Tego chłopaka nie można było wyciągnąć z symulatora
Z Ryszardą Berezowską-Ornat, wykładowcą na Wydziale Materiałoznawstwa,
Technologii i Wzornictwa Politechniki Radomskiej im. Kazimierza Pułaskiego w
Radomiu, emerytowaną nauczycielką fizyki w Ogólnokształcącym Liceum Lotniczym w
Dęblinie, wychowawczynią ppłk. Roberta Grzywny, rozmawia Marta Ziarnik
Przez kilkanaście lat związana była Pani z Ogólnokształcącym Liceum Lotniczym
w Dęblinie. Jak wspomina Pani swoich uczniów – pilotów?
– Moja znajomość z wychowankami dęblińskiego liceum rozpoczęła się w 1982 roku,
kiedy to rozpoczęłam pracę najpierw w Liceum Lotniczym, przekształconym później
w Ogólnokształcące Liceum Lotnicze. I będąc do 1998 roku wychowawczynią pięciu
klas, pięciu roczników, poznałam wielu naprawdę wartościowych młodych ludzi.
Młodzieńców pełnych zapału do lotnictwa, chłopców z marzeniami o zdobyciu zawodu
pilota wojskowego. Do takich ludzi należeli właśnie Robert Grzywna i Arkadiusz
Protasiuk.
Jakimi byli uczniami?
– Obaj kochali latanie. I pomimo różnych trudności, które stawały im na drodze
do realizacji tych marzeń, uparcie dążyli do osiągnięcia swojego celu.
Pogłębiali swoją wiedzę i starali się być najlepsi w tym, co robią.
Była Pani wychowawczynią Roberta Grzywny?
– Przez cztery lata był moim wychowankiem. Był to chłopiec bardzo wesoły,
towarzyski i pełen optymizmu, a tą radością starał się zarażać pozostałych.
Patrząc na Roberta, nie sposób było nie zauważyć, że bardzo lubił zajęcia
związane z jego przyszłym zawodem, w tym zwłaszcza skoki ze spadochronem i
latanie na szybowcach. W czasie obozów szkoleniowych był bardzo aktywnym
uczestnikiem i z wielką satysfakcją odbywał kolejne szkolenia, którymi żył
jeszcze dużo wcześniej i później.
Wyróżniał się w jakichś dziedzinach?
– Robert nigdy nie narzekał w szkole na trudności, ale gdy się pojawiały,
pokonywał je dodatkową, wytężoną pracą. Muszę powiedzieć, iż był bardzo
sumiennym uczniem i że pasjonowały go zwłaszcza przedmioty zawodowe. Często po
zajęciach widywałam Roberta w pracowniach technicznych, gdzie poszerzał swoją
wiedzę. I robił to nie dlatego, że ktoś mu kazał, tylko sam dla siebie, by
wiedzieć, jak najwięcej w materii, która go tak pasjonuje. Zawsze interesował
się wszystkim, co jest związane z lataniem. Pamiętam, że w czasie wycieczki
samolotowej AN-11 do Wrocławskiej Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych Robert
utknął w symulatorze i nie mogłam go wprost z niego wyciągnąć, tak był tym
zafascynowany. Podobnie było wszędzie, gdzie tylko mógł się zapoznać z nowinkami
technicznymi. Wszystkiego musiał sam dotknąć, sprawdzić i poznać mechanizm. Do
dziś wspominam te chwile z rozrzewnieniem.
Nauczyciele, z którymi wcześniej rozmawialiśmy, podkreślali, że Robert
Grzywna był bardzo lubiany przez kolegów…
– Tak, Robert był bardzo lubiany przez swoich kolegów. Także z tego względu, że
– jak już mówiłam – był bardzo radosnym młodzieńcem. Często też organizował
różne imprezy towarzyskie w klasie, podczas których starał się związać ze sobą
grupę. A ponieważ był muzykalny, często z zespołem zabawiał kolegów także w ten
sposób. Był też współautorem części artystycznej studniówki, która okazała się –
zarówno wśród kolegów, jak i nauczycieli – wielkim sukcesem.
