W katalogu Maksymienkowa były szczątki z lampasami
Z Markiem Borawskim, fotoreporterem "Naszego Dziennika", który był
świadkiem rozmowy z dr. Michaiłem Maksymienkowem i który widział katalog zdjęć
sekcyjnych ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego, rozmawia Anna Ambroziak
Jako jedyny polski fotoreporter był Pan świadkiem rozmowy "Naszego Dziennika"
z dr. Michaiłem Maksymienkowem, widział Pan zdjęcia sekcyjne. "Gazeta Wyborcza"
(która nie miała dostępu do katalogu dr. Maksymienkowa) "ustaliła", że nie może
być żadnych wątpliwości co do identyfikacji ciała pana prezydenta, bo nie było
przy nim fragmentów innych ciał.
– Nigdy nie zapomnę tego dnia i wizyty w smoleńskim zakładzie ekspertyz
sądowych. Tak, byłem świadkiem rozmowy "Naszego Dziennika" z dr. Maksymienkowem,
widziałem katalog wstrząsających zdjęć sekcyjnych. Rzeczywiście, ciało
prezydenta było w bardzo złym stanie. Ale widać było wyraźnie, że na stole
sekcyjnym była noga w lampasie generalskim. Być może oni tego wcześniej nie
widzieli, ale kiedy te szczątki obmyto, opłukano, okazało się, że jest tam
lampas, a raczej to, co z niego zostało.
Miał Pan problemy z identyfikacją ciała?
– Na zdjęciach widać było oderwaną rękę i nogę. Ale były też zdjęcia, na których
tych elementów nie było widać. Jeśli chodzi o twarz – nie opisałbym jej jako
zmiażdżonej (jak to określiła "GW"), ale raczej jako rozbitą. To chodziło o
część twarzy. Doktor Maksymienkow pokazał nam w sumie kilkanaście zdjęć.
Różniły się czymś istotnym?
– Były zdjęcia ciała jeszcze brudnego, więc chyba zrobione zaraz po
przyniesieniu z miejsca katastrofy. Były też zdjęcia, które wykonano po obmyciu
ciała. Widać było zbliżenia blizn. Widziałem też zdjęcie ciała w krawacie i bez
krawatu…
Nagie ciało tylko w krawacie. To było dla mnie bardzo upokarzające. Miałem
wrażenie, że sposób potraktowania ciała prezydenta był też jakąś formą
upokorzenia całego państwa polskiego. Nie sposób było nie odnieść dokładnie
takiego wrażenia.
W jakiej atmosferze przebiegała rozmowa?
– Określiłbym ją jako dobrą. Cała nasza wizyta trwała około pół godziny. Lekarz
spytał, z jakiego dziennika jesteśmy. Przedstawiliśmy się, że z Polski, z
"Naszego Dziennika". I zgodził się na rozmowę. Powiedział, że jesteśmy jedynymi
dziennikarzami, z którymi rozmawia na temat katastrofy.
Od kogo wyszła inicjatywa obejrzenia tych zdjęć?
– Z tego co pamiętam, lekarz sam nam to zaproponował. Nie chcieliśmy się
narzucać. To była absolutnie wyjątkowa i delikatna sytuacja. Przywołał nas do
swojego komputera, na którym miał zapisany katalog sekcyjny. Zakazał tylko
robienia zdjęć, pokazując na mój aparat i czyniąc wyraźny gest zakazu. Rozmawiał
z nami bardzo życzliwie, odpowiadał na pytania, tłumaczył, na czym polegała jego
rola w nocy z 10 na 11 kwietnia, opowiadał o dziwnym zachowaniu prokuratora
Parulskiego. Z jego relacji wynikało, że generał Parulski zachowywał się tak,
jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje.
Wyszliśmy z tego morgu przygnębieni, ciężko było się otrząsnąć po tym, co
zobaczyłem. I samo to miejsce, obskurny barak na obrzeżach Smoleńska… Nie
rozumiem, jak strona polska mogła się zgodzić na sekcję ciała prezydenta w
takich makabrycznych warunkach.
Dziękuję za rozmowę.
