Poczet prezydentów III RP

Cóż z tego, że Bronisław Komorowski był w opozycji, skoro zapraszając i
rehabilitując Wojciecha Jaruzelskiego, sowieckiego janczara, wymierzył policzek
wszystkim bezimiennym działaczom, drukarzom, kolporterom podziemnej
"Solidarności".

Wojciech Jaruzelski, kryptonim "Wolski", pierwszy prezydent III RP, wybrany z
łaski głosów nieważnych oddanych przez oportunistów Okrągłego Stołu. Wierny
janczar sowieckiego imperium, dławiciel wolności Czeskiej Wiosny, kat robotników
Wybrzeża w 1970 r., kat Narodu Polskiego w roku 1981. Miał na tyle cynizmu, aby
pojawić się z "przeprosinami" u rodziców zamordowanego przez esbeka Bogdana
Włosika. Człowiek, na którym nadal ciążą oskarżenia procesowe. Wybrali go nasi
"opozycjoniści" i do dziś hołubią.
Drugi prezydent III RP był trybunem ludowym. Zwykł o sobie mówić, że to on
zrobił Sierpień i "Solidarność". Pseudo: "Bolek". Po kryjomu wyprowadzający z
UOP dokumenty na swój temat. Wspierający – przeciwko Narodowi – "lewą nogę".
Trzeci był w cudnym niebieskim krawacie – przefarbowanym z czerwonego, chory na
"filipińską chorobę", nawołujący do szydzenia z Papieża Polaka, wsławiony
pijaństwem na grobach katyńskich. Podobno – agent "Alek". Przetrwał dwie
kadencje. O mało co magister.
Czwartym był prawdziwy inteligent, doktor praw, profesor Uniwersytetu
Gdańskiego, uczestnik walk "Solidarności", obrońca polskiego interesu
narodowego, człowiek świadom zagrożeń Europy i Polski. Za prezydentury zgotowano
mu spektakl upokorzeń, wreszcie unicestwienie – udało się go zabić.
Piątym jest 11-dniowy magister historii, "hrabia", opozycjonista. Obok niego
mamy innego "historyka". Donald Tusk sławny z wypowiedzi, że "polskość to
nienormalność", i z uczestnictwa w ponurym sądzie kapturowym nad rządem Jana
Olszewskiego (jeśli komuniści nas poprą, to się uda), znany z filmu "Nocna
zmiana".

Hańba Polski
Wybrany 9 milionami polskich głosów Bronisław Komorowski nie jest poczciwym
"papą gafą" ani panem Jowialskim. Historię własnego Narodu ma za nic. Lista jego
dokonań, jak na krótki czas prezydentury, jest "znacząca". Zawiera w sobie i
"mruganie" do Polaków z ekranu podczas wizyty w Moskwie ("myśmy tu byli w
1612"), i równoczesny wiernopoddańczy hołd wobec wszechcara Rosji Władimira
Putina. Komorowski jeszcze przed śmiercią prezydenta Kaczyńskiego ogłasza się
elektem.
Atakując w prasie krzyż przed Pałacem Prezydenckim, dozwala na agresję
barbarzyńskiej zgrai wobec ludzi broniących krzyża na Krakowskim Przedmieściu.
Chyłkiem, po cichu, dysponuje wmurowanie tablic nie ku czci ofiar, ale "Polaków
modlących się pod krzyżem". Bladym świtem powoduje usunięcie krzyża sprzed
Pałacu Prezydenckiego.
Próbuje postawić bolszewikom z 1920 r. pomnik chwały na polu Bitwy Warszawskiej,
w rocznicę historycznego polskiego zwycięstwa, ocalającego nie tylko Polskę, ale
i Europę. Ku pohańbieniu Narodu Polskiego i bohaterskich obrońców – z ks.
Ignacym Skorupką na czele. Tym aktem prezydent RP znieważył pamięć 200 tys.
żołnierzy poległych za Polskę w tej wojnie.
Nadaje najwyższe odznaczenia współarchitektom Okrągłego Stołu, w tym szczególnie
zasłużonemu w zohydzaniu Polski.
Oznajmia nam, 10 milionom członków "Solidarności", 8 milionom głosującym przeciw
niemu, że zaprasza agenta "Wolskiego" – współsprawcę masakry polskich
stoczniowców w 1970 r., sowieckiego kondotiera w Czechosłowacji w 1968 r.,
człowieka, który ma na rękach krew polskich patriotów lat 40. i 50., górników
kopalni "Wujek" z 1981 r. – do Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
Ten człowiek nie tylko nigdy się nie pochylił nad katastrofą smoleńską, ale
usilnie zabiegał o zatarcie jej pamięci, sekundował w opluwaniu Narodu
(nekrofilia, matoły, wataha do wyrżnięcia) przez swoich kolegów z PO. Kraj się
wali, jego bezpieczeństwo zagrożone jest w wielu dziedzinach, a prezydent wzywa
do rady w sprawie bezpieczeństwa sowieckiego żandarma Polski, słynnego z obrony
komunizmu przed Polakami.
Mieniący się katolikiem, pierwszy obywatel RP ośmiela się post factum ingerować
w kazanie ks. płk. Sławomira Żarskiego wygłoszone 11 listopada w warszawskim
kościele Świętego Krzyża. Tego nie zrobił nawet żaden z komunistycznych władców
Polski. Tak zachowywał się Jerzy Urban wobec ks. Jerzego Popiełuszki.
Jeszcze chwila, a na salony belwederskie trafi "człowiek honoru", generał
Kiszczak. I będzie jak w Mickiewiczowskim menuecie z "Dziadów":
[Salonowcy]: Jaka muzyka, jaki śpiew,
Jak pięknie meblowany dom.
[Patrioci]: Te szelmy z rana piją krew,
A po obiedzie rum.
[Salonowcy]: Och, jaka świetność,
przepych jaki. (…)
[Patrioci]: Ach, szelmy,
łotry, ach, łajdaki!
Żeby ich piorun trzasł.
Historia to nie 11 dni pisania pracy magisterskiej, historia to ta prawda,
jakiej nauczał nas Jan Paweł II. Strzeżcie mi tego krzyża, od Tatr do Bałtyku,
strzeżcie mi tego dziedzictwa, które nazywa się Polską. Pan je już zaprzedał,
Panie Hrabio Komorowski, Pan to wszystko zaprzedał – ku upodleniu Polski. Pan
sprzedał to, co Polska miała do zaofiarowania Europie. I cóż stąd, że był Pan w
opozycji i doznał prześladowań ze strony komunistycznej władzy? Doznało ich
tysiące Polaków, dziś wielu z nich żyje w skrajnej biedzie. Zapraszając na
posiedzenie RBN Jaruzelskiego, sowieckiego janczara, wymierzył pan policzek
wszystkim tym bezimiennym działaczom, drukarzom, kolporterom podziemnej
"Solidarności", napluł pan w twarz własnemu Narodowi. Ale pohańbił Pan nie tylko
Naród, pohańbił Pan przede wszystkim wysoki urząd Prezydenta RP. Choćby nie wiem
ile cioć arystokratek, zaprzańców i Palikotów Panu przyklasnęło – nic tego nie
zmyje. Zbezcześcił Pan ofiarę krwi, dzięki której piastuje Pan zaszczytny urząd,
skalał pamięć ofiar stanu wojennego i dobre imię Polaka. Historia nie trwa 11
dni i zapisze Pańskie imię najczarniejszymi zgłoskami. Już je zapisała.

Dr Elżbieta Morawiec
 

drukuj