyskanie stabilnych podstaw bytu własnej rodziny. – Nie trzeba chyba
wyjaśniać, co dla odpowiedzialnych rodziców oznacza niepewność jutra i
nieustająca troska o zaspokojenie elementarnych potrzeb rodziny. Polityka
obecnego rządu prowadzi młodych Polaków do masowej emigracji do krajów, gdzie
mogą znaleźć zatrudnienie i zarobić na chleb – ocenia.
Rząd nie dba o przedsiębiorców
– Miniony rok był niezwykle trudny dla przedsiębiorstw. Głównym grzechem tego
rządu jest to, że w ogóle nie dba o przedsiębiorców – twierdzi Jerzy Bielewicz,
finansista ze Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek". Potwierdza to Dorota
Tyszkiewicz, prezes firmy Melex, producenta pojazdów elektrycznych w Mielcu.
Mimo że miniony rok ocenia jako udany, bo produkcję utrzymano na poziomie z lat
poprzednich, a nawet pozyskano nowych zagranicznych klientów, to jednak firma
miała poważne problemy związane z opcjami walutowymi. – Liczyliśmy na bardziej
zdecydowaną pomoc polskiego rządu w tej sprawie, a tymczasem zostaliśmy
pozostawieni sami sobie – zauważa prezes Tyszkiewicz. Firma musiała podpisać
ugodę z bankiem, w przeciwnym razie miałaby poważne problemy z przetrwaniem. Jak
dodaje prezes, następne lata będą czasem wytężonej pracy, aby móc pokryć koszty,
które są wynikiem podpisanej z bankiem umowy.
Zdaniem Jerzego Bielewicza, brak reformy finansów publicznych ma olbrzymie
przełożenie na biznes, ponieważ skutkuje dewaluacją złotego. Jak zauważa, w
chwili obecnej złotówka jest jedną z najbardziej rozchwianych walut w Unii
Europejskiej i całym regionie Europy Środkowej. W tak niepewnej sytuacji trudno
jest sporządzać plany biznesowe na przyszłość. Na dodatek cały czas wychodzą od
rządu sprzeczne informacje dotyczące np. podniesienia płaconej przez
przedsiębiorców składki na ubezpieczenia zdrowotne. Do tego dochodzą wzrost
podatków, sprzeczne interpretacje prawa podatkowego oraz gmatwanina procedur
biurokratycznych oplatająca biznes niczym pajęczyna.- Niepokojące jest, że w
publicznych mediach o niektórych podwyżkach podatków w ogóle się nie mówi –
zauważa finansista. W tym roku drastycznie, nawet kilkakrotnie, wzrastają
podatki od nieruchomości i gruntów. – Znam sytuację przedsiębiorcy z Warszawy,
któremu tuż po wyborach prezydenckich w tym mieście podatek ten został
podniesiony aż czterokrotnie.
Politycy i przedsiębiorcy na różnych biegunach
Finansiści alarmują, że rząd zawarł swoisty pakt z lobby bankowym, na co
wskazuje skład rady gospodarczej przy premierze. – W tym kontekście szczególnie
niepokoją plany sprzedaży PKO BP, banku, który jako ostatni mógłby skutecznie
wspierać rodzimych przedsiębiorców – ocenia Bielewicz. Do wyobraźni przemawia
również wysokość zadłużenia naszego państwa. – To, że Polska ciągle się zadłuża,
a koszty obsługi tego zadłużenia będą wynosiły w przyszłym roku 40 miliardów
złotych, świadczy o tym, że ryzyko zapaści finansowej jest bardzo duże. Zdaniem
Bielewicza, gospodarka z perspektywy przedsiębiorców traci dynamikę. – Rodzime
przedsiębiorstwa, szczególnie średnie i małe, pozbawione są kredytu obrotowego.
W związku z tym narastają tzw. zatory płatnicze. Banki, widząc niestabilną
sytuację w finansach państwa, powstrzymują akcję kredytową. W konkurencji z
firmami zagranicznymi, które mają możliwość pozyskiwania kapitału w swoich
rodzimych bankach działających na naszym rynku, polscy przedsiębiorcy zostali
więc postawieni w bardzo złej sytuacji – mówi Bielewicz. Jak zauważa, rekordowa
liczba upadłości w tym roku, które kończą się zwykle likwidacją rodzimych
przedsiębiorstw, nie nastraja optymistycznie. – Szczególnie rażą wadliwe
procedury sądowe, uprzywilejowanie banków (np. bankowy tytuł egzekucyjny –
kuriozum z lat stalinowskich) i całkowity brak ochrony praw pracowniczych, co
jest oczywiście korzystne wyłącznie dla kredytodawców i znakomicie ułatwia
przejmowanie majątku upadłego – wyjaśnia finansista.
Państwo ma tak duże potrzeby pożyczkowe, że po prostu wypycha z rynków
finansowych przedsiębiorców. – Bankom bardziej opłaca się pożyczyć państwu
polskiemu niż przedsiębiorcy, gdyż wtedy ponoszą mniejsze ryzyko – twierdzi
Bielewicz. – Można powiedzieć, że politycy ustawili się na przeciwnym biegunie
do rodzimego biznesu. Przedsiębiorcy robią swoje, natomiast państwo nie
wywiązuje się ze swoich obowiązków wobec nich – podsumowuje finansista.
