Oni tu stale byli

Byłem jednym z tych, którzy, jak pisze dziś Rafał Ziemkiewicz, "sarkali"
na nadtytuł jego cyklu felietonów "Między Michnikiem a Rydzykiem". Znając
krytyczne poglądy Ziemkiewicza na temat Adama Michnika, nie mogłem zrozumieć,
dlaczego ustawiał się między nim a ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Co w ten sposób
sugerował? Z jakich względów to robił? Czy będąc pośrodku, "między dwiema
skrajnościami", sugerował, że jest alternatywa, którą on wybrał? Przyznając dziś
sarkającym rację, Rafał Ziemkiewicz wyjaśnia, że nadtytuł "stracił na
aktualności", i dlatego wybiera sobie nowy, jak pisze, "stosowny do obecnego
etapu historycznej ewolucji rządów miłości". Brzmi on "Les bleus sont l?", co
się przekłada z francuskiego na "oprawcy nadchodzą" (w dowolnym przekładzie) lub
na "oni już są" – z pierwszych słów pieśni powstańców wandejskich. Witaj,
Rafale, po jasnej stronie księżyca!

"Les bleus", czyli niebieskimi, od koloru ich mundurów, nazywali Wandejczycy
żołnierzy rewolucyjnych. Sami zaś nazywali się "białymi", gdyż biel
symbolizowała monarchię i króla. Powstanie wandejskie (wciąż bardzo mało znane,
gdyż w szkole uczono nas głównie o postępowych hasłach rewolucji francuskiej)
było zrywem francuskiego ludu, głównie chłopstwa, i miejscowej arystokracji
przeciwko rewolucji francuskiej, która ku zaskoczeniu Wandejczyków chciała
kompletnie zniszczyć ich świat, ten, w którym trwali od wieków, uznając
zwierzchnictwo Boga i króla. Jak pisze Marek Robak, autor popularnej książeczki
"Wandea 1793", "w ciemnościach Wandejczyków rozpoznawano po modlitwach, a
żołnierzy rewolucyjnych po przekleństwach i bluźnierstwach. Biali na szyjach
nosili różańce, a na piersiach szkaplerze z Najświętszym Sercem Jezusa – było to
czerwone serce z wyrastającym z niego krzyżem. Stało się ono symbolem powstania
wandejskiego". Wandejczycy, broniąc chrześcijaństwa, dawali przykład swojej
wiary nawet wobec jeńców. "Nie odpowiadajmy złem na zło" – powtarzał przywódca
Wandejczyków Henri hrabia de La Rochejacquelein (1772-
-1794). Historia walczącej o zachowanie chrześcijaństwa Wandei to najpiękniejsza
karta w dziejach Francji. W Wandei wiara przetrwała do dziś i wydaje się tak
samo silna jak dawniej, tak jak i pamięć o męczeńskich przodkach.
Warto przypomnieć, że w 1984 roku Jan Paweł II beatyfikował 99 ofiar spośród 2
tysięcy (połowę stanowiły kobiety) zamordowanych bestialsko mieszkańców jednej
tylko miejscowości wandejskiej Angers, kilka kilometrów od Loary.
Polscy "niebiescy" właśnie nadchodzą. Dla wielu oni, niestety, już są. Można ich
zobaczyć w polityce mówiących rynsztokiem, kłamiących, a potem prowokacyjnie
oskarżających innych o to samo. Można ich poznać po wpisach na forach
internetowych, gdy nie kryją swojej satysfakcji z morderstwa, jakiego dokonał w
Łodzi Ryszard C. Można ich było zobaczyć w sierpniowych dniach na Krakowskim
Przedmieściu w Warszawie, a szczególnie w dniu, w którym zorganizowali tzw.
akcję krzyż. To była polska "kolumna piekielna" atakująca obrońców krzyża,
wrzeszcząca: "Krzyże do kościoła, bydło do obory!". I było tam bierne polskie
państwo w postaci policji i miejskich służb porządkowych, przyglądające się
profanacji krzyża i fizycznej agresji wobec słabszych, modlących się przy nim.

To nie PiS "otwiera wrota piekieł", jak powtarza zapiekle monotonny w swych
antypisowskich fobiach były PZPR-owiec i były opozycjonista Waldemar Kuczyński,
wspomagany dziennikarsko przez tak samo jak on "racjonalną" w swych poglądach
małżonkę. (Oboje drukują prawie te same teksty).
To nie PiS wywołało tę wojnę, tylko partie, które uznały swoje historyczne
porozumienie z komunistami w 1989 roku za legitymację do sprawowania władzy
przez kolejne dziesiątki lat, jak PZPR w PRL. Już u progu III RP ludzie ze
środowisk Kuczyńskiego (późniejsi członkowie Unii Demokratycznej, Unii Wolności,
Partii Demokratycznej) nie kryli krytyki wobec "czarnych", czyli przedstawicieli
Kościoła, tak potrzebnego im w czasach głębokiej komuny, gdy można było się
schronić pod jego skrzydłami.
Polscy "les bleus" bardzo nie lubią, gdy inni mają własne zdanie. Równocześnie
uwielbiają mówić dużo o demokracji, pluralizmie, tolerancji, nowoczesności,
modernizacji oraz o swojej heroicznej działalności w "demokratycznej opozycji",
okupionej tyloma cierpieniami zadanymi przez komunistów. Jeśli to wszystko
prawda, to jak to pogodzić z żądaniem pozbawienia obecnej opozycji prawa do
demokratycznego istnienia? Czy można to pogodzić z czystkami kadrowymi w
publicznych mediach, które z taką radością wita za każdym razem "główny kadrowy
III RP", czyli "Gazeta Wyborcza"? Czy wreszcie z wypowiedzią premiera Donalda
Tuska sprowadzającą się do konstatacji, że Polacy wybaczą jego partii wszystko,
tylko nie utratę władzy na rzecz PiS, na rzecz "ludzi, których cechuje
podejrzliwość i represje". Czy słowa te nie są zapowiedzią utrzymania władzy za
wszelką cenę?
Jeżeli tak jest w rzeczywistości, to po 20 latach tzw. transformacji systemu
jesteśmy ponownie w PRL, ze wszelkimi konsekwencjami królowania kłamstwa,
obłudy, strachu przed władzą i oportunizmu jej zwolenników. Nic dziwnego, że
"oni już są", bo oni tu stale byli.

Wojciech Reszczyński
 

Autor jest komentatorem w Programie III Polskiego Radia.

drukuj