W czasie nauki w OLL pomiędzy chłopcami zawiązywały się silne więzy przyjaźni,
które przetrwały mimo rozstania z liceum i dokonywanymi przez tych chłopców
różnymi wyborami dalszej drogi życia. Wiem, że Robert z wieloma kolegami
utrzymywał znajomość już po zakończeniu liceum. Z częścią z nich kontynuował też
naukę w Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie.
Robert czasami odwiedzał mnie po ukończeniu liceum, ale te kontakty były już
raczej sporadyczne, gdyż choć dalej studiował w Dęblinie, to jednak miał
naprawdę bardzo dużo zajęć. Był to też okres jego pierwszej miłości i cały wolny
czas poświęcał swojej dziewczynie. Kiedy jednak znalazł wolną chwilę pomiędzy
nauką a obowiązkami, przychodził choć na chwilę do szkoły porozmawiać ze swoimi
byłymi nauczycielami i młodszymi kolegami. Nasze drogi rozeszły się po
ukończeniu przez Roberta WSOSP, gdyż później się wyprowadził. Nadal jednak
miałam o nim informacje od jego kolegów z klasy, z którymi miałam jeszcze
kontakt.
Zauważyła Pani kiedykolwiek u ppłk. Grzywny symptomy ryzykownych zachowań?
– Absolutnie nigdy! Znałam bardzo dobrze Roberta i nigdy nie przyszłoby mi do
głowy, by przy jego charakterze i temperamencie stawiać mu takie zarzuty. Co
prawda mówi się, że ludzie się zmieniają, ale nie aż w takim stopniu. Nikt nie
staje się lekkomyślny w dorosłym wieku, jeśli takim nie był w młodości. Robert
był zbyt dojrzałym i odpowiedzialnym człowiekiem. Odpowiadał nie tylko za
siebie, ale i za pozostałych. Na pewno później był jeszcze bardziej
odpowiedzialny niż za młodzieńczych lat, zwłaszcza że miał kochającą rodzinę.
Pani zdaniem ci piloci, Protasiuk i Grzywna, mogli popełnić tak podstawowe
błędy jak np. lekceważenie sygnałów m.in. TAWS?
– Niemożliwe. Przy ich spokoju i opanowaniu oraz ustawicznym dokształcaniu i
praktyce w lotnictwie piloci nie popełniają tak podstawowych błędów. Znali
przecież ten samolot i jego możliwości bardzo dobrze. Potrafili więc trafnie
ocenić sytuację i wysyłane im sygnały. Jeśli zarzuca się im brawurę i
nieodpowiedzialność, to dla mnie jest to co najmniej dziwne. Trzeba lekkoducha,
człowieka nieodpowiedzialnego i z niewielkim stażem w lataniu, ażeby popełnić
tak podstawowe błędy. A żadne z powyższych nie odnosiło się do Arka i Roberta.
Może zaryzykowali z obawy np. przed konsekwencjami odmowy lądowania, do czego
doszło w przypadku lotu do Gruzji z 2008 roku?
– Nie sądzę. Obaj piloci byli bardzo rzetelni, skrupulatni i perfekcyjni w
wykonywaniu swoich obowiązków służbowych. Nie ryzykowaliby ze względu na
konsekwencje, które mogły wyniknąć z niesubordynacji i niewypełnienia rozkazu
przełożonego. I tego przykład Arkadiusz już wcześniej dał.
Jak odbiera Pani sytuację, w której od pierwszych chwil po katastrofie
odpowiedzialnością za nią obarczono właśnie załogę?
– Obie strony, czyli zarówno Rosja, jak i poszczególne media, mają w tej nagonce
jakieś cele. W lotnictwie zawsze mówiło się, że najłatwiej jest zrzucić winę na
pilotów. A przecież nie na ułatwieniu sądowi i prokuraturze pracy polega
wyjaśnienie tej katastrofy, ale na rzetelnie przeprowadzonym śledztwie. Podając
tego typu informacje, jakie pojawiają się od miesięcy na temat naszych pilotów,
idzie się na łatwiznę. Najłatwiej jest zrzucić winę na tych, którzy nie mogą się
już sami bronić. Ale czy tak powinno być prowadzone wyjaśnienie tej tragedii?!
Dziękuję za rozmowę.
