Cichy i pokornego serca

Co to znaczy panować? Czy większą władzę ma ten, kto skazuje na więzienie
i śmierć, czy też ten, kto potrafi z serca przebaczyć? To ważne pytania.
Szczególnie dzisiaj, kiedy stojąc przed obliczem Chrystusa Króla, próbujemy
dociec istoty Jego królewskiego miana.

Od wieków artyści próbowali na różne sposoby tworzyć wyobrażenia Chrystusa. Nie
bez znaczenia był fakt, w jakiej epoce żyli. Zawsze towarzyszyła im świadomość,
że dotykają rzeczywistości najświętszej. Do dziś zasadą w prawosławnych szkołach
pisania ikon jest poprzedzanie procesu tworzenia dzieła postem i modlitwą.
Zdarzało się, że ikonograf kreślił rysy Chrystusa, sam będąc na kolanach.
Idea Chrystusa Króla stała się dominująca w chrześcijaństwie od IV wieku, po
ogłoszeniu przez sobór nicejski (325 r.) dogmatu o jedności natury Boga i Jezusa
Chrystusa, Syna Bożego, "którego królestwu nie będzie końca". Dla ukazania
treści panowania Chrystusa posłużono się symboliką zapożyczoną z formuły
cesarskiej. Wyposażono Go w atrybuty imperatora, przypisano prerogatywy władcy,
naznaczono znakami ludzkiej potęgi.
Z tego samego okresu pochodzą pierwsze wizerunki Chrystusa Pantokratora
(Wszechmogącego). Jezus namalowany jest w pozycji stojącej lub siedzącej na
tronie, z otwartym Pismem Świętym w lewej dłoni i uniesioną prawą dłonią w
geście błogosławieństwa. Tradycja takiego właśnie przedstawiania Chrystusa
przetrwała do naszych czasów. Jest powielana w ikonografii, poezji, obecna w
wielu polskich pieśniach pasyjnych, kolędach, śpiewach procesyjnych, hymnach
eucharystycznych. Ma głębokie uzasadnienie biblijne, wyraża nadrzędność Boga
wobec jakiegokolwiek znanego bytu, pokorę wobec Majestatu, którego ludzki umysł
nie jest w stanie pojąć.
Jest jednak pewien problem. Nie leży on w sposobie prezentowania Jezusa, ale w
naszych schematach myślenia.
Naturze ludzkiej od początku bliżej było do idei panowania, rozumianego bardziej
jako dominacja niż służba. Pokusa konkurowania ze Stwórcą pojawiła się pierwszy
raz w Księdze Rodzaju, kiedy to prarodzice ulegli namowom złego ducha, by "być
jak Bóg" – przejąć władzę nad życiem. Jak się to skończyło, wiemy. Problem w
tym, że pomimo upływu czasu bez przerwy jej ulegamy, powodowani pragnieniem, by
zapanować nad światem, siebie uczynić panem życia. Na razie marnie to wychodzi.

Kim zatem jest nasz Król? Jak nie zagubić się na manowcach wyobraźni?
Narodzony w stajni, wychowany w ubogim domu, przyjaciel żebraków, otoczony
gromadą uczniów, rekrutujących się w większości z robotników i rybaków,
nieposiadający domu, skrybów, którzy by notowali wygłaszane nauki, rzeszy
naśladowców. Gdzie tu panowanie, cesarskie szaty, atrybuty władzy, w które tak
ochotnie przez wieki stroją Jezusa rzeźbiarze, poeci, malarze – na ludzki obraz
i podobieństwo? Sam o sobie mówił, że przyszedł po to, aby służyć i swoje życie
oddać na okup za wielu, nie panować i przejąć rząd dusz.
W dzisiejszej uroczystości nie ma nic z triumfalizmu, po który tak często i
chętnie sięgamy. Prawda o Bogu znajduje swoje najczystsze odbicie w udręczonym,
ale zwycięskim, obliczu Chrystusa Króla, tak jak ma to miejsce na obrazie św.
Brata Alberta Chmielowskiego "Ecce homo". Każda inna droga szukania wielkości
jest fałszywa. Zapatrzeni w złudne obietnice wybieramy je, a potem nie potrafimy
poradzić sobie z cierpieniem, które w nas się rodzi. Nie radzimy sobie z
mirażami, które nieopatrznie zostały rozbudzone. Zapominamy, że nie jesteśmy
stąd i że królowanie Boga nie ma nic wspólnego z panowaniem ziemskim, że
człowiek najpełniej istnieje wtedy, gdy jest "nie dla siebie" – tak jak
Chrystus. I dlatego tak często przegrywamy, ponieważ nie potrafimy bądź nie
chcemy tej prawdy zaakceptować.

 

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj