PiS nie mogło liczyć na więcej
Z Janem Filipem Staniłką, ekspertem ds. ekonomii politycznej Instytutu
Sobieskiego, rozmawia Jacek Dytkowski
Jak Pan ocenia przebieg kampanii samorządowej?
– Najbardziej aktywne były w kampanii – chociaż może być to subiektywne odczucie
– ugrupowania lokalne. Wpływ na tę sytuację miał fakt, że "siłami centralnymi"
ludzie są już zmęczeni – zwłaszcza PiS. Dochodziło bowiem do takich sytuacji, że
ludzie z tej partii startowali w wyborach samorządowych, np. w Małopolsce, pod
niezależnym szyldem. Zamierzano w ten sposób uciec od pewnego negatywnego
medialnego wyobrażenia, które w tej chwili wiąże się z tym ugrupowaniem. Z
drugiej strony natomiast, PO zdecydowanie przeinwestowała, ponieważ wystawiła
wszędzie swoich kandydatów i na wszystkie stanowiska. To nieco absurdalne
posunięcie. Prawdopodobnie zadecydował czynnik poczucia siły i wykorzystania
okazji do zdominowania całej sceny politycznej.
Negatywna konotacja PiS, o której Pan powiedział, ma związek z błędami
popełnionymi podczas kampanii?
– Oczywistą rzeczą jest, że w trakcie kampanii w ciągu ostatnich trzech tygodni
trwały w tej partii kłótnie, po których zostało usuniętych lub odeszło kilku
znaczących działaczy. Członkowie PiS podjęli wewnętrzną dyskusję w mediach,
dokonano następnie spektakularnego rozłamu w ugrupowaniu, a wszystko w trakcie
kampanii. Jednocześnie partię opuściło pół tuzina znaczących polityków. Z czysto
medialnej perspektywy zatem PiS popełniło zbyt dużo błędów podczas tej kampanii,
żeby otrzymać nagrodę w postaci dobrego wyniku. Nawet jeśli Jarosław Kaczyński
dosyć intensywnie agitował po Polsce i zachwalał, że istnieją programy
regionalne – a od strony merytorycznej w większości przypadków były to jak
najbardziej sensowne propozycje – nie był w stanie przysłonić swoją
działalnością wyborczą tego, co się działo w mediach. Poza tym, sądząc po
przebiegu kampanii, PiS postawiło głównie na samorządy w tych miejscowościach, w
których czuje się bardzo mocne.
Jarosław Kaczyński uważa, że wygrałby wybory, gdyby nie "perfidna akcja
polityczna". W ten sposób nawiązał do sporów wewnątrz jego ugrupowania oraz
rozpowszechnianej plotki, jakoby kandydaci startujący z listy PiS mieli założyć
po wyborach własną partię…
– Nie da się zweryfikować tego, co mówi prezes Kaczyński. Mogę tylko dodać, że
nieprawdą jest, iż PiS wygrałoby wybory, gdyby nie odejście pewnych posłów.
Podróże po kraju szefa partii rzeczywiście zmobilizowały tzw. rdzeniowy
elektorat. Frekwencja w wyborach samorządowych była dosyć niska i PiS otrzymało
dobry wynik, ale też jedynie relatywnie do przeciętnego poparcia PO. Tej
ostatniej natomiast głosy zostały zabrane prawdopodobnie również przez
niezależne komitety lokalne. Wynik wyborów jest zatem sprawiedliwy i nic
lepszego nie mogło PiS spotkać.
Czy spór mógł zostać wywołany celowo, by osłabić pozycję PiS?
– Nie można tego wykluczyć, a różne poszlaki wskazują, że coś może być na
rzeczy. Można mieć poważne podejrzenia co do tego, że akurat kilka pierwszych
osób, które zostały usunięte z partii, np. pani Joanna Kluzik-Rostkowska, jakąś
formę intrygi snuło. Pojawiły się bowiem oferty objęcia poważnych stanowisk,
które były przez nią odrzucane. Dotyczyły one m.in. wiceprezesury w PiS oraz
kandydowania na prezydenta Warszawy. Można zatem było się spodziewać, że nie
jest ona politykiem, który wiąże przyszłość z partią, skoro odrzuca tego typu
propozycje. Natomiast jeśli chodzi o dalszy tok tych spraw, bardzo wątpliwe
jest, by od początku, była to tak szeroka akcja, jak obecnie. Istnieje bowiem
pewna logika zdarzeń i część osób odeszła, ponieważ ich partyjni przeciwnicy
poszli za ciosem lub po prostu zaczęli wiązać pewne nadzieje z nowym ruchem.
Na czym polega specyfika samorządności w Polsce?
– Istnieje problem powstania czegoś takiego, jak wewnętrzna partia samorządowa w
dużych partiach krajowych. Oznacza to całą grupę działaczy, których można nazwać
"z zawodu samorządowcami". Taka sytuacja zaczyna powoli wpływać na korodowanie
idei samorządu. I tu akurat PiS zgłosiło w ostatnich miesiącach jeden z lepszych
postulatów. Mało kto na to zwrócił uwagę. Chodziło mianowicie o ograniczenie
kadencji w samorządzie do dwóch kolejnych. Po dwudziestu latach samorządności
obrasta ona strukturami klientystyczno-patronackimi i tworzą się układy lokalne,
które istnieją właściwie tylko dla ich członków. Z jednej strony jest to problem
dla partii ogólnokrajowych, ponieważ działacze lokalni są mało subordynowani i
czują się bardzo mocni. Z drugiej strony natomiast jest to po prostu patologia
lokalnych wspólnot, bo sytuacja, w której władzę samorządową kontrolują koalicje
istotnych graczy społecznych zainteresowanych status quo, może blokować lokalny
rozwój. Czynnikiem spajającym taki lokalny układ interesów bywa jakiś decydent,
np. prezydent miasta, a w mniejszych samorządach – wójt, który rozdziela znaczne
środki publiczne, a nierzadko jest największym pracodawcą w danym regionie i
zwyczajnie dominuje nad całą wspólnotą lokalną. Taka osoba może mieć za sobą
trzy lub cztery kadencje. Zdarzają sie jednak przypadki, że osoby we władzach
samorządowych nie zmieniły się od lat osiemdziesiątych, od czasów Rad
Narodowych. Wtedy taki człowiek jest faktycznie panem na włościach i trudno
mówić tutaj o samorządności.
Dziękuję za rozmowę.