Jedno okienko i gąszcz przepisów
Oprócz tego rząd chwalił się, że wprowadzi uproszczenia dla przedsiębiorców
chcących rozpocząć działalność gospodarczą (słynne "jedno okienko") oraz
ograniczy do minimum biurokrację. A tymczasem szczególnie przedsiębiorcy
prowadzący małe rodzinne firmy skarżą się, że przepisów utrudniających im
działalność nie tylko nie ubywa, ale wręcz przeciwnie, jest ich coraz więcej. –
Niepotrzebnej dokumentacji jest – mówiąc najogólniej – za dużo. Bierze się to z
ciągle zmieniających się przepisów – ocenia Jan Fołta, właściciel Zakładu Uboju
i Przerobu Mięsa w Markowej, niewielkiej firmy rodzinnej oferującej tradycyjne
wyroby wędliniarskie. Jego zdaniem, nadmiar biurokracji powoduje duży bałagan,
który nie tylko komplikuje życie przedsiębiorcom, ale przede wszystkim odbija
się na cenach produktów. – Im mniej państwo i urzędy mieszają się w gospodarkę,
tym lepiej. Przedsiębiorcy sobie poradzą – podsumowuje Fołta.
Oceniając politykę gospodarczą rządu, nie da się przejść obojętnie wobec afer,
które ujrzały światło dzienne. – Raport komisji hazardowej, wyrokujący
całkowicie wbrew faktom i logice, praktycznie usankcjonował państwo bezprawia –
ocenia Bielewicz. Jego zdaniem, jest to bardzo niebezpieczne i świadczy o
patologii w państwie. Dlatego u małych przedsiębiorców występuje często obawa,
czy w przypadku rozrastania się prowadzonego przez nich biznesu nie staną się
przedmiotem wrogich działań bądź nacisków politycznych. Ekspert ze
Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek" zwraca również uwagę na traktowanie funduszy
unijnych jako narzędzia politycznego. – Docierają do mnie skargi, że to, czy
otrzyma się środki z funduszy, czy nie, może zależeć od tego, jakie ma się
poglądy polityczne. A to prowadzi do korupcji, nie tylko politycznej – twierdzi
finansista.
Polski "subprime"
Duże zagrożenie dla przyszłości ekonomicznej wielu Polaków Bielewicz upatruje
także w trudnej sytuacji, w jakiej znalazły się osoby, które zaciągnęły kredyt
we frankach szwajcarskich.
– W związku z tym, że postępuje dewaluacja złotego i frank szwajcarski jest
rekordowo drogi, podstawa naliczenia oprocentowania tych kredytów może być
większa nawet o 50 procent. A to oznacza tragedię dla wielu tysięcy rodzin –
podkreśla. Według niego, kredyty we frankach szwajcarskich mogą stać się naszymi
polskimi kredytami "subprimes" i doprowadzić do zapaści na rynku nieruchomości.
Chodzi tu o kredyty udzielone niejako na wyrost, biorąc pod uwagę możliwości
finansowe osób, które je zaciągnęły. – Podobnie jak rzecz się miała z opcjami
walutowymi, rząd w ogóle nie zwraca na to uwagi, gra na czas, stosuje taktykę
"tu i teraz", w ogóle nie martwiąc się o przyszłość – konkluduje Jerzy
Bielewicz.
"Zielona wyspa" ubóstwa
Na pytanie, co z ekonomicznego punktu widzenia czeka polską rodzinę w następnym
roku, prof. Hrynkiewicz odpowiada: – Nic dobrego. Bogaci będą bogatsi, a biedni
jeszcze biedniejsi. Osoby uboższe, a tych jest w Polsce zdecydowana większość,
będą musiały szukać oszczędności. Dotkną one wszystkich sfer, które nie są
konieczne do przeżycia. Ograniczą więc środki na edukację dzieci, żywność lepszą
zastąpią tą mniej wartościową. Będzie się oszczędzać na ogrzewaniu, na
oświetleniu mieszkań.
Zdaniem prof. Hrynkiewicz, pogłębiać się będzie zróżnicowanie w materialnych
warunkach życia rodzin. – Polska jako "zielona wyspa sukcesu gospodarczego" nie
utraci też swojej haniebnej pozycji – pierwszej wśród krajów UE – państwa, gdzie
jest najwięcej głodnych, żyjących w skrajnym ubóstwie dzieci (tj. ok. 22 proc.)
– wskazuje. W Polsce pogłębią się różnice w dochodach najbogatszych i
najbiedniejszych (20 proc. najbogatszych gospodarstw miało w 2009 roku dochody
aż o 6,4 proc. razy wyższe niż 20 proc. gospodarstw najbiedniejszych).
Ubóstwo dotyka najczęściej rodziny ze wsi, małych miast, bezrobotne,
wielodzietne oraz tych, którzy opiekują się osobą niepełnosprawną. Najwięcej
ubogiej ludności mieszka w województwach: świętokrzyskim, warmińsko-mazurskim,
lubelskim, podlaskim i kujawsko-pomorskim. 17 proc. mieszkańców wsi zagrożonych
jest ubóstwem. I to się nie zmieni. Analiza przedsięwzięć rządu na kolejny rok
nie daje podstaw, aby przewidywać zmiany na lepsze. – Nie widzę ze strony rządu
żadnych pozytywnych działań, które trwale zmieniałyby położenie słabszych
ekonomicznie grup ludności w Polsce (tych pogardzanych i wyśmiewanych,
niewykształconych, biednych, z małych miast i wsi). Tego stanu nie zmienią nawet
najwystawniejsze "wigilie" i "śniadania dla ubogich". To wymaga zmiany polityki
społecznej państwa we wszystkich jej zakresach – podsumowuje prof. Hrynkiewicz.
Bogusław Rąpała
