Dziwna gra
Z Antonim Macierewiczem, byłym szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego i
przewodniczącym parlamentarnego zespołu ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej,
rozmawia Maciej Walaszczyk
"W służbach są ludzie, którzy służą partiom politycznym, a nie krajowi" –
mówi gen. Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych.
Sugeruje, że z powodów politycznych oficerowie, którzy przyszli do służby po
2000 roku, fałszują dokumenty związane ze śledztwem smoleńskim. To też zarzut
pod Pańskim adresem.
– Odczytuję to raczej jako samoocenę pana Dukaczewskiego reprezentującego złe
tradycje komunistycznych służb specjalnych. Przywołanie jego opinii w materiale
redaktorów Piotra Nisztora i Krzysztofa Galimskiego jest o tyle dziwne, że pan
Dukaczewski nie jest specjalistą od procedur i dokumentów cywilnych służb
specjalnych. Całe życie związany był ze służbami wojskowymi, w których
nomenklatura, formularze i instrukcje kancelaryjne są zupełnie inne niż te,
które obowiązują w służbach cywilnych.
Ale dlaczego rzuca podejrzenie, że ktoś w służbach fałszuje dokumenty, po to,
by wspierać w ten sposób PiS? Bo takie jest w rzeczywistości drugie dno tej
publikacji.
– Nie wiem, co chce insynuować pan Dukaczewski. Ale ponieważ nie zna się na
meritum – więc jego opinie cytowane w tekście mają jedynie znaczenie polityczne.
Dziwi mnie dezinformacja, z jaką mamy do czynienia w artykule opublikowanym na
łamach "Rzeczpospolitej".
Jaka dezinformacja?
– Obaj dziennikarze znają ekspertyzę ABW sporządzoną po 19 kwietnia, a dotyczącą
słynnego filmu nagranego telefonem komórkowym tuż po katastrofie w Smoleńsku.
Ekspertyza ta potwierdza, że nagranie zawiera krótkie wypowiedzi kobiet i
mężczyzn w języku rosyjskim oraz wypowiedzi mężczyzn w języku polskim. Autorzy
artykułu sugerują czytelnikom, że ekspertyza "niczego nie wyjaśniła". Tymczasem
kluczowe zdanie ekspertyzy stwierdza, iż w nagraniu "nie znaleziono dowodów na
dokonywanie ingerencji w ciągłość zapisu". A to oznacza, że należy ten film
traktować jako ważne świadectwo wydarzeń, jakie nastąpiły zaraz po katastrofie.
Ważne – choć ekspertyza ABW nie rozstrzyga, jakie wydarzenia zostały na nim
przedstawione i czy nagrane dźwięki to strzały z broni palnej.
Film bada przecież prokuratura wojskowa.
– No właśnie, bada już ósmy miesiąc zapis, który trwa zaledwie 1 minutę i 24
sekundy. Ten film obejrzało w internecie i skomentowało miliony ludzi. Fakt, że
do tej pory ani śledczy rosyjscy, ani polska prokuratura nie ustalili, co ten
film tak naprawdę przedstawia, rodzi podejrzenia. A publikacja w
"Rzeczpospolitej" wpisuje się w tę atmosferę. Ten film jest jedną z większych
zagadek związanych z tragedią smoleńską…
A czy, Pana zdaniem, notatka służbowa anonimowego oficera wywiadu, o której
również napisano, że jest falsyfikatem, jest prawdziwa?
– Znam tę notatkę tylko z opisu, nie mam więc możliwości ocenić, czy jest
prawdziwa, czy fałszywa. Szkoda, że jej fotokopia nie została opublikowana na
łamach gazety. Co więcej, z tekstu wynika, że autorzy jej nie widzieli, a tylko
ich "eksperci". Tyle że jedynym "ekspertem", którego przywołują, jest
Dukaczewski. Wygląda więc na to, że to on jest autorem tej wiadomości i całego
zamieszania mającego zdezawuować wartość dowodową filmu 1’24. Dodajmy, że
absurdem jest stwierdzenie, iż "Agencja Wywiadu podejrzewa, że notatka jest
sfałszowana". Agencja Wywiadu z pewnością musi wiedzieć, czy notatka jest
prawdziwa, czy sfałszowana. Zawiera przecież podobno szczegóły operacyjne, m.in.
nazwisko oficera, który jest jej autorem. W tej sytuacji gen. Hunia musi
wiedzieć, czy notatka jest prawdziwa, czy też nie. Artykuł pełen jest
insynuacji, niekonsekwencji i chaosu. Jedynym oczywistym jego celem jest próba
zdezawuowania dowodu, jakim jest film 1’24.
Dziękuję za rozmowę.
